Okazało się dni zaledwie kilka temu, iż przegapiłem w swym zawieszonym gapiostwie premierę zeszłoroczną kolejnego albumu progresywnych Norwegów. Gości co w swojej nucie jawnie nawiązują do ejtisowo-najtisowego okresu w dyskografii floydowej ikony. Biorąc pod uwagę iż poprzednik w odróżnieniu od wcześniejszych albumów jednoznacznie mnie zachwycił (polecam refleksję, ale jeszcze bardziej sam A Day at the Beach), czym prędzej, w te pędy itp. odpaliłem stream i mam mocno mieszanie-pomieszane uczucia ale jednak rozczarowanie silniej się poprzez nie przebija na powierzchnię, zatem krótko będzie raczej ogólnie bez entuzjazmu. Kiedy otwierająca Dysphoria posiada jeszcze na fajnym basowy szkielecie momenty i jest w całość porządnym, absolutnie nie przynudzającym, mimo iż ponad 10-minutowym numerem, a Tyrants and Kings wciąż milutko basowym vibem potrafi czarować, to Awakening smęci potwornie, po czym przekornie wbija najbardziej atrakcyjny (baaasss) w moim przekonaniu Erase. Niby spoko, piszę że mam poczucie zawodu, a okazuje się iż na 5 rozbudowanych kompozycji, to 3 mnie kupują, a w dodatku do finałowego utworu też jestem w stanie się przekonać, to czuję że na dłużej przy The Century of the Self nie zakotwiczę. Powodem dziwne jego rozmycie, rozbicie kompresji na jaka liczyłem, a jaka stanowi najmocniej o charakterze wspomnianego Dnia na plaży. Tam był kapitalny flow, tutaj on tylko bywa.
niedziela, 10 sierpnia 2025
wtorek, 31 października 2023
Airbag - All Rights Removed (2011)
Pierwszy krążek Airbag na który wpadłem i też największy do niego sentyment posiadam, nawet jeśli nazwa mnie przy sobie na dłużej nie utrzymała. All Rights Removed pośród krążków Norwegów jest najbardziej zdaje się klasyczny i wprost nawiązujący do zawsze podnoszonego klasyka w postaci Pink Floyd, kiedy to (uwaga opisuję) nuta posiada klimat emocjonalny, a solówki płyną swobodnie wybrzmiewając falami w charakterystycznym dla legendarnych Brytyjczyków tonie. W zasadzie takich epigonów klasyków jest zatrzęsienie i też prawdę mówiąc Airbag trzymający bardzo wysoki poziom, ponad wysokie standardy naśladownictwa nie schodzi, jak i trudno o "dosłuchanie się" na All Rights Removed jakiegokolwiek pierwiastka czyniącego ich twórczość wyjątkową. Być może więc tu tkwi problem, że trzymając się kurczowo stylu jaki w emblematycznej postaci mnie nigdy nie oczarował na dłużej, także dwójka w dorobku Airbag nie została ze mną, nie stając się płytą z absolutnego osobistego topu. Ona ma zadatki na materiał który od czasu do czasu dawkowany wybitnie wciąga i buja klasycznie progresywnie, więc przyjemność z nią obcowania zawsze elementarnie wysoka, jednak żeby wybić się do poziomu powyżej wysokiej ale zachowawczej średniej, to musiałoby coś w nucie ekipy z Oslo błyskiem oryginalności mnie oczarować - a ja na drugim ich krążku tego nie znajduję. Wspomniałem (jeśli dobrze pamiętam) przy okazji wydania ostatniego jak dotąd ich albumu (A Day at the Beach), że ten lekko uwspółcześniony elektroniką kierunek ewolucji mnie bardziej przekonuje, kiedy słuchając Airbag z roku 2020-ego mam wrażenie, iż bym odsłuchiwał jedną z około późnośrodkowych (najbardziej A Fine Day to Exit) płyt Anathemy, która notabene zmieniając bardzo stylowo swoje brzmienie oczywiście wzorowała się tak na pinkfloydowej legendzie, jak i i niemal równie szanowanym w elitarnych rockowych środowiskach Radiohead. All Rights Removed za ogólne wrażenie ma u mnie prawie maxa, ale za klonowanie i wtórność bez niczego swojego odejmuje kilka punkcików. W tej drugiej kwestii jest tutaj zupełnie inaczej niż na ostatnim albumie. Ale o tym to gdzieś w otchłani - otchłani Kos można doczytać.
