poniedziałek, 15 czerwca 2026

Gallipoli (1981) - Peter Weir

 

Pierwsza Wojna Światowa i na terenie egzotycznym jedna z największych masakr tego globalnego konfliktu. Świadome wystawienie młodych żołnierzy na rzeź - o tym ten uduchowiony i krytyczny wobec braku szacunku dla życia ludzkiego, wielowarstwowy (kontrastowy) i szczegółowo przemyślany klasyczny dramat. W nim między innymi pierwsze skrzypce odgrywa Mel Gibson zawsze „gibsonowaty”, bowiem albo gra Riggsa, albo coś na przecięciu Wallace'a i Mad Maxa. Świetny naturalny aktor, ale raczej ograniczonych póz, jaki w tym konkretnym przypadku bardzo świadomie miesza pozę dotychczas już praktykowaną, z gestami, mimiką jaką w przyszłości jeszcze udoskonalając i stylistycznie warunkując pokaże. Lubił Gibsona aktora, w tej jego pierwszej fazie budowania rozpoznawalności Weir, chyba nie tylko przez fakt iż to gwiazda wschodząca, rodak jego - dostępny jeszcze wówczas na wyciągnięcie ręki. Trochę żartuję, choć tu nie miejsce na heheszki w kontekście tematu potężnego, jakim się Gallipoli żywi. Niby zaczyna się dość lekko, choć klimatycznie, raczej przygodowo-obyczajowo z nutką nawet poczucia humoru, a co naturalne i podkreślające piekło skrajnościowe wojny, ewoluuje w stronę poruszająco-wstrząsającego dramatu wojennego, z tłem przyjaźni - przygotowując inteligentnie i z wyczuciem widza, na tragedię ludzką. Stajemy się tym samym zaangażowanym obserwatorem ludzkich uczuć filmowego dzieła. Niezwykle smutnego, za sprawą powagi sytuacji, gdy naiwność i zdolność ludzkiego organizmu do przetrwania w największym gównie, zderza się ze śmiercią w pięknych okolicznościach słonecznej plaży. Trup się na finał ostro ścieli, a dowodzący nie mają litości dla szeregowego ochotnika. To fabularnie brak elementarnej wiedzy, złożone okoliczności, decyzje lojalnościowe świadome, ale i wir decyzyjny, który bohaterów wciąga. Przede wszystkim jednak wyścig z czasem o życie zaciągających się bez przymusu smarkaczy - wierzących w honor, poświęcenie, oddanych sprawie. Mrozi krew Gallipoli, pozostawia na koniec w potwornej złości i bezradności, przypominając na marginesie, iż kiedyś w zamierzchłych czasach, nuta niejakiego Jarre'a była wpływowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj