Oh yeah yeah yeah yeah yeah yeah! Tak sobie
pozwolę zacząć za wokalistą tych "vintage'owych" wyspiarzy skandując. Oni we
wspaniały nastrój swoją kolejną płytką z łatwością mnie wkręcają, dając
jednocześnie solidny zastrzyk pozytywnej energii - takie to różowe okulary i
duża tabliczka czekolady w jednym. :) Wystarczy spojrzeć na ich wygląd, by już
szeroki uśmiech na gębie się pojawił, a gdy zaczną bioderkami wywijać i nóżkami potupywać w rytm Devil's Advocate on Call to ja (chociaż moja natura raczej
pesymistyczna i sarkazmem tryskająca) z marszu w wesołkowatego gościa się
zmieniam. Sporo w tych dźwiękach endorfin i za to ich uwielbiam. Nie silą się na
wyreżyserowane pozy, nie zgrywają zblazowanych rock'n'rollowców i co
najważniejsze nie dbają o swój sceniczny wizerunek, bo go zwyczajnie nie mają.
Chyba, że uznać iż spory dystans do siebie to ich naturalna poza, która ten
wizerunek tworzy. Proszę mnie jednak opacznie nie zrozumieć, bo to żadni
tam pajace, którzy ponad dobrą muzykę zgrywę stawiają tylko goście z pasją dla
których kapitalne rockowe dźwięki idealnym środowiskiem rozwoju. Nakręcają zatem ten retro rockowy trend
zdecydowanie w rock'n'rollowa uliczkę z impetem wjeżdżając - tam gdzie Phil
Lynott Thin Lizzy zaprowadził i gdzie wielu mu podobnych satysfakcję płynącą z
granej muzyki odnalazło. Mnie te okolice jako przyjazne się kojarzą i chętnie w
nie się zapuszczam. Kiedy proza życia przytłacza, rutyna bezlitośnie
spontaniczność morduje, gdy bezradny ręce załamuje lub wściekły wulgaryzmami
sypię. Wtedy tak dla równowagi by harmonię przywrócić zwracam się w stronę
optymistycznej gitarowej galopady, a Hustler's Row podobnie jak poprzednik w
postaci At Her Majesty' Pleasure staje się oczywistym wyborem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gentelmans Pistols. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gentelmans Pistols. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 listopada 2015
sobota, 20 lipca 2013
Gentlemans Pistols - At Her Majesty's Pleasure (2011)
Pamiętam
doskonale jak po pierwszym kontakcie z tym albumem entuzjazmem tryskając
uśmiechu z twarzy pozbyć się nie mogłem, ciśnienie radośnie mi podskoczyło,
potrzebę ogromną szczęściem moim dzielić się poczułem, małżonkę w dźwięki te
wkręcając, uświadamiając jakież to niezwykłe odkrycie jest. Wszak krążek ten to
definicja frajdy z grania, bez zbędnej napinki, pseudointelektualnej ideologii
- tylko świetny warsztat instrumentalny, dar
pisania odjechanych numerów oraz oddanie konwencji. Taka retro rockowa petarda
garściami pełnymi z tradycji gatunku czerpiąca, z werwy młodzieńczej
dodatkiem. I nie dziwi fakt zakotwiczenia wśród tej wesołej gromady Billa Steera,
który na nich się poznał, sukcesu woń czując zapewne. Dzieje się, oj dzieje w
światku retro, co raz jakiś retro rockowy ładunek wybucha o sile często
większej od tego co ojcowie stylu wiele lat temu proponowali. Koniec pisaniny, I Wouldn't Let You zapętlam, a nóżka rytmicznie podskakuje!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

