Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mother's Cake. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mother's Cake. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Mother's Cake - Love the Filth (2015)

 

Nie miłuje najmocniej, lecz najsilniej jednak na teraz Love the Filth pośród krążków Austriaków propsuje, bowiem on mnie najbardziej intryguje i wciąż jest poniekąd nie do końca odgadnięty czy przyswojony. Bardzo szanuje kolejny trzy dotąd wydane albumy, gdzie Mother's Cake stawał się za każdym razem bardziej dojrzałym, unikającym prostej drogi do większej popularności, poprzez przede wszystkim stosowanie uproszczeń w formule aranżacyjnej. Wszystko po materiale z 2015 roku posiada w sobie więcej przejrzystości, rodzaju chwytliwości przybliżającej do radiowej formuły, lecz niekoniecznie proporcjonalnie mniej rozimprowizowanego charakteru. Jednako pod tym względem żaden inny album nie jest w stanie dorównać Love the Filth, bowiem tutaj wszelki indeks, to fajne osobne tematy, ale i gigantyczna przestrzeń do prowadzenia ich w ciekawych, niekoniecznie szablonowo powielanych kierunkach. Świetny puls, doskonały groove, lekkość instrumentalnych wirtuozerii (nieoczywiste solówki), garażowy etos z chropowatym, organicznie przytłumionym brzmieniem oraz pomysłowość, chociażby w kwestii ubogacania samej muzyki kapitalnymi klipami - patrz Gojira, Void i Ecstasy. Ponadto funkowy luz, free jazzowe momentami odjazdy i post punkowa czy bardziej post grunge'owa stylizacja, tak wizualna jak naturalnie wykorzystana w manierze wokalnej. Wielka sympatia dla tej ekipy i żal że jak się pojawiają u nas w kraju, to ostatnio jakoś mi z terminami było po drodze. Jeden gig i jeszcze jako support w zamierzchłych czasach to dla mnie zdecydowanie mało. Gigantycznie polecam zapoznać i obiecuję sobie po latach zobaczyć ich na żywca jako punkt kulminacyjny jakiego spędu - na stówę w doskonałej formie. Mojej i ich! :)

niedziela, 20 października 2024

Mother's Cake - Ultrabliss (2024)

 

Nieco z przyczajki, jednako zanim Ultrabliss wyszedł pojawiły się single, lecz stosunkowo niewielka odległość czasowa dzieliła je od premiery długograja. Bez w sumie mimo wszystko zaskoczenia, bowiem przecież Cyberfunk! ujrzał światło dzienne już cztery lata temu, więc czasu ekipa miała na tyle sporo aby napisać kolejne numery - obrobić je w sensie doszlifować, zarejestrować i puścić w obieg. Siłą rzeczy zawartość nowego longa porównuję z tym co przed czterema laty na płycie się znalazło i mam pierwsze wrażenie, iż najnowsza porcja dźwięków jest znacznie mniej postępowa w stosunku do tego co co No Rhyme No Reason, a Cyberfunk! dzieliło. Wówczas ewolucja była bardziej odczuwalna, a nosiła znamiona większej ogłady brzmieniowej i ukierunkowania na przebojowość - rzecz jasna nie rezygnując z właściwej nucie Mother's Cake surowej żywiołowości, a wyłącznie traciła na mniejszym pociągu do improwizacji. Tutaj też widzę cechę charakterystyczną Ultrabliss, że tak jak w przełomowym roku 2020 skompresowali manierę kompozycyjną, to taki już na pierwszy rzut oka/ucha otwieracz w postaci Clockwork sugeruje jasno, że kochają szaleństwo i nie do końca w ramach zwykłej piosenkowości mają zamiar funkcjonować. Nowe jest swoistą hybrydą psychodelicznych odlotów w kierunku zakręconych, hipnotyzująco atmosferycznych fraz oraz mocnym, surowym rockiem z istotą w postaci jednakże mega flowu i ekstra groove'u, które płyną ze współpracy basisty z perkusistą. Dudniący bas i nabijająca swingujący rytm perka plus charakterystyczny zadziorny smarkaty wokal, powodują że nuta posiada pancursko szorstki walor funkujący (w odróżnieniu od funku żenionego z soulem), kiedy szczególnie wiosło zaczyna zapodawać w hippisowskim klimacie lat siedemdziesiątych. :) Ultrabliss jest gęsto utkany tak jak powyżej dałem do zrozumienia z inspiracji psychodelicznych, bluesowo-funkujących i garażowo rockowych i kolejny raz przyznaję, iż nie rozumiem dlaczego ta ekipa jest wciąż tak stosunkowo mało znana, gdyż doskonale najzwyczajniej zlepia w swój własny styl najlepsze ze wspomnianych stylistyk. Bezczelnie przebojowy vibe sąsiaduje z popisami instrumentalnymi, a nad wszystkim panuje kapitalny aranż - idealne wyczucie frazy i wyobraźnia muzyczna nieprzeciętna. Numery uroczo bujają, by za moment pędzić lub się kapitalnie rozpędzać, bądź wręcz szokują znakomitą biegłością instrumentalną, korzystając z pomysłów połamanych/złożonych strukturalnie. Na koniec zauważę jeszcze tylko, że Mother's Cake jest dla mnie obecnie tym czym był Wolfmother kiedy jeszcze Andrew Stockdale miał ochotę grać z kumplami z zespołu. Austriacy wciąż doskonale odmładzają muzykę przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a Wolfmother tak samo świetnie niegdyś to robił. 

