Pierwsza Wojna Światowa i na terenie egzotycznym jedna z największych masakr tego globalnego konfliktu. Świadome wystawienie młodych żołnierzy na rzeź - o tym ten uduchowiony i krytyczny wobec braku szacunku dla życia ludzkiego, wielowarstwowy (kontrastowy) i szczegółowo przemyślany klasyczny dramat. W nim między innymi pierwsze skrzypce odgrywa Mel Gibson zawsze „gibsonowaty”, bowiem albo gra Riggsa, albo coś na przecięciu Wallace'a i Mad Maxa. Świetny naturalny aktor, ale raczej ograniczonych póz, jaki w tym konkretnym przypadku bardzo świadomie miesza pozę dotychczas już praktykowaną, z gestami, mimiką jaką w przyszłości jeszcze udoskonalając i stylistycznie warunkując pokaże. Lubił Gibsona aktora, w tej jego pierwszej fazie budowania rozpoznawalności Weir, chyba nie tylko przez fakt iż to gwiazda wschodząca, rodak jego - dostępny jeszcze wówczas na wyciągnięcie ręki. Trochę żartuję, choć tu nie miejsce na heheszki w kontekście tematu potężnego, jakim się Gallipoli żywi. Niby zaczyna się dość lekko, choć klimatycznie, raczej przygodowo-obyczajowo z nutką nawet poczucia humoru, a co naturalne i podkreślające piekło skrajnościowe wojny, ewoluuje w stronę poruszająco-wstrząsającego dramatu wojennego, z tłem przyjaźni - przygotowując inteligentnie i z wyczuciem widza, na tragedię ludzką. Stajemy się tym samym zaangażowanym obserwatorem ludzkich uczuć filmowego dzieła. Niezwykle smutnego, za sprawą powagi sytuacji, gdy naiwność i zdolność ludzkiego organizmu do przetrwania w największym gównie, zderza się ze śmiercią w pięknych okolicznościach słonecznej plaży. Trup się na finał ostro ścieli, a dowodzący nie mają litości dla szeregowego ochotnika. To fabularnie brak elementarnej wiedzy, złożone okoliczności, decyzje lojalnościowe świadome, ale i wir decyzyjny, który bohaterów wciąga. Przede wszystkim jednak wyścig z czasem o życie zaciągających się bez przymusu smarkaczy - wierzących w honor, poświęcenie, oddanych sprawie. Mrozi krew Gallipoli, pozostawia na koniec w potwornej złości i bezradności, przypominając na marginesie, iż kiedyś w zamierzchłych czasach, nuta niejakiego Jarre'a była wpływowa.
poniedziałek, 15 czerwca 2026
środa, 10 czerwca 2026
Picnic at Hanging Rock / Piknik pod Wiszącą Skałą (1975) - Peter Weir
Niedawno (a w rzeczywistości archiwizacyjnej, gdy na bieżąco staram się relacje zdawać) to full temu (kłania względne poczucie czasu), wybrałem się do KINA na „piknik” pod skałę wiszącą, z okazji 50 rocznicy premiery klasyka Weira. Wstyd się przyznać, ale prawda jest dla mojej reputacji maniaka kina druzgocąca, że ja właściwie to nie kojarzyłem bym wcześniej ów standard filmowy w całości kiedykolwiek widział. Były jakieś fragmenty uchwycone w TV i rzecz jasna, była już później w życiu dojrzałym (wiadomo że piszę wyłącznie o dojrzałości wspomnianego kinematografii względnie ambitnej miłośnika) całkiem duża świadomość znaczenia tytułu w historii Muzy dziesiątej. Krok za krokiem w atmosferze święta do multipleksowej sali tuptałem, by zobaczyć co się okazało, że pośród kilku starszych nawet jeszcze ode mnie (są tacy - mnóstwo takich przecież jest) widzów, spore grono zaskakująco małoletniej jeszcze widowni przed dużym ekranem zasiadło. Cieszył mnie bardzo taki widok, napawał wręcz optymizmem rozwój sytuacji, co nie przeszkadzało mi zadawać sobie pytania, czy wszyscy tutaj są tak samo świadomie jak ja - się