Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen Frears. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen Frears. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2025

High Fidelity / Przeboje i podboje (2000) - Stephen Frears

 

Na ekranie przede wszystkim uczuciowe dylematy, spora dawka dobrego humoru z przekąsem oraz pasja jako muzyka i absolutnie nie przyciężkawa melancholia, jako stan niemal permanentny. Słucham muzyki bo jest mi źle? A może jest mi źle, bo słucham muzyki? Od tego wyznania bohatera opowieść bardzo mi bliska się rozpoczyna, w której zatrzymany w czasie John Cusack nawija bezpośrednio do kamery i opowiada o swoim "żałosnym" życiu, wegetując w hobbystycznie prowadzonym sklepie z płytami. Miejscu dla maniaków, z którymi gdybym był młodszy to bym się chyba utożsamiał, albo co gorsza, otoczenie by mnie utożsamiało. :) Bohater dużo myśli i analizuje (tzw. rozkminiacz siebie), prowadząc wewnętrzne bogate we wnioski monologi, bowiem niewiele żywego wokół się dzieje, stąd skupia się na rozterkach i przygodach miłosnych - żyje jak smarkacz z podatnym na nastroje usposobieniem. Inna, bo ani cukierkowa, ani infantylna, czy tym bardziej banalna to romantyczna komedia "muzyczna", z charakterystycznymi aktorami pośród których jak przyzwyczaił prym wiedzie Jack Black. Gość legenda - kto by nie chciał tej jego charyzmy posiadać? Nie pierwszy to przyznaję (dla bystrych obserwatorów mojej natury oczywiste) był mój seans z High Fidelity i myślę mało też zaskakujące egotyczne identyfikacje czy kolejny raz marnotrawienie czasu na pytania. Czy trudno pośród pasjonatów popowo-rockowej nuty znaleźć podobnych Robowi amatorów muzycznego eskapizmu? Czy poniekąd utożsamiam się z he he Robem? 

sobota, 5 października 2024

Dangerous Liaisons / Niebezpieczne związki (1988) - Stephen Frears

 

Nie mówmy w przypadku Niebezpiecznych związków o obsadzie, mówmy o obsadzisku, gdyż to było mega aktorsko sprofilowane w szerokim zakresie gwiazd zarówno uznanych (już markowych) i gwiazdek, które dopiero zaczynały błyszczeć. Jednako kiedy Uma Thurman i Keanu Reeves poprawnie ale obiecująco, tak Glenn Close w roli zblazowanej, podłej i mściwej, przepudrowanej markizy wypada kapitalnie i Michelle Pfeiffer jako słabowita Madame Marie de Tourvel przekonująco (poniekąd będąc matrycą dla roli Hrabiny Elleny Olenskiej), to Malkovich jawi się w formie ekstremalnie wybitnej. On tu Kawalerem godnym najwyższych odznaczeń, Panem ekranu od początku do końca zaiste i aż zakrawające na kpinę pozostaje niedopatrzenie, że bez oscarowej nominacji, gdy nawet w konfrontacji z Hoffmanem (Rain Man) miałby wówczas myślę szanse realne. Na podstawie sztuki/powieści autorstwa kogoś o skomplikowanym brzmieniu nazwiska i imienia, scenariusz Christopher Hampton przygotował (wcześniej przenosząc pierwowzór literacki na deski teatralne), a za reżyserie odpowiedzialny został najczęściej fachowy, jednak dość zachowawczy Steven Frears. Z tej współpracy powstał wręcz zjawiskowy, po angielsku wyartykułowany obraz o francuskiej bodaj XVIII-wiecznej arystokracji, czyli o towarzystwie znudzonym, które z braku bardziej pożytecznego zajęcia na całego knuje intrygi, by pilnować własnych interesów - pozycji i majątku, a najlepiej zaspokajać własne ambicje przez podłe łóżkowe kombinacje. Innymi słowy to historia gwałtów uznanych za działania konieczne oraz historia wyrafinowanej manipulacji zakończonej nieco paradoksalnym tragicznym happy endem w postaci dla jednej kanalii upadku, honoru całkowitej utraty, a dla drugiej spowiedzi i chyba nawet rozgrzeszenia. Z przesłaniem bodajże, iż zło dobrem zwyciężaj - pychę miłością pokonuj.

poniedziałek, 26 czerwca 2023

The Lost King / Zaginiony król (2022) - Stephen Frears

 