wtorek, 20 grudnia 2022
Airbag - The Greatest Show on Earth (2013)
środa, 2 grudnia 2020
Airbag - Disconnected (2016)
Teraz już bodaj wiem, dlaczego na ostatnim albumie Airbag tak śmiało poszedł w urozmaicenie własnej nuty. Wystarczyło jedno przesłuchanie Disconnected, by zrozumieć, do czego mogli mieć pretensje wszyscy fani, którzy nie tylko lubią drzemać podczas odsłuchów ich krążków. To jasne jak słoneczko nad złocistą plażą, jak umysł bankiera tuż przed transakcją życia, jak… starczy! Disconnected zwyczajnie nuży (a może to tylko efekt konfrontacji z ich najnowszym, znacząco bardziej ekspresywnym dziełem?) i jeśli nie jest najsłabszą płytą Norwegów i okaże się wkrótce (jak rozeznam się w The Greatest Show On Earth), iż jeszcze bardziej martwy emocjonalnie był poprzednik, to ja szczerze dziękuje, iż przez czas pomiędzy tegoroczną, a z 2011-ego roku produkcją muzyką Airbag niemal zupełnie się nie interesowałem. Myślę obecnie, że zmiana wprowadzona na A Day at the Beach była w ujęciu zainteresowanych niezwykle dla świeżości spojrzenia na progresywną estetykę korzystna, a ten mało wyrazisty Disconnected pomógł tylko szybciej wypełznąć Norwegom z mielizny inspiracji wyłącznie potwornie monotonnym klasycznym progresywnym rockiem. Żebym był dobrze zrozumiany, nie jest on całkowitą porażką i w zatrzęsieniu dreptania w miejscu znajdzie się kilka bardziej ekscytujących fragmentów. Ponadto ja szanuje (choć na co dzień zbytnio nie katuje) albumy legend gatunku, ale też nawet od epigonów wymagam więcej, niż tylko powtarzanie wytartych szablonów uskuteczniające samozaoranie w samozaszufladkowaniu.
P.S. Może nie mam racji, bo może nie dałem wystarczającej szansy Disconnected? Gdyby coś, będę odszczekiwał. :)
piątek, 20 listopada 2020
Airbag - A Day at the Beach (2020)
Myślę, że zanim wypowiem się na temat A Day at the Beach, wypadałoby zapoznać się głębiej z dotychczasową dyskografią norweskiego bohatera niniejszej refleksji. Właściwe by było wyrobić sobie elementarną wiedzę o jego historii i spojrzeć na najnowszy krążek z istotnej perspektywy porównawczej. To co wiem teraz jest akurat nie nadto wystarczające, bowiem wiedza w tym momencie posiadana, ograniczona jest do kilku li tylko i jeszcze zagubionych w odmętach niepamięci odsłuchów. Odsłuchów dokonanych przed laty, gdy w ręce moje wpadł ich drugi long zatytułowany All Rights Removed. Niestety nie został on ze mną na dłużej i nawet nie bardzo pamiętam z jakich to akurat powodów. Krążki natomiast wydane pomiędzy wspomnianym albumami, są w moich oczach niemal kompletną tajemnicą. Przyznaję się jedynie do znajomości może dwóch, może trzech kompozycji - wspólnie, zarówno z The Greatest Show On Earth (2013) i Disconnected (2016). Poznanych mimochodem, w międzyczasie za pośrednictwem platformy "jutiubem" zwanej. Niniejszym to, co poniżej skreślam, jest wyłącznie odczuciem skupionym na tym co tu i teraz, odnosząc się do emocji wprost zrodzonych z obfitych jak się okazało kontaktów z "dniem na plaży". Pogodzony z brakiem solidnego fundamentu dla wiarygodnej recenzji, uważam iż najnowszy long Norwegów, to świetna porcja całkiem zmyślnie nagranej nuty neoprogresywnej, która swoją właściwą świeżość zawdzięcza skorzystaniu z synthpopowej produkcji. Tym samym okazuje się zdecydowanie odróżniać od starszych aranżacyjnych pomysłów (a jednak trochę pamiętam, nieco kojarzę), które szły fachowo, ale jednak dość nużącym klasycznym tropem progresu na modłę floydowsko-marillionowską. Więcej będę wiedział, kiedy oczywiście wcześniejszą dyskografię Norwegów dla własnej ciekawości odgrzeję, ale ta elektroniczna poświata omawianego tutaj wydawnictwa, jest na tyle wyrazista, iż niesie ze sobą oczywisty wniosek, nawet dla słuchacza o ograniczonej w temacie orientacji. Mnie przynajmniej skręt gdzieś pomiędzy nowofalowe inspiracje, a anathemową atmosferę (popatrzcie nie tylko wizualnie na A fine Day to Exit i A Day at the Beach) bardzo pasuje, więc nie będę się nawet czepiał dość mdłego brzmienia wokalu Asle Tostrupa. Byłoby wierzę jeszcze lepiej dla krążka, gdyby tylko wokalista wykrzesał z siebie nieco więcej charyzmy werbalnej, bo tej instrumentalno-aranżacyjnej na nowym longu absolutnie nie brakuje. Kręcą mnie niewątpliwie użyte basowe figury, świetnie rozwijane i wyraziste tematy, rozbrzmiewające w ogólnie kapitalnym pulsu znakomitego otoczeniu. Dodatkowo liryzm całości urzeka (więc nie oszukujmy się), liczę że na poprzednich albumach podobnej atmosfery także doświadczę. Jeśli jednak nie doświadczę, to moja fascynacja Airbag zainicjowana została właśnie dzięki A Day at the Beach, a liczyć to mam zamiar na dalsze owocne jej rozwijanie.

.jpg)
.jpg)

