Na ekranie przede wszystkim uczuciowe dylematy, spora dawka dobrego humoru z przekąsem oraz pasja jako muzyka i absolutnie nie przyciężkawa melancholia, jako stan niemal permanentny. Słucham muzyki bo jest mi źle? A może jest mi źle, bo słucham muzyki? Od tego wyznania bohatera opowieść bardzo mi bliska się rozpoczyna, w której zatrzymany w czasie John Cusack nawija bezpośrednio do kamery i opowiada o swoim "żałosnym" życiu, wegetując w hobbystycznie prowadzonym sklepie z płytami. Miejscu dla maniaków, z którymi gdybym był młodszy to bym się chyba utożsamiał, albo co gorsza, otoczenie by mnie utożsamiało. :) Bohater dużo myśli i analizuje (tzw. rozkminiacz siebie), prowadząc wewnętrzne bogate we wnioski monologi, bowiem niewiele żywego wokół się dzieje, stąd skupia się na rozterkach i przygodach miłosnych - żyje jak smarkacz z podatnym na nastroje usposobieniem. Inna, bo ani cukierkowa, ani infantylna, czy tym bardziej banalna to romantyczna komedia "muzyczna", z charakterystycznymi aktorami pośród których jak przyzwyczaił prym wiedzie Jack Black. Gość legenda - kto by nie chciał tej jego charyzmy posiadać? Nie pierwszy to przyznaję (dla bystrych obserwatorów mojej natury oczywiste) był mój seans z High Fidelity i myślę mało też zaskakujące egotyczne identyfikacje czy kolejny raz marnotrawienie czasu na pytania. Czy trudno pośród pasjonatów popowo-rockowej nuty znaleźć podobnych Robowi amatorów muzycznego eskapizmu? Czy poniekąd utożsamiam się z he he Robem?
czwartek, 16 stycznia 2025
sobota, 5 października 2024
Dangerous Liaisons / Niebezpieczne związki (1988) - Stephen Frears
Nie mówmy w przypadku Niebezpiecznych związków o obsadzie, mówmy o obsadzisku, gdyż to było mega aktorsko sprofilowane w szerokim zakresie gwiazd zarówno uznanych (już markowych) i gwiazdek, które dopiero zaczynały błyszczeć. Jednako kiedy Uma Thurman i Keanu Reeves poprawnie ale obiecująco, tak Glenn Close w roli zblazowanej, podłej i mściwej, przepudrowanej markizy wypada kapitalnie i Michelle Pfeiffer jako słabowita Madame Marie de Tourvel przekonująco (poniekąd będąc matrycą dla roli Hrabiny Elleny Olenskiej), to Malkovich jawi się w formie ekstremalnie wybitnej. On tu Kawalerem godnym najwyższych odznaczeń, Panem ekranu od początku do końca zaiste i aż zakrawające na kpinę pozostaje niedopatrzenie, że bez oscarowej nominacji, gdy nawet w konfrontacji z Hoffmanem (Rain Man) miałby wówczas myślę szanse realne. Na podstawie sztuki/powieści autorstwa kogoś o skomplikowanym brzmieniu nazwiska i imienia, scenariusz Christopher Hampton przygotował (wcześniej przenosząc pierwowzór literacki na deski teatralne), a za reżyserie odpowiedzialny został najczęściej fachowy, jednak dość zachowawczy Steven Frears. Z tej współpracy powstał wręcz zjawiskowy, po angielsku wyartykułowany obraz o francuskiej bodaj XVIII-wiecznej arystokracji, czyli o towarzystwie znudzonym, które z braku bardziej pożytecznego zajęcia na całego knuje intrygi, by pilnować własnych interesów - pozycji i majątku, a najlepiej zaspokajać własne ambicje przez podłe łóżkowe kombinacje. Innymi słowy to historia gwałtów uznanych za działania konieczne oraz historia wyrafinowanej manipulacji zakończonej nieco paradoksalnym tragicznym happy endem w postaci dla jednej kanalii upadku, honoru całkowitej utraty, a dla drugiej spowiedzi i chyba nawet rozgrzeszenia. Z przesłaniem bodajże, iż zło dobrem zwyciężaj - pychę miłością pokonuj.
poniedziałek, 26 czerwca 2023
The Lost King / Zaginiony król (2022) - Stephen Frears
Cudowna kameralna/malownicza architektura brytyjskich miasteczek wizualnie na mnie bardzo działa i nie tylko lokacje oraz scenografia robią wrażenie, bo Stephen Frears jako mocno już wiekowo zaawansowany reżyser, kręci ostatnio przede wszystkim niby podobne do siebie (poniekąd schematyczne) obrazy, ale posiadające uroczą formę obyczajowej opowieści i zawsze treść angażującą, stąd zawsze z szansy obejrzenia co tam weteran przygotował na bieżąco korzystam. Dobiera znakomicie obsadę (kiedyś/ostatnio m.in. Meryl Streep, Judie Dench), teraz Sally Hawkins, a one potrafią zawładnąć ekranem, przejmując często nawet nad wspaniałą scenografią dominacje, a że warsztat ich lotów najwyższych, a Frearsa zamiłowanie do ciepłych historii z urokiem zacna, to muszą się takie klejnociki podobać. Tym razem ta obyczajówka, to w zasadzie podszyta wysmakowanym poczuciem humoru przygodówka, coś jak a’la (he he) Robert Langdon, tylko „w spódnicy” i bez używania najmniejszej przemocy, czyli kino na bazie autentycznych wydarzeń, z wątkami historycznymi, potraktowane na lekko, ale bez przymrużania oczu, bo u fundamentu i intencyjne poważne, gdyż opowiada trochę niesympatyczną chyba sprawę dla miłościwie panującej dynastii - jeśli właściwie rozumiem konteksty. Wszak historię przecież piszą zwycięzcy, a tej odkrywany w czasie seansu fundament napisali zdecydowanie, a tylko zbieg okoliczności, czy inny łut szczęścia nie wyjaśniony sprawił, że tą oto po kilku setkach lat oficjalnie odkłamano. Jeśli nie zabrzmiało intrygująco to sorki, bo miało!







