Wojciech Has w temacie otchłani, czyli „reżyser zwolnionego rytmu, nastroju, skupienia i kontemplacji - artysta o malarskiej wyobraźni”, we własnej interpretacji, na podstawie opowiadania Marka Hłaski - „podporządkowując materię tej prozy, własnej problematyce i własnemu stylowi”. Alkoholika artysty godziny ostatnie, w wymiarze czysto egzystencjalnym. Z sugestywnie, lecz ascetycznie zarazem ukazaną, kluczową figurą kobiety opiekuńczej (Aleksandra Śląska młodziutka). Kochającą słabego pijaczka miłością ekstremalnie trudną (Gustaw Holoubek) - zmarnowanego, wyjałowionego postępującą desperacją. Z obyczajowością ówczesnej Warszawy, jako miasta powojennego, pełnego mroku i desperacji. Zmian przeistaczających ją i sugerujących wagę i kontrast przemian ustrojowych. Świeże wciąż, powojenne rozliczenia z samym sobą, w towarzystwie nawiedzających demonów niedawnej przeszłości. Paradoks tylko pozorny - przeżyć wojnę by utopić się w szklance gorzały. Totalna deprecha, przerażająca opcja upadku, rozsmarowania sobie wrażliwej gęby na krawężniku w rynsztoku - z kluczowym dla finału poruszającym monologiem postaci granej przez Tadeusza Fijewskiego. Kino prawdziwej grozy, a żaden przecież horror!
poniedziałek, 17 listopada 2025
czwartek, 13 czerwca 2024
Lalka (1968) - Wojciech Has
U Hasa scenografia to podstawa, a zawsze jest to scenografia charakterystyczna, w duchu mrocznego surrealizmu bogata, więc klasyczna Lalka nabiera w tym kontekście cech plastycznie niezwykle wyrazistych, mimo iż podobno po premierze pisano o adaptacji Hasa jako o „filmie dziwnym” - obrazie „szokującym umiejętnością podporządkowania realistycznej poetyki pierwowzoru, własnej wizji wykreowanej przez reżysera”. Dla mnie z perspektywy kolejnych ponad lat pięćdziesięciu ewolucji kina, to żaden problem, że Has zrobił to maksymalnie po swojemu i nie ma co dywagować nadmiernie czy warzyć słowa, po prostu cholernie odważnie. Wizualne wyszło złoto, tak dekoracyjnie, jak i operatorsko, bo ta płynąca kamera pośród planu i wewnątrz lokacji, to kino przez ogromne K i tak blisko wielkiego, a przede wszystkim oryginalnego kina światowego - jak myślę nigdy później w historii naszej rodzimej kinematografii. Nie było się wówczas ogólnie w tej materii z perspektywy zza żelaznej kurtyny wyzierającej polskiej szkoły filmowej czego wstydzić, mimo że warunki finansowe naturalnie dalekie od świata zachodniego, ale rodzimi twórcy filmowi nadrabiali talentem, wyobraźnią i sprytem - stąd Has bez budżetu hollywoodzkiego zdołał wykreować świat wizualny imponujący. Wrażenie porywające robi ta jego autorska wizja Warszawy zdegenerowanej - mrocznej niezwykle, mimo że w ostrych i tylko lekko zabrudzonych odcieniach. Wyszło dla oczu też tajemniczo, ale w sensie narracji raczej zimno, bez pozbawiających oddechu emocji i bez większego nawet napięcia, szanując wolne tempo i poza oczywistym skupieniem się na sednie, także docenienia waloru podkreślenia „wątków niedokończonych”. Takie kino z jednej strony finezyjnego posługiwania się optyką szczególnej barwy i sugestywnego rekwizytu, jak i w kwestii treści koncentracji na ponurym egzystencjalizmie, chyba jednak dość dalekie od tego z czym wiążę się stereotypowe spostrzeganie Lalki jako lektury obowiązkowej. Nie zamierzam się jednak sprzeczać, gdy ktoś podniósłby kwestię mało ekscytującej materii pod względem atrakcyjności samej treści (intuicyjne i szlachetne aktorstwo wraz z zaakcentowaną stroną wizualną mi to na szczęście wynagrodziło), bowiem sam czułem się gdy oglądałem, jakbym bardziej śledził banalną w swej istocie opowieść o społecznych konwenansach, gdzie dla nisko urodzonego zdobycie bogactwa możliwe, jeśli odpowiednio on pragmatyczny i tym samym skuteczny, natomiast pokonanie bariery klasowości i realne wkupienie się w łaski błękitno-krwistej arystokracji niemożliwe. Tym bardziej gdy za konieczną maską pewności siebie kryje się wrażliwy inteligent, którego naiwność w tej przeklętej miłości czyni niemal kompletnie bezbronnym.
