Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Airbag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Airbag. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 sierpnia 2025

Airbag - The Century of the Self (2024)

 

Okazało się dni zaledwie kilka temu, iż przegapiłem w swym zawieszonym gapiostwie premierę zeszłoroczną kolejnego albumu progresywnych Norwegów. Gości co w swojej nucie jawnie nawiązują do ejtisowo-najtisowego okresu w dyskografii floydowej ikony. Biorąc pod uwagę iż poprzednik w odróżnieniu od wcześniejszych albumów jednoznacznie mnie zachwycił (polecam refleksję, ale jeszcze bardziej sam A Day at the Beach), czym prędzej, w te pędy itp. odpaliłem stream i mam mocno mieszanie-pomieszane uczucia ale jednak rozczarowanie silniej się poprzez nie przebija na powierzchnię, zatem krótko będzie raczej ogólnie bez entuzjazmu. Kiedy otwierająca Dysphoria posiada jeszcze na fajnym basowy szkielecie momenty i jest w całość porządnym, absolutnie nie przynudzającym, mimo iż ponad 10-minutowym numerem, a Tyrants and Kings wciąż milutko basowym vibem potrafi czarować, to Awakening smęci potwornie, po czym przekornie wbija najbardziej atrakcyjny (baaasss) w moim przekonaniu Erase. Niby spoko, piszę że mam poczucie zawodu, a okazuje się iż na 5 rozbudowanych kompozycji, to 3 mnie kupują, a w dodatku do finałowego utworu też jestem w stanie się przekonać, to czuję że na dłużej przy The Century of the Self nie zakotwiczę. Powodem dziwne jego rozmycie, rozbicie kompresji na jaka liczyłem, a jaka stanowi najmocniej o charakterze wspomnianego Dnia na plaży. Tam był kapitalny flow, tutaj on tylko bywa.

wtorek, 31 października 2023

Airbag - All Rights Removed (2011)

 
    

Pierwszy krążek Airbag na który wpadłem i też największy do niego sentyment posiadam, nawet jeśli nazwa mnie przy sobie na dłużej nie utrzymała. All Rights Removed pośród krążków Norwegów jest najbardziej zdaje się klasyczny i wprost nawiązujący do zawsze podnoszonego klasyka w postaci Pink Floyd, kiedy to (uwaga opisuję) nuta posiada klimat emocjonalny, a solówki płyną swobodnie wybrzmiewając falami w charakterystycznym dla legendarnych Brytyjczyków tonie. W zasadzie takich epigonów klasyków jest zatrzęsienie i też prawdę mówiąc Airbag trzymający bardzo wysoki poziom, ponad wysokie standardy naśladownictwa nie schodzi, jak i trudno o "dosłuchanie się" na  All Rights Removed jakiegokolwiek pierwiastka czyniącego ich twórczość wyjątkową. Być może więc tu tkwi problem, że trzymając się kurczowo stylu jaki w emblematycznej postaci mnie nigdy nie oczarował na dłużej, także dwójka w dorobku Airbag nie została ze mną, nie stając się płytą z absolutnego osobistego topu. Ona ma zadatki na materiał który od czasu do czasu dawkowany wybitnie wciąga i buja klasycznie progresywnie, więc przyjemność z nią obcowania zawsze elementarnie wysoka, jednak żeby wybić się do poziomu powyżej wysokiej ale zachowawczej średniej, to musiałoby coś w nucie ekipy z Oslo błyskiem oryginalności mnie oczarować - a ja na drugim ich krążku tego nie znajduję. Wspomniałem (jeśli dobrze pamiętam) przy okazji wydania ostatniego jak dotąd ich albumu (A Day at the Beach), że ten lekko uwspółcześniony elektroniką kierunek ewolucji mnie bardziej przekonuje, kiedy słuchając Airbag z roku 2020-ego mam wrażenie, iż bym odsłuchiwał jedną z około późnośrodkowych (najbardziej A Fine Day to Exit) płyt Anathemy, która notabene zmieniając bardzo stylowo swoje brzmienie oczywiście wzorowała się tak na pinkfloydowej legendzie, jak i i niemal równie szanowanym w elitarnych rockowych środowiskach Radiohead. All Rights Removed za ogólne wrażenie ma u mnie prawie maxa, ale za klonowanie i wtórność bez niczego swojego odejmuje kilka punkcików. W tej drugiej kwestii jest tutaj zupełnie inaczej niż na ostatnim albumie. Ale o tym to gdzieś w otchłani - otchłani Kos można doczytać.

wtorek, 20 grudnia 2022

Airbag - The Greatest Show on Earth (2013)

 