Cudowna kameralna/malownicza architektura brytyjskich miasteczek wizualnie na mnie bardzo działa i nie tylko lokacje oraz scenografia robią wrażenie, bo Stephen Frears jako mocno już wiekowo zaawansowany reżyser, kręci ostatnio przede wszystkim niby podobne do siebie (poniekąd schematyczne) obrazy, ale posiadające uroczą formę obyczajowej opowieści i zawsze treść angażującą, stąd zawsze z szansy obejrzenia co tam weteran przygotował na bieżąco korzystam. Dobiera znakomicie obsadę (kiedyś/ostatnio m.in. Meryl Streep, Judie Dench), teraz Sally Hawkins, a one potrafią zawładnąć ekranem, przejmując często nawet nad wspaniałą scenografią dominacje, a że warsztat ich lotów najwyższych, a Frearsa zamiłowanie do ciepłych historii z urokiem zacna, to muszą się takie klejnociki podobać. Tym razem ta obyczajówka, to w zasadzie podszyta wysmakowanym poczuciem humoru przygodówka, coś jak a’la (he he) Robert Langdon, tylko „w spódnicy” i bez używania najmniejszej przemocy, czyli kino na bazie autentycznych wydarzeń, z wątkami historycznymi, potraktowane na lekko, ale bez przymrużania oczu, bo u fundamentu i intencyjne poważne, gdyż opowiada trochę niesympatyczną chyba sprawę dla miłościwie panującej dynastii - jeśli właściwie rozumiem konteksty. Wszak historię przecież piszą zwycięzcy, a tej odkrywany w czasie seansu fundament napisali zdecydowanie, a tylko zbieg okoliczności, czy inny łut szczęścia nie wyjaśniony sprawił, że tą oto po kilku setkach lat oficjalnie odkłamano. Jeśli nie zabrzmiało intrygująco to sorki, bo miało!

wtorek, 30 stycznia 2018

Victoria and Abdul / Powiernik królowej (2017)




Najważniejsze odczucie jakie po seansie we mnie powstało, to przekonanie wyraźne i zupełnie po sukcesie Boskiej Florence oczywiste, że Stephen Frears poszedł najkrótszą z dróg po uznanie i zrobił film, który względem metody jest produkcji sprzed roku bliźniaczym odbiciem. To poczucie humoru, ten przepych scenograficzny i ogólnie całkiem ciekawy temat z szerszym kontekstem, ubrany w czysto rozrywkową formułę - przybrany li tylko lekkimi akcentami moralizatorskimi. Trzeba oddać doświadczonemu reżyserowi, że ostatnimi czasy do ekranizacji fundament dobierając, doskonałym wyczuciem się kieruje oraz naprawdę wciągająco o ludzkich relacjach i przeżyciach opowiada. Lecz w tym przypadku ta filozofia przekalkowana wypada tylko poprawnie, nie posiadając tej świeżości i tego polotu, którymi Boska Florence mnie akurat uwiodła. Powiernik królowej, czyli w oryginale Victoria and Abdul (jakby tak zostać w polskiej wersji nie mogło) z eleganckim poczuciem humoru ukazuje, zabawne już same w sobie absurdy funkcjonujące na brytyjskim dworze królewskim za czasów królowej Victorii. Wyrafinowaną etykietę, nie bardzo zrozumiałe zasady wykorzystujące przerost formy nad treścią i ludzi, których nazwać sztywniakami, to nic tak w zasadzie nie powiedzieć. :) Cały ten wyreżyserowany przez specjalistów od tego co można, czego nie można, co wypada, a czego należy unikać spektakl dworski, spostrzegamy poprzez zaskakujący związek. Relację opartą na fascynacji między władczynią imperium i służącym o pochodzeniu egzotycznym. Wasza miłość się zadłużyła, czy tylko duchowo rodzaj mięty poczuła, bo ten młodzieniec taki urodziwy i interesujący, z ogromną pasją i czarem któremu nie można się oprzeć. Ona znudzona, przez nadskakiwanie rozkapryszona, rozpieszczana na każdym kroku, obciążona odpowiedzialnością i zaskakująco mało rozumiejąca sytuację geopolityczną, nie mówiąc już o niuansach kulturowych czy mentalnościowych. On zaś uduchowiony przystojniaczek, otwarty i nieco naiwny chłopczyk, ale biegle władający słowem i świadomie wykorzystujący przyrodzone mu właściwości na kobiety intensywnie i głęboko oddziaływające. Wokół niej od zawsze teatr pozorów i nieszczerości, inscenizacje i intrygi grubymi nićmi szyte. Z jego strony zaś autentyczne uwielbienie w morzu tego codziennego fałszu. Przez ten pryzmat zupełnie zrozumiała jej słabość do tego Hindusa.. :)