pochwalę byłem, by korzystać z możliwości, której rzecz jasna gdy oryginalna premiera miejsce miała, mnie jeszcze na tym padole nie było - ufff! Kombinowałem też czy ta tutaj opowiedziana historia, ogarniana jest z pozycji wiedzy, iż jej źródłem jest powieść niejakiej Joan Lindsay, a inspiracja dla niej, to z kolei autentyczne wydarzenia z dzieciństwa, które dziwnym trafem przywołała ona w pamięci, dzięki snu, jaki w wieku już bardzo zaawansowanym ją nawiedził. Błyskawicznie powidoki spisała i tym samym dała znakomity materiał do interpretacji nietuzinkowemu talentowi Weira. Ten zrobił rzecz przedziwną estetycznie (kostiumowe widziadło), być może na czas kiedy kręcił i dał światu kinowemu do zanalizowania i przede wszystkim przeżycia, opowieść aż puchnącą od niedomówień. Historię „o duchach bez duchów, łamigłówkę bez rozwiązania, opowieść o seksie bez seksu” - coś co śmiało mogło zaklinać, hipnotyzować, jak irytować brakiem jakiejkolwiek próby czegokolwiek wyjaśnienia. Enigmatyczną fabułę, wzbudzającą wrażenie zbiorowej i jednostkowej halucynacji, wywołanej atmosferą poetyckiego uniesienia - słoneczną gorączką leśno-łąkowego lenistwa fantastycznie podsycaną. W tej atmosferze Weir buduje nastrój zarazem wspomnianej odprężającej refleksji, jak i zagrożenia niewidocznego, które w podświadomości uczestników wycieczki powoduje uczucie niepokoju, bowiem miejsce to wyjątkowe, otoczone nimbem szamańskiego kultu. Jakiego? Łatwo dotrzeć do źródeł! Jeśli ja w swoim nieznośnym lenistwie dokonałem przewertowania Internetu w celu zaspokojenia ciekawości, każdy jest w stanie się zmotywować, aby spróbować rozwiązać tajemnicę, która nigdy nie została i nie zostanie obiektywnie wyjaśniona. Idealne okoliczności do puszczenia wodzy fantazji, jeśli już człowiek się otrząśnie z onirycznej psychodelii - koronkowej reżyserskiej roboty w koronkowej dosłownie oprawie.
poniedziałek, 12 października 2020
Fearless / Bez lęku (1993) - Peter Weir
To jest jeden z tych tytułów, które niegdyś przegapiłem i od tamtej pory (co niewiarygodne) nie nadarzyła się okazja, by nadrobić dotąd tylko teoretycznie jak mniemałem ważną zaległość. W końcu jednak zanim okrąglutkie trzy dyszki jej stuknęły, od napisów początkowych do końcowych mam okazję z uznanym dziełem Petera Weira się zapoznać. Skądinąd rzucony emocjonalnie o glebę nie zostałem oraz dwóch najważniejszych aktorskich nagród przez Rosie Perez przytulonych też za w stu procentach zasłużone nie uznaję, lecz źle o nim nie napiszę, bowiem to mimo upływu czasu kawał wzruszającego filmidła - szczególnie iż tak idealnie oddającego charakter kina lat dziewięćdziesiątych. Kina w którym dramaty miały w sobie sporo romantyzmu, a emocje ukierunkowane były w stronę znaczącej, choć szczęśliwie nieprzerysowanej nadto egzaltacji. Szczególnie scena finałowa Bez lęku posiada maksymalnie zintensyfikowane powyższe cechy, lecz ich nadmiar jest wciąż do uniesienia nawet dla świadomego balansowania na granicy kiczu widza. Oglądany obecnie z pewnością może banalną naiwnością, a przede wszystkich przemieloną wielokrotnie hollywoodzką sztampą nieco trącać, ale te prawie trzydzieści lat temu myślę, że zasłużenie zbierał nieprzesadzone komplementy. Zważywszy iż podjęty refleksyjny temat (w dalekim od nudy, trochę akcji itd., aczkolwiek osadzony w mocno filozoficznym tonie) nie miał łatwo z bardziej spektakularną konkurencją.