Do albumów z pewnością sympatycznych (choć jak wypada miłośnikom progresywnego rocka na zewnątrz w artystycznym wizerunku zadumanych) Norwegów z Airbag powracam nieregularnie, choć konsekwentnie i jak dałem już do zrozumienia przy okazji quasi recki jednej z ostatnich ich płyt mam do nich, a dokładnie do ich muzyki także stosunek niekoniecznie wyłącznie pozytywny. Mieszane uczucia towarzyszą mi tak podczas kilkukrotnego zaangażowanego odsłuchu jednego z ich albumów z osobna, jak i powracania do nich na zasadach żonglowania tytułami z ich dyskografii naprzemiennie. Tak jak najbardziej wychwalałem przynoszący ożywczy powiem świeżości (jakby dosłownie otworzyli w swojej salce prób wszystkie możliwe okna i wpuścili powietrze) album dotychczas najnowszy (A Day at the Beach  z roku 2020), tak wprost jako nużącym określiłem Disonnected o cztery lata młodszy, a dziś zdecydowałem się maksymalnie subiektywnej ocenie poddać jeszcze od nich starszy The Greatest Show on Earth i moje odczucia ujmę tak, że dam wprost do zrozumienia, iż to pięknie satysfakcjonująca porcja klasycznie rozumianej progresywno-rockowej twórczości w której najwięcej jednak inspiracji tuzami z przełomu 80/90, niż akurat grupami rzeźbiącymi w gatunku u jego zarania. Stąd jest to album z brzmieniem sterylnym i przestrzennym, z klawiszowym atmosferycznym tłem wszędzie tam gdzie miejsce robią plumkające gitary, lub też owe rozwijają długie tematy w postaci przede wszystkim solówek, a wspomniane "parapety" wybrzmiewają jako przedłużenie dźwięków wydobywanych z "wioseł" lub dodających budowanemu klimatowi charakteru i napięcia. Pod względem rytmicznym jest więc bardzo powściągliwie, a znaczenie płynącej z prądem perkusji jest mniejsza niż rola całkiem żywo bujających figur basowych. Nie da się ukryć że muzycy Airbag są na swojej trzeciej płycie wciąż niemal ślepo wpatrzeni przede wszystkim w dojrzałą formułę watersowsko-gilmourowską i gdyby kompletnie nieznającemu specyfiki konkretnych floydowskich albumów słuchaczowi puścić któryś z krążków legendy z jej późniejszej ery i pozbawić kompozycję tytułową z omawianego płyty głosu Asle Tostrupa, to nie trudno byłoby zwieść takiego surowego delikwenta. Epigoni? Tak z pewnością, epigoni tutaj grający w zupełnie innej jeśli chodzi o rozpoznawalność lidze, ale epigoni którzy potrafią komponować według sprawdzonego wzoru doskonale i trudno nie ulec urokowi ich twórczości, gdy jest się zdeklarowanym fanem gatunku. O tym w jaką i kogo stronę skierowany jest wzrok Airbag sugeruje też sam tytuł krążka, a ja mimo iż skojarzenie biegnie w stronę floydowej klasyki z początku lat siedemdziesiątych, to będę i tak uparcie obstawał przy przekonaniu że Airbag jest bliżej ejtisów i najtisów, niż czasów dla progresywnego rocka formatywnych. Być może to rola produkcji i pracy speca od studyjnej obróbki dźwięku, niżli by pomysłu aranżerskiego, ale ja tu słyszę czyściusieńki dźwięk bez analogowowych zanieczyszczeń, więc tym pejzażom malowanym instrumentalnie, przynajmniej pod tym względem daleko od sposobu nagrywania w latach siedemdziesiątych. Tak jak Disonnected uznaję za sygnał że formuła się wyczerpała i należało te wspomniane okna otworzyć, tak The Greatest Show on Earth absolutnie nie zdradzał jeszcze objawów zjadania własnego ogona, a powód był prozaiczny i sprowadzał się do faktu, że każdy z numerów z trójki jest pasjonujący - oczywiście w ramach wielokrotnie przez wielu przemielonych wzorców, ale jednak. 

P.S. Dźwięki, słowa - w muzykę ubrane strofy. W przypadku rocka progresywnego wersy intelektualne o dużym znaczeniu emocjonalnym. Łączące w jedno refleksyjną i filozoficzną naturę z szeroką percepcją obserwowanej rzeczywistości i do niej nie wprost prostacko się odnoszące. Posłuchajcie sami lub przewertujcie internety i posiłkujcie się interpretacją. Wczytajcie się jednak w teksty podczas odsłuchu - najlepiej. 

