Na początek sorki - sorki że kiedyś Humbug po macoszemu potraktowałem, ale to wina cała i wielka, a wręcz gigantyczna wina wpierw AM, a dalej też Tranquility Base Hotel & Casino, bo to były tak doskonałe albumy, a już ten drugi to wręcz perfekcyjny i nie wyobrażam już sobie, aby Brytole nagrali kiedykolwiek coś lepszego, choć z pewnością kitu wątpliwego też dokąd istnieć będą nie ma obaw że mi nawciskają. Moja, może bardziej jednak negatywna zasługa, iż dopiero na wysokości krążka z 2013 roku "Małpy" poznałem i z tej wybitnej perspektywy wciąż patrząc na wcześniejsze nagrania, to jednak tak Suck it And See jak i Humbug gdzieś o poziom niżej, szczególnie w kwestii chwytliwości się pozycjonują. Niemniej jednak moje uszy dojrzały aby o Humbug jeno w superlatywach pisać, choć uparty będę że te superlatywy odnośnie albumów z dalszej fazy drugiej dekady XXI wieku, mają to coś co je znacznie dojrzalszymi w odbiorze czyni. Humbug jest znakomity, ale i znakomicie bardziej surowy, jest też jeszcze wciąż albumem budującym konstrukt stylu "małpiego" - innymi słowy etapem poszukiwań i wyrywania się szufladkom przypisującym do nazw poprzedników, dlatego w recenzjach owego można odnaleźć sporo odnośników do innych przedstawicieli tak indie rocka, jak brit popu, bez względu na fakt, iż tylko kompletny dyletant dziennikarski nie wyczułby tutaj zaczynu dla oryginalności. Ja kiedy robiłem pierwsze odsłuchu opisywanego, dokonywałem tego już po kilku latach od premiery, dlategoż śmiem się usprawiedliwiać, iż nie wyczułem pisma nosem, bowiem ten nos obwąchać już zdążył wspomniany AM, więc to chyba jasne co czułem i że zamiast cisnąć Humbug do oporu, wolałem powrócić do albumu świeżego, przed wówczas momentem wydanego. Jeśli ktoś teraz ma problem i chciałby się poskrażyć Pani, że ten typ od Dwóch Kos niewiele konkretów o zawartości "recenzjo-reflesksowanego" napisał, a tylko o własnych maksymalnie subiektywnych doświadczeniach w ekstatycznym tonie pierdzieli, to przypominam że nikogo tu na siłę nie przymuszam, a jak ktoś się jednak zdecydował, bo z jakiegoś powodu olać kolejnej moją recenzjo-wyrypy nie wypada, to dziękuję za czas stracony i polecam nie ufać albo tak ślepo wyszukiwarce, albo poczuciu obowiązku - jakby w dziwnych okolicznościach nie był wypracowany. Pod tekstem nie wrzucę też linków do innych opinii w poruszonym mało merytorycznie temacie, bo radźcie sobie sami raz, a dwa ja uważam, iż tylko ja się najlepiej znam na tym o czym piszę, a inni to powinni najsamprzód nauczyć się pisać ciekawie, a później opierać to co z siebie w przypływie weny wyduszą na weryfikowalnych faktach - innymi słowy kroczyć pewnie ścieżką własnego warsztatowego rozwoju ku nie tak profesjonalizacji, jak bardziej ku dystansowi do siebie. On pomaga (przysięgam), kiedy trafi się na mądrzejszych choć niekoniecznie bardziej rozgarniętych, bo można ich wytrącić łatwiej z równowagi, a na stówę strącić z pantałyku hasłem - olej to brachu, to nie jest warte twojej uwagi!
