Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alcest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alcest. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2025

Alcest - Kodama (2016)

 

Kręta moja krótka dotychczasowa droga wraz z Alcest przemierzana, gdzie napotykam raz mnóstwo muzycznych elementów pochłanianych bezkrytycznie i tych jakie w większej dawce niekoniecznie na dłużej są w stanie mnie w swoim towarzystwie utrzymać. To też z pełnym zaangażowaniem na pierwszy ogień korzystałem z zawartości Spiritual Instinct (2019), czując że do zwiewnego, "mgiełkowego" zawodzenia wokalisty, kontrastowego blackowym skrzekiem będę w stanie z czasem przywyknąć, jak i w pełni doceniać hipnotyzujące, nie tak całkiem oczywiste jakby złośliwe głosy anty do klimatycznego metalu nastawione sugerowały kompozycje. Tak na wysokości roku 2019-ego zakładałem, gdy wspomniany album rozdziewiczałem, a trochę już inaczej począłem myśleć, kiedy przed kilkoma miesiącami dotąd ostatni studyjny krążek Francuzów miał premierę. Co mnie się bardzo podobało, a co mnie przynudzając na przecież jeszcze piękniejszym (ach te melodie) Les Chants De L'Aurore obiektywnie odstręczało mając prawo uznać że wyrażam się jasno, do własnej refleksji w temacie odsyłając - zauważyć. Kodama wszakże teraz na tapecie i kręcąc się wokół Alcest dyskografii, obwąchując wciąż nie do końca śmiało stwierdzam, iż taki Alcest mnie najbardziej wciąga, bowiem rytmika jego na tyle zmienna, mimo iż w transowym stylu podana, że jej charakter zmierzający za każdym razem do punktów kulminacyjnych i zwrotnych posiada cechy uzależniające - a na pewno cudownie odprężające. Trudno nie ulec także zawsze urzekającej stronie melodyjnej, jaka jednak na Kodama i wciąż jeszcze na albumie sprzed pięciu laty silnie akcentowana zdaje się solidniejszymi ofensywami mocniejszego uderzenia. Siła jednako tkwi w Kodamie największa, a najbardziej magnetyczna pokusa Alcest albumów w kojącym nerwy oddziaływaniu i fascynujących odniesieniach do natury i kultury Japońskiej. Z tego co doczytałem Kodama oznacza leśne duchy zamieszkujące i chroniące stare drzewa, co posiada akurat wpływ na moją wyobraźnię i aktywuje ją w tym mało męskim, bo niezwykle wrażliwym segmencie romantycznej emocjonalności. Teraz gdy znam już trzy Alcest studyjne wydawnictwa i zatapiam się też z dużą przyjemnością od czasu do czasu w jednym z na żywo w sieci zamieszczonych występów, powrócę na sto procent do ostatniego krążka i zapytam sam siebie otwarcie o co mi chodzi, że on wchodzi i wychodzi - że może mnie usypiać, a to odbieram jako pewnego rodzaju jego wadę.  

poniedziałek, 15 lipca 2024

Alcest - Les Chants De L'Aurore (2024)

 

Dzień dobry, witam i cieszę się że kogoś tu goszczę, ale generalnie nie cieszę się tym co na nowej płycie Alcest muzycznie mi proponuję, a miałem ponad dwa tygodnie czasu na ewentualną zmianę zdania jakie tuż po dziewiczym odsłuchu chyba wyraźnie stanowczo i nieodwołalnie sobie zbudowałem. Bowiem Les Chants De L'Aurore mnie niemożebnie wymęczyło za pierwszym razem i za każdym następnym (przyznaję było ich jak na powyższą sytuację naturalnie niewiele), kiedy trudno było mi do końca albumu wytrzymać, chyba że zmęczenie dniem zrobiło swoje i podczas odsłuchu przysypiałem. Wówczas przyznaję album kręcił się od startu do mety i wprowadzał mnie w stan akurat odpoczynkowi nieprzeszkadzający. Na granicy snu i jawy Les Chants De L'Aurore jest znośny, a wręcz bardzo milusi, ale gdy poświęcić mu uwagę z pełną koncentracją na szczegółach związanych z aranżacjami, to zrazu dociera do człowieka, iż korzysta się tutaj ze schematów jakie momentalnie nużą, a ten marzycielski charakter muzyki Alcest stając się jej kluczowym i tak silnie wyeksponowanym składnikiem jest na dłuższą metę wręcz straszliwie trudnym do zniesienia. Ja rozumiem iż charakter "bajkowej" nuty Alcest zawsze i nawet na poprzedniczce Les Chants De L'Aurore niemal kompletnie opanowywał całość i dominował nad udanymi próbami urozmaicania "jasności" mrokiem, ale jednak "ścieranie" się tychże powodowało, iż najzwyczajniej Spiritual Instinct wypadał znacznie ciekawiej, a przede wszystkim nie męczył jako forma albumu. Najnowszy krążek jest rzecz jasna na swój sposób piękny, gdyż jest w tej melodyjnej formule eterycznej pierwiastek emocjonalny - jest co rusz wzrusz i takie inne dla faceta może lekko wstydliwe konsekwencje bycia uczuciowym, lecz nie ma prawie w ogóle momentów (przepraszam - środkowa i finałowa część L'Enfant de la Lune urzeka - tak urzeka), jakie w sensie pomysłu i instrumentalnej finezji by mnie tak przekonały, a tym fajniej gdyby były i PORWAŁY. Wszystkie numery ogólnie zlewają się w jedną homogeniczną kompozycję, a jeśli coś się częściej wyróżnia, to raczej na minus, bo przez własną przesadną przesłodkości naturę jest nieznośne. Może gdyby słuchać w stanie półświadomości, bądź jako single, co najwyżej w parach, to myślę iż byłbym mniej krytyczny. Czterdzieści trzy minuty na świeżo, bez zamykania oczu i ziewania już u mnie nie przejdą. 