środa, 2 grudnia 2020

Airbag - Disconnected (2016)

 

Teraz już bodaj wiem, dlaczego na ostatnim albumie Airbag tak śmiało poszedł w urozmaicenie własnej nuty. Wystarczyło jedno przesłuchanie Disconnected, by zrozumieć, do czego mogli mieć pretensje wszyscy fani, którzy nie tylko lubią drzemać podczas odsłuchów ich krążków. To jasne jak słoneczko nad złocistą plażą, jak umysł bankiera tuż przed transakcją życia, jak… starczy! Disconnected zwyczajnie nuży (a może to tylko efekt  konfrontacji z ich najnowszym, znacząco bardziej ekspresywnym dziełem?) i jeśli nie jest najsłabszą płytą Norwegów i okaże się wkrótce (jak rozeznam się w The Greatest Show On Earth), iż jeszcze bardziej martwy emocjonalnie był poprzednik, to ja szczerze dziękuje, iż przez czas pomiędzy tegoroczną, a z 2011-ego roku produkcją muzyką Airbag niemal zupełnie się nie interesowałem. Myślę obecnie, że zmiana wprowadzona na A Day at the Beach była w ujęciu zainteresowanych niezwykle dla świeżości spojrzenia na progresywną estetykę korzystna, a ten mało wyrazisty Disconnected pomógł tylko szybciej wypełznąć Norwegom z mielizny inspiracji wyłącznie potwornie monotonnym klasycznym progresywnym rockiem. Żebym był dobrze zrozumiany, nie jest on całkowitą porażką i w zatrzęsieniu dreptania w miejscu znajdzie się kilka bardziej ekscytujących fragmentów. Ponadto ja szanuje (choć na co dzień zbytnio nie katuje) albumy legend gatunku, ale też nawet od epigonów wymagam więcej, niż tylko powtarzanie wytartych szablonów uskuteczniające samozaoranie w samozaszufladkowaniu. 

P.S. Może nie mam racji, bo może nie dałem wystarczającej szansy Disconnected? Gdyby coś, będę odszczekiwał. :)

piątek, 20 listopada 2020

Airbag - A Day at the Beach (2020)

 

Myślę, że zanim wypowiem się na temat A Day at the Beach, wypadałoby zapoznać się głębiej z dotychczasową dyskografią norweskiego bohatera niniejszej refleksji. Właściwe by było wyrobić sobie elementarną wiedzę o jego historii i spojrzeć na najnowszy krążek z istotnej perspektywy porównawczej. To co wiem teraz jest akurat nie nadto wystarczające, bowiem wiedza w tym momencie posiadana, ograniczona jest do kilku li tylko i jeszcze zagubionych w odmętach niepamięci odsłuchów. Odsłuchów dokonanych przed laty, gdy w ręce moje wpadł ich drugi long zatytułowany All Rights Removed. Niestety nie został on ze mną na dłużej i nawet nie bardzo pamiętam z jakich to akurat powodów. Krążki natomiast wydane pomiędzy wspomnianym albumami, są w moich oczach niemal kompletną tajemnicą. Przyznaję się jedynie do znajomości może dwóch, może trzech kompozycji - wspólnie, zarówno z The Greatest Show On Earth (2013) i Disconnected (2016). Poznanych mimochodem, w międzyczasie za pośrednictwem platformy "jutiubem" zwanej. Niniejszym to, co poniżej skreślam, jest wyłącznie odczuciem skupionym na tym co tu i teraz, odnosząc się do emocji wprost zrodzonych z obfitych jak się okazało kontaktów z "dniem na plaży". Pogodzony z brakiem solidnego fundamentu dla wiarygodnej recenzji, uważam iż najnowszy long Norwegów, to świetna porcja całkiem zmyślnie nagranej nuty neoprogresywnej, która swoją właściwą świeżość zawdzięcza skorzystaniu z synthpopowej produkcji. Tym samym okazuje się zdecydowanie odróżniać od starszych aranżacyjnych pomysłów (a jednak trochę pamiętam, nieco kojarzę), które szły fachowo, ale jednak dość nużącym klasycznym tropem progresu na modłę floydowsko-marillionowską. Więcej będę wiedział, kiedy oczywiście wcześniejszą dyskografię Norwegów dla własnej ciekawości odgrzeję, ale ta elektroniczna poświata omawianego tutaj wydawnictwa, jest na tyle wyrazista, iż niesie ze sobą oczywisty wniosek, nawet dla słuchacza o ograniczonej w temacie orientacji. Mnie przynajmniej skręt gdzieś pomiędzy nowofalowe inspiracje, a anathemową atmosferę (popatrzcie nie tylko wizualnie na A fine Day to Exit i A Day at the Beach) bardzo pasuje, więc nie będę się nawet czepiał dość mdłego brzmienia wokalu Asle Tostrupa. Byłoby wierzę jeszcze lepiej dla krążka, gdyby tylko wokalista wykrzesał z siebie nieco więcej charyzmy werbalnej, bo tej instrumentalno-aranżacyjnej na nowym longu absolutnie nie brakuje. Kręcą mnie niewątpliwie użyte basowe figury, świetnie rozwijane i wyraziste tematy, rozbrzmiewające w ogólnie kapitalnym pulsu znakomitego otoczeniu. Dodatkowo liryzm całości urzeka (więc nie oszukujmy się), liczę że na poprzednich albumach podobnej atmosfery także doświadczę. Jeśli jednak nie doświadczę, to moja fascynacja Airbag zainicjowana została właśnie dzięki A Day at the Beach, a liczyć to mam zamiar na dalsze owocne jej rozwijanie.

Drukuj