poniedziałek, 28 listopada 2022
Rękopis znaleziony w Saragossie (1964) - Wojciech Has
Plejada ówczesnych najbardziej rozpoznawalnych gwiazd kina naszego - twarzy kilku pokoleń, utalentowanych i wyrazistych naturalnie. Pośród nich zawsze nieco pokracznie naturszczykowaty, jednako zawsze ujmujący Zbigniew Cybulski, tym razem bez swoich charakterystycznych okularów na nosie. Rzecz esencjonalna dla stylistyki, rzecz wrosła w kinematografię polską i otoczona nimbem wręcz obsesyjnego kultu, chodź rzecz jasna nie tak popularna jak późniejsze epickie widowiska Jerzego Hoffmana, które nawiasem mówiąc (zaryzykuję śmiało) właśnie dzięki inspiracji płynącej z adaptacji Hasa być może po części powstały. Rzecz jednako bardziej finezyjna, rzecz dowcipna, rzecz ważna, rzecz niepospolita. Na podstawie głośnej fantastyczno-filozoficznej powieści Hrabiego Jerzego Potockiego, rozbudowana historia nakręcona w udawanych lokacjach Hiszpanii, a dokładnie zbudowanych z jurajskiego wapienia (tutaj chwila na patriotyzm lokalny) podczęstochowskiego Olsztyna. Rękopis jest na swój sposób i na ówczesne możliwości odjechany, popuszczono w nim zdecydowanie wodze fantazji i wątki dziwaczne wzbudzają konsternację, tudzież fascynację widza. Sporo w nim też niemal surrealistycznego poczucia humoru, stąd nie on hula w święta w telewizjach tylko filmy Hoffmana i ja się właściwie nie dziwię. Dominuje dość dzisiaj ascetyczna scenografia, która tworzy mimo to skuteczną iluzję przepychu, zbudowaną z rekwizytów zabawnie groteskowych i jednak taka nie do końca pełna kontrola Hasa nad szczegółami produkcyjnymi, wynikająca z finansowych ograniczeń, bądź świadomego postawienia przez ekipę i reżysera przede wszystkim na treść - bo z braku laku itd. ;) Wyszło reżyserowi realizacyjnie i wizualnie dość umownie, natomiast trudno mi się odnieść do interpretacji tekstu Hrabiego, bowiem nie znam i nikt mnie nie przymusi do spędzenia godzin w mozole bym mógł sam się przekonać jak było, bowiem nie jestem fanem tego rodzaju fantasmagorycznej literatury z okolic Przygód bardziej rozpoznawalnego Barona Munchausena. Oprę się zatem na opiniach tych co w głąb sprawy zdecydowali się wniknąć i oni dają jasno do zrozumienia, iż Has użył tu także w sensie aluzyjnym klasyka w postaci Don Kichota wiadomo kogo, traktując powyższego „niby zwierciadło odbijające wnętrze Rękopisu, podkreślając tym samym oniryczną umowność całej imprezy”. W dziesiątkach detali te tropy i mnóstwo tym samym przestrzeni do popisu dla rozkochanych w badaczach podobnych historyczno-literackich powiązań, których też nie mogę uznać siebie za fascynata, dlatego nie patrzę na Rękopis z punktu widzenia pasji, a najzwyczajniejszego miłośnika filmu który kocham jeśli wzbudza emocje, a wzbudzające skrajne reakcje (kult robi swoje) dzieło Hasa niestety tego co dla mnie w kinie najistotniejsze wywołać nie potrafiło. Doceniam i szanuję zaangażowanie, bo porwać się na taką epicką formę bez odpowiedniej bazy, to też oprócz zuchwalstwa, odwaga nie lada, ale co po odwadze i chęciach kiedy z dzisiejszej perspektywy trzy godziny projekcji, to w moim przypadku dzielenie jej na trzy części by zmagania zakończyć uczciwym odtworzeniem całości. Jak ktoś być może trafnie wbrew stadnemu nadęciu miłośników dzieła zauważył, oto bowiem była to taka Akademia Pana Kleksa dla dorosłych, a że niewielu dorosłych w których dziecka wyobraźnia pozostała, to i w tej teoretycznej rywalizacji Rękopis stoi w stosunku do sienkiewiczowszczyzny na z góry przegranej pozycji. Powiem otwarcie - mnie też lepiej oglądało się pojedynek Łomnickiego z Olbrychskim, za co się wstydzę, bo tym wyznaniem poklasku u wszelkiej maści zachwyconych najbardziej sobą samym intelektualistów, nie wzbudzę. ;)