środa, 13 września 2023
Arctic Monkeys - Humbug (2009)
piątek, 27 stycznia 2023
Arctic Monkeys - Suck It And See (2011)
Sam przed sobą przyznaję, iż po wydaniu fantastycznego AM żyłem w mylnym (bo laika) przeświadczeniu, że jego formuła stylistyczna nie wzięła się z konsekwentnego zespołu rozwoju, lecz została akurat wówczas zaczerpnięta ad hoc z fascynacji przede wszystkim starym amerykańskim rock'n'rollem. Stąd długi czas pokutowało we mnie przekonanie, iż nie ma sensu lustrować dokładnie jakie wcześniej albumy Arctic Monkeys nagrywało, tym bardziej że utwierdzony zostałem pobieżnym przekonaniem z pierwszymi nagraniami w roli głównej o braku konieczności sprawdzania - bo te fragmenty kawałków odsłuchane kompletnego wówczas neofitę w świecie muzyki młodych Brytyjczyków raczej nie przekonywały do baczniejszego się przyjrzenia. Czas jednak wszystko zmienia i nie tylko potrafi przemienić jelonka w jelenia, ale też stare przyzwyczajenia mocno dojrzałego człowieka zweryfikować doświadczeniem przełamania samemu sobie świadomie stawianych niepotrzebnie ograniczeń. Tak też z akurat Suck It And See było, że zanim całość albumu w zaciszu domowym kilkukrotnie się człowiekowi odtworzyć zdarzyć miało, to ziemia słońce okrążyć była zmuszona kilka razy. Nie mam mimo wszystko do krążka z 2011 roku takiego bezgranicznie oddanego stosunku jak do AM czy Tranquility Base Hotel & Casino, lecz doceniam i słucham z przyjemnością teraz oraz dostrzegam, że aby "małpy" tak zjawiskowy album w 2013 roku nagrały, to musiały swoją drogę przemian przejść obowiązkowo i nie tylko doznać olśnienia fascynacją amerykańszczyzną. Najważniejsze natomiast, iż dotarło do mnie to co umknęło, że Josh Homme to już paluchy swe maczał w nucie Arctic Monkeys wcześniej niż sobie mogłem zdawać sprawę i nawet wyobrazić. Dla starych fanów nie jest to wiedza tajemna, że już Humbug to było więcej dzięki niemu pustyni niż standardowo rozumianego brytyjskiego indie rocka, a na SIAS to już kalifornijskie słońce świeci na maxa, a nuta dzięki temu daje wrażenie odtwarzanej z takich małych singlowych winyli w gablocie Cadillackiem zwanej. Odrobina jankeskiej psychodeli sprawnie ożeniona z radio friendly popowymi zajawkami - z lekka brudne, czy szorstkie riffy, bujające i prowokujące do przestępowania z nóżki na nóżkę tempa i ładne solówki (czasem na fuzzie), a wszystko z udziałem aksamitnej barwy i marzycielskiej maniery w głosie Alexa Turnera na doskonałym basowym szkielecie, wprost chyba z mokrych snów fana big bandów, powleczonych dodatkowo dla atrakcyjności i zwiewnie leniwej choć łobuzerskiej romantyczności kołyszącym pitu pitu. Tak sobie obraz tego bardzo fajnego krążka definiując tłumaczę, kiedy go słucham i wizualizuje, co dzięki niemu w serduszku czuję. :)
niedziela, 13 listopada 2022
Arctic Monkeys - The Car (2022)
Nie spieszyłem się z tą reczką, dałem sobie myślę wystarczająco dużo czasu, by przegryźć się przez ambitną skorupę The Car i wgryźć się w miąższ. Z perspektywy kilku tygodni kontaktu uważam to, co chyba jednak od pierwszych odsłuchów już wiedziałem. Arctic Monkeys jest już zupełnie dla rock’n’rolla stracony i nie będę miał już okazji usłyszeć albumu w ich wykonaniu, który treścią nawiązywałby do AM, a nawet nie będę miał wkrótce szans posłuchania kompozycji bliskich Tranquility Base Hotel & Casino, bo oni już kompletnie w estradowy "glamour" odlecieli, a dowodem dobitnym te wszystkie smyczkowe aranżacje, które niby dopełniają tła, a w rzeczywistości powodują banalizowanie koncepcji, a wręcz balansowanie na granicy kiczu i przykrywanie porywającej rytmicznie istoty tych utworów warstwą chwilami nieznośnie słodkiego lukru. Bowiem sposób w jaki rytmikę genialnie budują i smaczkami aranżacyjnymi częstują, to jest jakaś magia, która to z kolei powoduje, że te dwa startowe single super obrazkami promowane zapowiadały, iż The Car to będzie cudo nad cudami, a przez fakt że są to najbardziej wyraziste i najbardziej dopracowane indeksy na płycie, inne żyją niestety w ich cieniu i tylko może jeszcze tak w stu procentach Hello You im dorównuje. Pozostałe nikną, a przecież nie są jakimiś zapchajdziurami, tylko pełnoprawnymi składnikami The Car. Tak, marudzę i zapewne w sumie niezbyt przekonująco, ale mam wciąż to poczucie, iż poprzednie albumy były w całości właśnie przekonujące, satysfakcjonujące i do wyobraźni przemawiające, wreszcie magnetyczne, a The Car jako zwarta, przykrótka jednak całość cierpi na niełatwy do sprecyzowania niedomiar, bo czas trwania właśnie zbyt krótki i jeszcze piosenki nie wszystkie ekscytujące. Tym niemniej jednak nie jestem rozczarowany, a zwyczajnie nieco niedosyt po wybrzmieniu ostatniej nuty odczuwam. Zapewne to się już nie zmieni, choć nie wykluczam, że klucz do tych numerów które dziś spostrzegam jako nieco miałkie jeszcze odnajdę, bo nie ma mowy, by ktoś kto potrafił napisać takie dzieła jak There'd Better Be a Mirrorball i Body Paint, jednocześnie mógł położyć pozostałe.
P.S. Ok ok! Trochę się poniekąd droczę. Przecież dotarłem też do miąższu I Ain't Quite Where I Think I Am, Big Ideas i wspaniałego Sculptures of Anything Goes. :)


.jpg)