P.S. Mogę utyskiwać, mogę też próbować znaleźć zasadniczo na siłę pozytywy, ale mogę też zauważyć na stówę że te fragmenty wyróżnione oraz obrazek z koperty i stworzony w podobnej konwencji animowany teledysk do L'Envo robią mojej duszy dobrze. :)

wtorek, 5 listopada 2019

Alcest - Spiritual Instinct (2019)




To jest ten rodzaj sytuacji, w której o kolejnym już albumie z dyskografii zainteresowanej grupy piszę z pozycji kompletnego świeżaka, a moja znajomość twórczości powyższych, oprócz rozpoznania zawartości bieżącego albumu, ogranicza się wyłącznie do wiedzy z zakresu ich pochodzenia i ilości do tej pory nagranych wydawnictw. Stąd asekuracyjnie odwołam się do wyrozumiałości i zaapeluje o łagodne potraktowanie mojej zawinionej niewiedzy, bowiem szyld Alcest od jakiegoś czasu obijał mi się o oczy i trochę nie rozumiem dlaczego dopiero teraz zdecydowałem się sprawdzić czym Francuzi zasłużyli sobie na większą uwagę sceny i chyba coraz bardziej okazałą popularność. W zasadzie jak na szybko doczytałem, obecnie duet (Neige i Winterhalter) przybywają z nad Loary (liczę na podstawie Wikipedii) z szóstym longplayem i oferują coś na kształt hybrydy emocjonalnego post metalu i równie klimatycznego, lekko black metalem zainfekowanego shoegaze'u - w który co gatunkowa konwencja narzuca, muzycy są kompletnie skupieni na transowym graniu, spoglądając wyłącznie w podłogę. :) Żyjący dźwiękami wypływającymi z instrumentów sprawiają wrażenie totalnie odizolowanych - przebywających w zamkniętej przestrzeni wykreowanej przez całkiem bogatą muzyczną wyobraźnię. Główne tematy jako naturalna oś kompozycji zdają się płynąć zasadniczo równym nurtem, a groove w nich zawarty chociaż daleki jest od standardowego postrzegania niesie na fali bujające motywy. W tym akurat walorze Spiritual Instinct dostrzegam powód, który pozwolił mi dotychczas dość mocno z opisywanym albumem się zaprzyjaźnić, lecz ponad chwytliwą wartość pięknych melodii momentami nazbyt wyrasta i nieco entuzjazm chłodzi zbyt monotonna niestety wokalna ekspozycja, z charakterystycznie akcentowanymi i długo rozbrzmiewającymi zaśpiewami. Na szczęście nie jest to powód aby rzucić Spiritual Instinct w kąt i w tonie rozczarowania swoje żale wylewać. Przynajmniej ja zdołałem się do śpiewu wokalisty szybko przyzwyczaić i częściej szukam w tych sześciu rozbudowanych numerach ciekawych rozwiązań instrumentalnych i koniec końców pozwalam porwać im się w romantycznie stylizowaną podróż pomiędzy jawą i snem, niż irytuję chóralną manierą. Tak sobie właśnie z punktu widzenia świeżaka najnowszy krążek Alcest rozkminiam - bez żadnych oczywiście wcześniejszych oczekiwań i też bez jakiegokolwiek spinania, aby go w pełni zrozumieć na przykład przez pryzmat dotychczasowej działalności. Jak przyjdzie ochota poznać co wcześniej nagrali i jak się ma obecna formuła do tej z przeszłości, to zaopatrzę się w archiwalne nagrania. Jeśli po kilku tygodniach jednak nazbyt krążek mi się osłucha i przyjdzie uczucie znużenia, to naturalnie zrobię sobie dłuższą przerwę i wtedy na stałe lub wyłącznie do następnej płyty na marginesie moich zainteresowań porzucę. 

Drukuj