Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gentelmans Pistols. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gentelmans Pistols. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 listopada 2015

Gentlemans Pistols - Hustler's Row (2015)




Oh yeah yeah yeah yeah yeah yeah! Tak sobie pozwolę zacząć za wokalistą tych "vintage'owych" wyspiarzy skandując. Oni we wspaniały nastrój swoją kolejną płytką z łatwością mnie wkręcają, dając jednocześnie solidny zastrzyk pozytywnej energii - takie to różowe okulary i duża tabliczka czekolady w jednym. :) Wystarczy spojrzeć na ich wygląd, by już szeroki uśmiech na gębie się pojawił, a gdy zaczną bioderkami wywijać i nóżkami potupywać w rytm Devil's Advocate on Call to ja (chociaż moja natura raczej pesymistyczna i sarkazmem tryskająca) z marszu w wesołkowatego gościa się zmieniam. Sporo w tych dźwiękach endorfin i za to ich uwielbiam. Nie silą się na wyreżyserowane pozy, nie zgrywają zblazowanych rock'n'rollowców i co najważniejsze nie dbają o swój sceniczny wizerunek, bo go zwyczajnie nie mają. Chyba, że uznać iż spory dystans do siebie to ich naturalna poza, która ten wizerunek tworzy. Proszę mnie jednak opacznie nie zrozumieć, bo to żadni tam pajace, którzy ponad dobrą muzykę zgrywę stawiają tylko goście z pasją dla których kapitalne rockowe dźwięki idealnym środowiskiem rozwoju. Nakręcają zatem ten retro rockowy trend zdecydowanie w rock'n'rollowa uliczkę z impetem wjeżdżając - tam gdzie Phil Lynott Thin Lizzy zaprowadził i gdzie wielu mu podobnych satysfakcję płynącą z granej muzyki odnalazło. Mnie te okolice jako przyjazne się kojarzą i chętnie w nie się zapuszczam. Kiedy proza życia przytłacza, rutyna bezlitośnie spontaniczność morduje, gdy bezradny ręce załamuje lub wściekły wulgaryzmami sypię. Wtedy tak dla równowagi by harmonię przywrócić zwracam się w stronę optymistycznej gitarowej galopady, a Hustler's Row podobnie jak poprzednik w postaci At Her Majesty' Pleasure staje się oczywistym wyborem.

sobota, 20 lipca 2013

Gentlemans Pistols - At Her Majesty's Pleasure (2011)




Pamiętam doskonale jak po pierwszym kontakcie z tym albumem entuzjazmem tryskając uśmiechu z twarzy pozbyć się nie mogłem, ciśnienie radośnie mi podskoczyło, potrzebę ogromną szczęściem moim dzielić się poczułem, małżonkę w dźwięki te wkręcając, uświadamiając jakież to niezwykłe odkrycie jest. Wszak krążek ten to definicja frajdy z grania, bez zbędnej napinki, pseudointelektualnej ideologii - tylko świetny warsztat instrumentalny, dar pisania odjechanych numerów oraz oddanie konwencji. Taka retro rockowa petarda garściami pełnymi z tradycji gatunku czerpiąca, z werwy młodzieńczej dodatkiem. I nie dziwi fakt zakotwiczenia wśród tej wesołej gromady Billa Steera, który na nich się poznał, sukcesu woń czując zapewne. Dzieje się, oj dzieje w światku retro, co raz jakiś retro rockowy ładunek wybucha o sile często większej od tego co ojcowie stylu wiele lat temu proponowali. Koniec pisaniny, I Wouldn't Let You zapętlam, a nóżka rytmicznie podskakuje!

Drukuj