Od Tylko Bóg wybacza do twórczości Rehna z jeszcze większym wewnętrznym niepokojem podchodzę, stąd z ograniczonym
entuzjazmem i sporym poślizgiem czasowym przystąpiłem do wymagającej sporej odwagi
degustacji kolejnej koncepcji powstałej w jego pokręconej wyobraźni. Okazuje się iż ponownie otrzymałem firmową dla Rehna teledyskową wizję, będącą wizualnym majstersztykiem, ze szczególnym uwzględnieniem roli jaskrawych
barw, doskonałego aktorstwa i świetnie zaaranżowanego za pomocą właśnie zdjęć i
muzyki klimatu, ale oprócz tych artystycznych i techniczno-warsztatowych walorów także treść w miarę wyraźnie do symboliki inkorporowaną. Mimo wszystko określenia pod adresem reżysera też bez większej złośliwości padają, iż
to typowy przerost formy nad treścią i o ile mogę się zgodzić, że w tej diagnozie jest ogólne ziarnko prawdy (odnoszące się do całościowej kariery Duńczyka), tak po seansie Neon Demon, mimo że z tyłu głowy owa uzasadniona myśl pulsuje, to jestem na tyle mocno przekonany optycznymi wrażeniami, że ta formuła wyrafinowania i
intelektualnej pozy nie budzi aż tak silnego oporu i krytycznego wzburzenia. Chcę przez to powiedzieć,
iż w tym akurat przypadku widzę idealną symbiozę pomiędzy teatrem ruchu/gestu i
poezją mimiki uchwyconych znakomicie obiektywem kamery, a zawartym w symbolicznej głębi
wyrazistym przesłaniem. Minimum słów i maksimum treści w alegorycznej formule i szokujących ilustracjach uchwycone. W brutalnej futurystycznej baśni stworzonej na bazie klasycznych komponentów, w której to do głosu dochodzą wstrętne instynkty zaspokajające egoistyczne potrzeby, inspirowane niskimi pobudkami i potwornie silnymi pokusami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicolas Winding Refn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicolas Winding Refn. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 30 maja 2019
środa, 27 lipca 2016
Bronson (2008) - Nicolas Winding Refn
Cóż to było? Takie pytanie sobie zadałem gdy pierwszy raz tą zadymę zobaczyłem. Groteskowy dramat,
może surowa czarna komedia z elementami musicalu, czy coś w rodzaju surrealistycznego kabaretu? Mocno stylizowana próba wzbudzenia sympatii dla świra, ekstremalnie brutalnego
czuba kierującego się twardymi zasadami. Zastosowany pomysł wizualno-muzyczny zdecydowanie
udany, choć sugestywny, przesiąknięty przemocą i brutalnością obraz napędzany przede wszystkim nowoczesnymi dźwiękami posunięty
chwilami do granic dobrego smaku. On finalnie z dobrym skutkiem barwnie i celnie oddający charakter Michaela Petersona aka Charliego fuckin' Bronsona. Nadpobudliwego zezwierzęconego
showmana z inklinacjami do siermiężnego obudowywania swych działań naciąganą
filozofią. I tutaj jasno wyrażę ogromne uznanie dla warsztatu aktorskiego Toma
Hardy'ego, który oto osiągnął poziom wyborny, wykorzystując w pełni potencjał
granej postaci by z impetem wbić się do czołówki współczesnych aktorów i
pozostawać tam z powodzeniem do dzisiaj. Hardy pnie się w górę, czego nie mogę
niestety napisać o Refnie - zagubionym ostatnio lub zwyczajnie odlatującym
zbytnio w poczuciu wyjątkowości. Bronson i Drive to szczyt z którego zszedł do
poziomu przynajmniej dla mnie niestrawnego Only God Forgives. I wyrażę tutaj nadzieję, że nadchodzący Neon Demon pozwoli mi znów
z ekscytacją pisać o jego twórczości.
P.S. Jeszcze jedno dodam by tym
którzy po powyższym opisie nie mają jeszcze odpowiednio precyzyjnego rozeznania
z czym podczas seansu będą mieć do czynienia. :) Bronson to rodzaj hybrydy,
której elementami klasyki w rodzaju Mechanicznej pomarańczy, Trainspotting, 12 małp czy Lotu nad kukułczym gniazdem z
obowiązkowym rzecz jasna wpływem stylu Quentina Tarantino. Takie właśnie skojarzenia, gdybym miał wprost czym jest Bronson tłumaczyć, na myśl mi przychodzą.