piątek, 2 października 2020

Mother's Cake - Cyberfunk! (2020)

 


Jak długo jeszcze Mother's Cake będzie czekało na awans do pierwszej ligi nietuzinkowego rocka - zastanawiam się zawsze przy okazji wydania przez Austriaków nowego krążka. Poniekąd przytaczając w powyższym zdaniu miejsce skąd ta niezwykle kreatywna ekipa pochodzi, odpowiadam sobie na własne zapytanie. Bowiem podobnie jak ja, tak wielu poszukiwaczy ciekawej alternatywy dla muzyki umownie nazywanej popularną zakłada, że do bólu uporządkowani rodacy najlepszych narciarzy alpejskich w historii, nie są w stanie zagrać wyluzowanego funkującego rocka z przyrodzonym przede wszystkim Kalifornijczykom temperamentem. Tak jak pewnie pokutowało lata temu przekonanie, iż szwedzcy, czy bardziej norwescy bracia z północy nie potrafią szczerze w stoner czy dzisiaj w retro rocka. A nie można przecież ślepo kierować się stereotypami i zakładać, że kraj pochodzenia wyklucza teoretyczne niemożliwe! Dlatego też idę teraz w misję, a misją mą promowanie do upadłego dźwięków jakie kreują nadal jeszcze młodzi Austriacy. Nagrali bowiem album FANTASTYCZNY, nawet lepszy od wszystkiego co od nich dotychczas dostałem. Krążek magnes - przyciągający intensywnie. Krążek bez słabości, a jego największą zaletą jest jednoczesna od startu przyswajalna chwytliwość i masa pomysłowych rozwiązań oraz powciskanych w aranżacje smaczków do stałego odkrywania. Jadą chłopaki zazwyczaj na zajebistym groovie i z psychodelicznym szlifem przez rytmiczne basowe szlaki, ale w tym ich odlotowym funkującym stylu nie ograniczają się do oczywistych wpływów i filtrują bez lęków z różnymi pochodnymi stylistykami. Trochę r'n'b, odrobinę punkowego zadziora oraz wyczulonej na fantastyczny flow elektroniki. Poza tym mają swój chłopięcy urok i wokalistę właśnie o takiej aparycji oraz głosie przepysznie łobuzerską chrypką muśniętym. Może kogoś przekonam, może chociaż zdopinguję do zapoznania z Cyberfunk!, a wtedy jestem już spokojny o sympatię dla niego, bo kopara opadnie, znaczy szczena z ziemi zbierana będzie, a bioderka rozbujane będą zabiegać o więcej. 

poniedziałek, 6 lutego 2017

Mother's Cake - No Rhyme No Reason (2017)




Czują chłopaki rytm, znaczy soczysty groove jest ich największą siłą, ale i wyobraźnia muzyczna która przede wszystkim z trzech podstawowych instrumentów wykrzesać potrafi zarazem siarczystą rockową alternatywę, uduchowiony nastrojowy blues jak i błogo bujające funky. No Rhyme No Reason to ciekawy materiał, dość różnorodny i z pasją nagrany, który dotarł do mnie dzięki uporowi dwóch gości, którzy podobnie jak bracia Cavanagh poznali się już wcześniej na tych młodzieńcach. Miałem ja przyjemność jeden z gigów zobaczyć i muzykę poznać, kiedy to Austriacy swego czasu jako rozgrzewacz zabrani zostali w jedną z tras Anathemy. Chociaż ówcześnie jeszcze nie powalili mnie na kolana, to czuć było, iż na scenie potrafią dać czadu i robią to z prawdziwą radością. Komunikuje dzisiaj za pośrednictwem tego tekstu że wraz z nowym albumem zagościli częściej w moim stereo, może już na stałe, a pewien dystans absolutnie ze sceptycyzmem nie wiązany w dużej części znikł i chyba już nie powróci. Chłopcy okrzepli, doświadczenia i obycia nabrali, w muzyków o dojrzałych umiejętnościach kompozytorskich się przeobrazili. Chociaż poprzednie albumy do słabych za cholerę nie należały, to ten tegoroczny ma już większość cech krążka kompletnego i w ich karierze (tu wróżę choć wróżką nie jestem) może nawet będzie tym przełomowym. Z takim albumem, obecną koniunkturą na rockowe tria i sceniczną charyzmą wykonawczą z pewnością zasłużyli i mają szansę na wkroczenie na wyższy pułap rozpoznawalności. 

Drukuj