czwartek, 9 lipca 2026

Deep Purple - Splat! (2026)

 

Sprawa wygląda jasno, wszystko jest dla mnie od lat myślę jednak zrozumiałe, że w moim, wciąż jeszcze teoretycznie rozwojowym wieku, trudno mi utrzymać zainteresowanie bieżącymi produkcjami jednej z moich ulubionych legend hard rocka, bowiem (cholera cholera cholera!), jak tu słuchać z zainteresowaniem wypocin emerytów, gdy w tychże próbach kompletnie nie słychać, tego wszystkiego co niegdyś (no tak, gdy zaczynali i jeszcze się przepoczwarzali) powodowało, iż powstająca muzyka była pasjonująca. Dzisiaj to co nagrają  nie ma już nic wspólnego z porywaniem do przeżywania nuty na różnych, podnoszących włosy na przedramieniu poziomach. Sentymentalnym, czy energetycznym - nie ważne, czy na zawiasa czy szaleńca! Najgorsze jest jednak nie to że Splat! jest za miękki czy za twardy, za wolny czy za szybki, tudzież fajny czy niefajny. Problem w tym, że on jest obiektywnie najlepszym co legenda nagrała od bardzo wielu lat i ja słuchając zawartości nawet złapię się na tym, iż poszczególne riffy, motywy czy wątki, a nawet konstrukcje mnie przez moment zaciekawią (pierwsze ze środka Scriblin' Gib'rish), lecz kompletnie nie łączy się ono z jakimkolwiek większym czy tym bardziej dłuższym wyrzutem dopaminy. Może dlatego, iż dzieje się niby w kompozycjach ze Splat! sporo, ale to sporo to jakaś siłowa jednak sklejka, u której motywacja bez ikry, żeby może jak zaklniemy rzeczywistość się udało, tak jak niegdyś (parafraza porównania Gillana), za czasów Highway Star czy najlepiej Smoke on the Water, inaczej, czyli według mnie popuścić lejce, wcześniej smagając tego narowistego już z natury rumaka do szalonego, często improwizowanego galopu. Niestety wiek nie pozwala się już pogibać elastycznie tak fizycznie, jak mentalnie i jakby się "starsi chłopcy" nie spięli, nie zmobilizowali i zaktywizowali, to ich nuta nie będzie tak luźna, lotna i pierwotnie dzika. To przykre (rozumiem doskonale), ale nawbijali w indeksy potężną ilość nutek, przyjęli postawy sugerujące nonszalancję, a gdy zajrzeć pod skórę tym wykonom, to paradoksalnie, one negują wszystko co naturalnie powinno wynikać z przyjętego kierunku na rockowy żywioł. Zamiast niego dostałem wydmuszkę ze spłaszczoną dynamiką i miałkością aranżacyjną, w której sterylności nie mam zamiaru na siłę doszukiwać się czegoś więcej prócz często wręcz kiczowatych, jakby z wieczorka zapoznawczego z sanatorium melodyjek. Spiętego patetycznego dryfu bez powietrza, jakby na jednym, długo przytrzymywanym wdechu. Powiem mocniej (mimo że podkreślam, iż to prawda obiektywna, jakoby Splat! ma najwięcej w sobie do komplementowania, niż chyba każde pojedyncze studyjne wydawnictwo, powstałe w obozie Brytyjczyków w XXI wieku), ŻE dałbym sobie zdjąć pazurka z małego paluszka, IŻ w powstaniu takiego zestawu riffów i klawiszowych wzorów maczała swoje diabelskie kopytka sztuczna inteligencja. Jak nie na maksa, to dopieszczała całość, doszlifowując też twierdzę wizję z koperty.

P.S. Natomiast jakby mnie ktoś jeszcze zapytał - a jak wokal? Zaproponowałbym Ianowi zgadać się na kufelek z ziomkiem Robertem (tak z Plancikiem), który mógłby wytłumaczyć mu, co śpiewać kiedy tego co chciałby śpiewać, już zaśpiewać nie jest zajebiście w stanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj