Nie miłuje najmocniej, lecz najsilniej jednak na teraz Love the Filth pośród krążków Austriaków propsuje, bowiem on mnie najbardziej intryguje i wciąż jest poniekąd nie do końca odgadnięty czy przyswojony. Bardzo szanuje kolejny trzy dotąd wydane albumy, gdzie Mother's Cake stawał się za każdym razem bardziej dojrzałym, unikającym prostej drogi do większej popularności, poprzez przede wszystkim stosowanie uproszczeń w formule aranżacyjnej. Wszystko po materiale z 2015 roku posiada w sobie więcej przejrzystości, rodzaju chwytliwości przybliżającej do radiowej formuły, lecz niekoniecznie proporcjonalnie mniej rozimprowizowanego charakteru. Jednako pod tym względem żaden inny album nie jest w stanie dorównać Love the Filth, bowiem tutaj wszelki indeks, to fajne osobne tematy, ale i gigantyczna przestrzeń do prowadzenia ich w ciekawych, niekoniecznie szablonowo powielanych kierunkach. Świetny puls, doskonały groove, lekkość instrumentalnych wirtuozerii (nieoczywiste solówki), garażowy etos z chropowatym, organicznie przytłumionym brzmieniem oraz pomysłowość, chociażby w kwestii ubogacania samej muzyki kapitalnymi klipami - patrz Gojira, Void i Ecstasy. Ponadto funkowy luz, free jazzowe momentami odjazdy i post punkowa czy bardziej post grunge'owa stylizacja, tak wizualna jak naturalnie wykorzystana w manierze wokalnej. Wielka sympatia dla tej ekipy i żal że jak się pojawiają u nas w kraju, to ostatnio jakoś mi z terminami było po drodze. Jeden gig i jeszcze jako support w zamierzchłych czasach to dla mnie zdecydowanie mało. Gigantycznie polecam zapoznać i obiecuję sobie po latach zobaczyć ich na żywca jako punkt kulminacyjny jakiego spędu - na stówę w doskonałej formie. Mojej i ich! :)
poniedziałek, 13 kwietnia 2026
niedziela, 20 października 2024
Mother's Cake - Ultrabliss (2024)
Nieco z przyczajki, jednako zanim Ultrabliss wyszedł pojawiły się single, lecz stosunkowo niewielka odległość czasowa dzieliła je od premiery długograja. Bez w sumie mimo wszystko zaskoczenia, bowiem przecież Cyberfunk! ujrzał światło dzienne już cztery lata temu, więc czasu ekipa miała na tyle sporo aby napisać kolejne numery - obrobić je w sensie doszlifować, zarejestrować i puścić w obieg. Siłą rzeczy zawartość nowego longa porównuję z tym co przed czterema laty na płycie się znalazło i mam pierwsze wrażenie, iż najnowsza porcja dźwięków jest znacznie mniej postępowa w stosunku do tego co co No Rhyme No Reason, a Cyberfunk! dzieliło. Wówczas ewolucja była bardziej odczuwalna, a nosiła znamiona większej ogłady brzmieniowej i ukierunkowania na przebojowość - rzecz jasna nie rezygnując z właściwej nucie Mother's Cake surowej żywiołowości, a wyłącznie traciła na mniejszym pociągu do improwizacji. Tutaj też widzę cechę charakterystyczną Ultrabliss, że tak jak w przełomowym roku 2020 skompresowali manierę kompozycyjną, to taki już na pierwszy rzut oka/ucha otwieracz w postaci Clockwork sugeruje jasno, że kochają szaleństwo i nie do końca w ramach zwykłej piosenkowości mają zamiar funkcjonować. Nowe jest swoistą hybrydą psychodelicznych odlotów w kierunku zakręconych, hipnotyzująco atmosferycznych fraz oraz mocnym, surowym rockiem z istotą w postaci jednakże mega flowu i ekstra groove'u, które płyną ze współpracy basisty z perkusistą. Dudniący bas i nabijająca swingujący rytm perka plus charakterystyczny zadziorny smarkaty wokal, powodują że nuta posiada pancursko szorstki walor funkujący (w odróżnieniu od funku żenionego z soulem), kiedy szczególnie wiosło zaczyna zapodawać w hippisowskim klimacie lat siedemdziesiątych. :) Ultrabliss jest gęsto utkany tak jak powyżej dałem do zrozumienia z inspiracji psychodelicznych, bluesowo-funkujących i garażowo rockowych i kolejny raz przyznaję, iż nie rozumiem dlaczego ta ekipa jest wciąż tak stosunkowo mało znana, gdyż doskonale najzwyczajniej zlepia w swój własny styl najlepsze ze wspomnianych stylistyk. Bezczelnie przebojowy vibe sąsiaduje z popisami instrumentalnymi, a nad wszystkim panuje kapitalny aranż - idealne wyczucie frazy i wyobraźnia muzyczna nieprzeciętna. Numery uroczo bujają, by za moment pędzić lub się kapitalnie rozpędzać, bądź wręcz szokują znakomitą biegłością instrumentalną, korzystając z pomysłów połamanych/złożonych strukturalnie. Na koniec zauważę jeszcze tylko, że Mother's Cake jest dla mnie obecnie tym czym był Wolfmother kiedy jeszcze Andrew Stockdale miał ochotę grać z kumplami z zespołu. Austriacy wciąż doskonale odmładzają muzykę przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a Wolfmother tak samo świetnie niegdyś to robił.
.jpg)