niedziela, 27 lipca 2014
Only God Forgives / Tylko Bóg wybacza (2013) - Nicolas Winding Refn
Gosling u Rehna po raz drugi! I kiedy pomimo nie do końca rajcujacej mnie formuły Drive finalnie przyzwoite wrażenie zrobił to Only God Forgives wynudził mnie okrutnie. Kino dla twardzieli, a że ja do tej elity ;) nie aspiruje to i z kinem made in Rehn w takim wydaniu mi nie po drodze. Doceniam i rozumiem jeszcze kierunek jaki przy okazji Drive obrał, bo to po trosze taka próba flirtowania z manierą jaką w swych obrazach MISTRZ Tarantino serwuje. Niemniej jednak ten Duńczyk do klasy soczystego kina Tarantino oczywiście nie dorasta - twórca Pulp Fiction oko puścić do widza i grymas uśmiechu potrafi wzbudzić, a tu powaga i powaga rzecz jasna. :( Sama przemoc, surowa narracja i ogólnie brutalna formuła w przypadku super hero Juliana to zbyt mało, a próby naznaczenia treści intelektualną pozą żenują zamiast waloru całości dostarczać. Postaci są bezgranicznie zimne, a przez to pozbawione jak na mój gust autentyzmu, stąd obserwacja ich działań empatii czy zrozumienia nie wzbudza. Artystyczna strona jedynie do prostackiej manipulacji wkurwiającą czerwienią się sprowadza - wespół z dominującą czernią czy innymi barwami o jaskrawej charakterystyce infantylnym mrokiem śmieszy, a zupełnie nieprzekonujący Gosling w ten koncept idealnie swą sztuczną pozą się wtapia. I sedno, czyli sama oklepana historia z mścicielem co po trupach sprawiedliwości poszukuje - przedszkole dla zafascynowanych prostactwem siłowych rozwiązań gówniarzy. Oni mordobicia i krew spływającą jednoznacznym chóralnym ZAJEBISTE spuentują, zaś psychologiczne detale jak to bywa kiedy rozumu brakuje, zignorują. Dla kogo zatem to zostało nakręcone się zastanawiam. Rehn ma pewnie potencjał, dlatego ja akurat tego czegoś mu nie wybaczę. ;)
piątek, 15 listopada 2013
Drive (2011) - Nicolas Winding Refn
Naczytałem się w większości
ekstatycznych opinii i pomiędzy oczekiwane premiery czy zaległe
nieobejrzane jeszcze obrazy wbiłem seans z Drive. Pierwsza rzecz – Gosling,
aktor (ukryć się tego nie da), który w ostatnim czasie pomimo nie do końca
hollywoodzkiej powierzchowności i nieprzekonującego mnie wizerunku
artystycznego, w takich wybornych produkcjach Dereka Cianfrance jak Blue
Valentine i The Place Beyond the Pines zrobił bardzo przyzwoite wrażenie. Tu obsadzony w
roli zimnego, beznamiętnego twardziela, jedynie po części przekonuje. Chyba że
takie pierwotne założenie reżysera, by w żadnym stopniu rysy jego nie okazywały
wnętrza i osobowości postaci jaką odgrywa – takie moje odczucie. Zimna,
bez emocjonalna, sztucznie nawet pokusiłbym się o stwierdzenie naciągana jego fasada
– mało zwyczajnie wiarygodna. Rzecz druga – klimat specyficzny, gdzie dużo
ciszy, milczenia, powściągliwych dialogów wypełnianych pauzą. To taka zawiesina
uzyskana wyjątkowymi zdjęciami, tracącymi tempo ujęciami, gęstniejącą atmosferą i
brutalnymi scenami. Taka trochę hybryda kina Tarantino i majstersztyku Luca
Bessona zawartego w Leonie zawodowcu. I rzecz trzecia sama historia do bólu
schematyczna, bo oto on zamknięty w skorupie chłodem bijącej w przypływie namiętności
i ludzkiego odruchu sprawiedliwości staje do walki z potężnym bossem. Prawdziwy
z niego tu bohater walczący po stronie dobra, anioł zemsty niejako w starciu ze
światem zwyrodnialców. ;) Kiczowato nie? W ogólnym rozrachunku jednak udana to próba stworzenia mocnego
kina dla bamboszowych twardzieli, gdzie krwawa jatka nie wyłącznie po to by
efekt wizualny był osiągnięty. Ma to swój intrygujący posmak, bo trzyma w
napięciu, dostarcza adrenaliny, ale i skutecznie buduje więzi z głównymi
bohaterami. Oglądałem go z permanentnym uczuciem unoszącego się w atmosferze poczucia
poetyckiego ducha wtłoczonego w brutalny obraz, romantyki ożenionej z
sadystyczną przemocą. Trudna sztuka udała się w moim przekonaniu twórcy i chociaż
nie uniknął on banału z tej próby powrócił finalnie z tarczą, a przynajmniej
mnie zachęcił w przyszłości do ponownej konfrontacji z Drive, by tak do końca spróbować
odszyfrować symbolikę zawartą w wielu intrygujących fragmentach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