wtorek, 22 listopada 2022
Sanatorium pod klepsydrą (1973) - Wojciech Has
Czy to najobfitszy (bo takiej parady żywych nieboszczyków to nawet w filmach o zombiakach nie uświadczysz) i w bonusie jedyny udany polski horror w historii? Tak prowokująco, dosłownie i niedosłownie tekst rozpocznę i zrazu dodam, iż jestem pod ogromnym optycznym wrażeniem, bowiem tak to się myślę wcześniej nie tylko w socjalistycznej ojczyźnie nie kręciło. Z takiej perspektywy, w takich nieoczywistych, wręcz przeczących fundamentom szkoły filmowej miejscach kamery nie ustawiało. Tutaj inne jest też spojrzenie na architekturę zewnętrzną, scenografię wnętrz, z tym ogólnym precyzyjnie zaaranżowanym nieładem i najzwyczajniej czarem posuniętych czasem przedmiotów (praca scenografów, detale przygotowane zachwycają). W tym względzie to jest przełomowe i zdaje się że taki późniejszy mistrz nieograniczonej wyobraźni jak Terry Gilliam mógł kompozycją wizualną firmowaną przez Wojciecha Hasa się inspirować, bo jeśli nie bezpośrednio, to bez wątpienia to widać elementy styczne i powiązania - być może nie bezpośrednie, ale jednak. Wracając stricte do Sanatorium jako dość ciężkiej adaptacji trzech bodajże opowiadań Brunona Schulza, ona jak wspominam zapiera dech rozmachem scenograficznym, tworzy tym samym reżyser dzięki niej niezwykły malarski klimat i surrealistycznymi inklinacjami rozbudza wyobraźnię, ale całej prawdy o tym co myślałem podczas wielce opóźnionego w czasie seansu, kapitalnie zrekonstruowanej wersji nie zamierzam dla zyskania statusu konesera literatury i ambitnego kina zatajać. Niewiele z tego (przepraszam) "bełkotu" zrozumiałem, zdawałem sobie mimo wszystko sprawę, iż w onirycznej tajemnicy "cofniętego czasu - powtórzonego dzieciństwa" brodzę, a pomimo to porozrzucanych puzzli nie scaliłem i tym samym jeszcze mniej bym wyłapał gdybym Sanatorium oglądał jako jeszcze niedorostek, czy nawet dojrzewający mężczyzna, więc siłą rzeczy muszę podważyć zasadność takiej realizacji, gdyż ona tak naprawdę do niewielu widzów jako jasny przekaz dociera, a w większości przypadków efekt wizualny jedynie robi wrażenie. Pod tym względem to ABSOLUT i kino nie tylko przełomowe, ale kino perfekcyjne rzemieślniczo zrealizowane. Niezwyczajne widowisko, z światła, mroku, barwne i klimatyczne, odważne, idące wbrew konwenansom ścieżką freudowskiej koncepcji znaczenia seksu, jak jednocześnie klasyczne użytym językiem Brunona Schulza i na owe czasy nowoczesne wizją scenografa i reżysera. Nieoczywiste, wieloznaczne, niełatwe do interpretacji, podążające luźno za oryginałem, lecz też przytłaczające, niestrawne doświadczenie, które z pewnością jest jakieś - jednak posiada zasadnicze, powyżej sugerowane merytoryczne wady. Nie wątpię, iż dzieło Hasa z pewnością zyskuje kiedy pozna się prozę Schulza, ale mnie dręczy wciąż wątpliwość, czy doskonała adaptacja nie powinna bronić się sama z siebie i być autonomicznym bytem, który nie potrzebuje dodatkowych pogłębionych studiów czy też wcześniejszego przygotowania. Ja widzę w tym niestety megalomanię Hasa i nie pozwalam sobie, aby jego ambicja, czy wręcz arogancja wymuszała na mnie uznanie Sanatoria za arcydzieło w pełnej krasie.
P.S. "Cofnięty czas… w samej rzeczy pięknie to brzmi, ale czymże okazuje się w istocie? Czy dostaje się tu pełnowartościowy, rzetelny czas, czas niejako ze świeżego postawu odwinięty, pachnący nowością i farbą? Wprost przeciwnie. Jest to do cna zużyty, znoszony przez ludzi czas, czas przetarty i dziurawy w wielu miejscach, przeźroczysty jak sito. Nic dziwnego, toż jest to czas niejako zwymiotowany — proszę mnie dobrze zrozumieć — czas z drugiej ręki. Pożal się, Boże!".



