Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karin Park. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karin Park. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 października 2022

Karin Park - Private Collection (2022)

 


Rozdziewiczając właśnie nowy krążek partnerki Kjetila Nernesa, stałem się mimowolnie ofiarą tak samo własnej niewiedzy wynikającej z braku wcześniejszego riserczu, zanim album pojawił się w zasięgu, jak znikomej jednak wiedzy dotyczącej początków kariery artystki, która zanim poznała lidera Årabrot i postanowiła dzielić swoje dalsze życie uczuciowe z nim i wspólnie pracować także zawodowo, była znana na zdecydowanie bardziej mainstreamowej scenie. Żadna to dla mnie ujma, iż nie sięgałem głębiej w jej dyskografię, bowiem początki artystycznej kariery, to jednak raczej standardowy elektroniczny pop, a ciekawie zrobiło się dopiero wówczas, gdy została silnie zainspirowana tak osobowością Nernesa, jak i tworzoną przez niego muzyką. Stąd nie zatrybiłem, że Private Collection, to jednak tylko stare w nowej odsłonie, a na jego treść kompozycyjną składają się niemal wyłącznie wcześniej już nagrane utwory - tym razem zaaranżowane skromniej, bo quasi akustycznie i nagrane (akustyka pomieszczenia bomba) w warunkach zimnej przestrzeni prywatnego studia zorganizowanego we własnym domu, który to (wtajemniczeni wiedzą) byłą chrześcijańską świątynią. Zmusiłem się w tej sytuacji do wysiłku i tak sprawdziłem skąd każdy kolejny numer pochodzi, jak w większości przekonałem też jak brzmiał w wersji pierwotnej. Pokrótce (jeśli czegoś nie namieszałem), 3 kompozycje z ostatniego dotąd albumu, 2 z poprzedzającego go Apocalypse Pop, po jednym z wydanego w roku 2012-tym Highwire Poetry i nagranego już prawie dwie dekady temu debiutu oraz jeden leciwy singiel, dalej Tokyo By Night z epki o tym samym tytule skrojonej we współpracy z kimś takim  Hook N Sling oraz (jak się okazuje jednak) samotny nowy numer pt. Traces of Me. Ufff, chyba udało się uporządkować. :) Powstał tym samym album, który na starcie kiedy oczekiwałem pełnego nowego materiału mnie rozczarował, jednak już po pierwszym odsłuchu skubaniec kompletnie OCZAROWAŁ. Bowiem mezzosporan (tak piszą) Karin wsparty subtelną potęgą organów zabrzmiał zjawiskowo, a stworzone na ta okazję skromne aranżacje z mnóstwem detali, okazały się idealnie łączące majestatyczny charakter wykorzystywanego pogłosu i wręcz cudowne linie intymnego śpiewu i wystarczająco wyrazistych melodii, aby finalnie poczuć, że każda z pieśni ma własny charakter i własną siłę oddziaływania. Gdyby wyszło słabo miałbym do Karin pretensje, że miast skupić się na ewolucji i rozwijaniu wątków z Church of Imagination traci czas na niepotrzebną archeologię. Okazało się tymczasem, że będąc w tym miejscu transformacji stylistycznej, dała wykopaliskom całkowicie nową twarz dźwiękową i nawet te perełki najnowsze usłyszałem na nowo/świeżo i jestem ich surowym obliczem urzeczony. Private Collection to rzecz wyjątkowa, której sound zarejestrowany w niecodziennych okolicznościach miejsca HIPNOTYZUJE i PORYWA w podróż do jądra istoty jej muzyki. Tam jest cudnie i nie ma się ochoty, szczególnie kiedy wczesny mrok przybywa stamtąd ulatywać - tego zjawiskowego miejsca dla zwyczajnego tu i teraz opuszczać. 

piątek, 9 lipca 2021

Karin Park - Church of Imagination (2020)

 


Co się urodzi gdy mainstreamowa, stylistycznie popowa, ale o wielkim potencjale twórczym artystka, na bardzo poważnie zwiąże się muzycznie (w sensie zawodowo) i uczuciowym (w sensie relacji małżeńskiej) z doświadczonym życiowo undergroundowym artystą o duszy niespokojnej i twórczości tak ambitnej, że przez większość społeczeństwa niezrozumiałej i tym samym ignorowanej? Odpowiadam raz żartobliwie, że urodzi się z tej relacji uczuciowej bobas, a poważnie powstaną wręcz genialne albumy w dwóch obozach. Współpraca bowiem Karin Park i Kjetila Nernesa w drugim rzucie pozwoliła nagrać Norwegian Gothic Årabrot i chwilę wcześniej właśnie Church of Imagination sygnowany jako solowy album Karin. Tak jak w przypadku ich już teraz wspólnej formacji, artystyczna symbioza pozwoliła napisać kompozycje w duecie, tak chyba w przypadku solowej płyty piękniejszej części tej ekscytującej pary, to utwory wypływające spod pióra Karin były li tylko inspirowane wzajemnym przepływem natchnienia i wrażliwych muzycznie duszy podpowiedziami. Domniemam tak, gdyż odsłuch dwóch poprzednich krążków małżonki wokalisty Årabrot zdradza prawidłowość taką oto, że w bezpośredniej konfrontacji Church of Imagination zasługuje na przymiotnik dzieło wybitne, a albumy poprzedniczki tylko na określenia obiecujące, ale bardziej pasujące do profilu popowego przeboju, niż ponadgatunkowej perełki. Ta perełka to nie odbierając jej wartości świeżości, rzecz jasna oparta na znanych muzycznych fundamentach estetycznych, ale w sposób zjawiskowy eksplorująca te tereny dźwiękowe które ogólnie natchnionym trip-hopem, synth-popem, czy też podbitym wyszukaną elektroniką i wysmakowanym użyciem instrumentów klasycznych mrocznym soulem można z powodzeniem nazywać. Każda z właściwych kompozycji posiada własne, osobne uniwersum kapitalnej symbiozy fantastycznych linii wokalnych i pełnej wyobraźni, choć minimalistycznej aranżacji dźwiękowych plam, których korzenie tkwią w etnicznej rytmice i ambientowej wrażliwości. Ponadto sfera liryczna i jej wizualne dopełnienie w postaci znakomitych video klipów do Empire Rising i Blue Roses osadzonych w poetyce szamańskiej, z wyborną nietuzinkową i niekonwencjonalną choreografią zachęcają by kosztować je w tym spójnym zestawieniu ustawicznie i w uniesieniu. Karin, jak skromne źródła jednak donoszą, sporą karierę w Skandynawii zdołała już zrobić, a jej osiągnięcia to prócz list przebojów także szacunek w branży. Artystki świadomej, artystki ambitnej, artystki wielce utalentowanej ona synonimem i basta. 

Drukuj