Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasia Adamik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasia Adamik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 stycznia 2018

Amok (2017) - Kasia Adamik




Tak, przyznaję że żałuję, iż ociągałem się z seansem, bo to bardzo dobry thriller, który z dumą (a nie jest) powinien być uznawany za jeden z lepszych, w ostatnim czasie na naszym krajowym podwórku. Czerwony smok, Jestem mordercą i właśnie Amok, który tą triadę doskonale dopełnia. Każdy z nich posiada cechy wspólne, którymi autentyczne wydarzenia, typowo polskie spojrzenie na rzeczywistość, spowity mrokiem klimat, frustracja bohaterów i ich obłudne relacje z otoczeniem. Jednocześnie w każdym z nich pierwiastki utrzymujące jakość i zapewniające oryginalność formy. Amok to historia, którą życie napisało, ale mimo że ona medialnie istniała to ja kompletnie w informacyjnej burzy jej nie wychwyciłem. Chory umysł literata ją spisał, kiedy wyobraźni spaczonej dał się ponieść, bądź właśnie osobiste doświadczenia opisywał. Zabójstwo w pokoju na piętrze, kiedy na dole życie rodzinne się toczy. Rany boskie! Rozcinanie ciała, odcinanie piersi, krojenie ciasta, rozkrawanie placka wiśniowego – chore fantazje i żądze oraz ten obrót spraw przez wzgląd na promocje powieści zaskakujący! Podszedł go glina, wciągnął tego przebiegłego psychola w grę, ale jednocześnie sam stał się obiektem, zabawką. Pomaga świr w śledztwie, poszukując siebie, myląc tropy i w chorym poczuciu wyższości, jednocześnie ściągając na siebie podejrzenia. Satysfakcja jest kluczem, świadomość że ktoś rozumie, a najlepiej docenia „wartość” artystyczną tego makabrycznego dzieła. Niebezpieczna gra psychologiczno-medialna, która się toczy jest na rękę zabójcy. On w centrum uwagi, a wokół niego teatr na pograniczu  rozrywki. Wszyscy tańczą jak on im zagra i czerpie delikwent z tego potworną satysfakcję pławiąc się w blasku własnej przebiegłości. Wątpliwości służą jego książce! Tak, plik „Amok” został w historii kryminologii zapisany, a autor zapamiętany!

P.S. W tej historii jest też inteligentnie zawarty wątek krytyczny, jednak tylko w dwóch trzech scenach wklejony. Nim dziecko, w którym zarodek obłędu, jak sugeruje reżyserka będzie się rozwijał. 

czwartek, 2 marca 2017

Pokot (2017) - Agnieszka Holland, Kasia Adamik




Osią niby wątek kryminalny, czyli są morderstwa i jest zagadka. Pytanie kto się zabójstw dopuszcza i grubo ciosana tajemnica pod tytułem, czym się ten poszukiwany sprawca kieruje, że akurat tych osobników na ofiary wybiera. I to jest jeszcze zjadliwe, do przetrawienia, choć poziom enigmatyczności łamigłówki może chyba tylko niegramotnego funkcjonariusza prowincjonalnego posterunku o ból głowy przyprawić. Jednak ta kwestia schodzi na plan dalszy, gdy wokół wątku kryminalnego taka masa szablonów z uporem maniaka poupychana. Jakby Olga Tokarczuk przy asyście wybitnej reżyserki za punkt honoru sobie postawiła, że wszelkimi stereotypami najpierw scenariusz wypełni, a potem pozwoli by już oczami Agnieszki Holland pokazane one zostały w topornie kwadratowym stylu, tak wyraziście iż nawet współczesny wzór cnót wszelakich konserwatywnym patriotą zwany rozezna się kto dobry, a kto zły pośród tych do bólu wyrazistych kontrastów. Tyle, że dorzucając do tej rozjaśnionej jasności podział na maksymalnie zdziwaczałych bohaterów kochających przyrodę, gnębionych dodatkowo przez kierujących się partykularnymi interesami hipokrytów uznawanych za szanowanych członków społeczności (zasłyszane - ludzi sojuszu tronu, ołtarza i strzelby) robi samej ekologicznej idei niedźwiedzią przysługę. Intencje intencjami, a efekt niestety marny, bo miast próbować budzić wśród ludzi o w miarę wysokim potencjale intelektualnym zachowania proekologiczne, ewentualnie (choć to chyba misja niemożliwa) zmieniać percepcję prostaków, ona tych drugich tylko utwierdza w przekonaniu, że dziwadła chcą im „normalnym” narzucać jakieś wydumane idee, a tych pierwszych obraża schematycznością i brakiem jakiejkolwiek próby głębszej penetracji ludzkiej psychiki. Żadnych subtelności, potrzeby spojrzenia na skomplikowane przecież relacje w miarę autentycznie, tylko bijąca po oczach niemiłosiernie stereotypowy schematyzm ubrany w irytujący i chwilami nawet żenujący (tak, robiłem te właśnie miny wstydząc się tego co widzę) bełkot o wszystkim i o niczym. Do tego warsztat aktorski cholernie sztuczny, jakby te przecież uznane nazwiska z obsady chciały równać do poziomu Pana Bosaka, oraz nieudane wydumane próby sugestywnego oddania pierwotnej natury przyrody. Smutno mi teraz, bo nie takich wrażeń się spodziewałem, nie zakładałem że Agnieszka Holland do łopatologii praktycznie stosowanej się zniży i jeszcze za to wątpliwej urody artystycznej „dzieło” otrzyma prestiżowe nagrody. Żeby chociaż odrobinę sobie humor poprawić posilę się w tym miejscu komentarzem satanisty celebryty. Mianowicie cytując Pana muzyka: "Najnowszy film Agnieszki Holland zakończył się happy endem. Spłonął kościół i zabili księdza.” Zatem, rzucać we mnie kamieniami – w tym przypadku z obydwu stron barykady. 

Drukuj