wtorek, 6 września 2016

Florence Foster Jenkins / Boska Florence (2016) - Stephen Frears




Maksymalnie treściwie będzie, koncentrując się na sile wyrazu seansu, w kilku, może kilkunastu zdaniach. :) Nie ma to nic wspólnego z jakością filmu, który by akurat nie zasługiwał na szczegółową analizę, żadna to moja nonszalancja czy lekceważenie tematu, wręcz przeciwnie! Będąc pod wrażeniem obrazu sygnowanego nazwiskiem Stephena Frearsa, pokieruję się przekonaniem, że pewne rzeczy, sytuacje czy stany, uczucia nie powinny być zbyt detalicznie opisywane, a miast się skupiać na poszukiwaniu odpowiednich określeń je wyrażających, trzeba się skoncentrować na ich przeżywaniu i odpowiednio wykorzystać energię jaką widzowi przekazują. Tutaj właśnie kryje się największy walor opowieści o Florence Foster Jenkins, że ta prosta historia, faktycznie to po prostu banalna w swojej istocie, została opowiedziana w tak uroczy sposób, że nawet zgorzkniali zrzędliwcy mnie podobni mogą po projekcji dostrzec w życiu niemal poetyckie piękno, zachwycić się sztuką bez jej wartościowania, oceniania i segregowania pokusić o rewizję dotychczasowych postaw. Nie ironizuję, słowo honoru, choć równie blisko tu szyderstwa, tak jak obrazy płynące z ekranu mogą powodować przekonanie o balansowaniu na granicy kiczu. To niewątpliwie sztuką zrobić piękny film, perfekcyjnie stylizowany, ocierając się o karykaturalność, lecz w żadnym kluczowym momencie nie przekraczając granicy śmieszności. Rozbawić do łez i za chwilę wzruszyć tak, że oczy znów się zaszklą. Udowodnić, że bycie szczęśliwym zależy od osobistej pogody ducha i oddania osób z najbliższego otoczenia, a życiowe spełnienie to realizacja własnych marzeń i ciepło wysyłane innym, które powraca. I nie ma to rzecz jasna nic wspólnego ze współczesnym coachingiem, który bardziej kiczowaty nawet od strojów madame Florence. Inaczej każdy własne granice przekraczać może, każdy śpiewać ma prawo i wyrażać własne refleksje w temacie filmu i muzyki. Jak jest wewnętrzna potrzeba to trzeba ją zaspokajać. :)

P.S. Meryl Streep jak zwykle olśniewająca, Hugh Grant wytworny, ale numer jeden to ten Simon Helberg, który z posługiwania się wyrazem twarzy robi prawdziwe arcydzieło. 

wtorek, 9 lutego 2016

The Program / Strategia mistrza (2015) - Stephen Frears




Film START! Rusza z animuszem i przez większość wątków goni z prędkością i dynamiką równą sukcesom samego Lance'a Armstronga. Za szybko, mało wiarygodnie, zbyt powierzchownie przez co nie w pełni wkręca w tryby i nie wciska w fotel tak jakbym mógł się spodziewać. Szczęśliwie po początkowym pędzie bez ładu i składu wyhamowuje nieco i łapie właściwy rytm, a chaos przeradza się w kontrolowaną, klarowną narrację. Skupia się ona co pewnie żadnym zaskoczeniem na dostatecznie głębokim psychologicznym wglądzie w osobowość głównej postaci i okolicznościach, czyli tej całej spektakularnej teatralnej oprawie dopingowej farsy budowanej w mistrzowskim stylu przez samego Armstronga, a kapitalnie oddanej w filmowym ujęciu przez Bena Fostera. Dzięki jego aktorskiej kreacji wprost, bez nadmiernej kombinacji wzorowanej na postaci "mistrza" ściemy obraz Stephena Frearsa nabiera odpowiedniego kolorytu i z jego nieco telewizyjnego reżyserskiego stylu wyciska coś więcej. Seans staje się klasycznym przykładem profesjonalnie ukazanej historii przez życie napisanej, gdzie lot w górę kończy się widowiskowym upadkiem. Bohater przeistacza się w antybohatera, a geneza takiego obrotu spraw tkwi w psychice człowieka, który ponad wszystko pragnie paradowania w glorii i chwale. Dla sławy jest w stanie postawić na szali żmudnie budowane szlachetne zasady rywalizacji, zaprzedać duszę, bez zmrużenia oka w aurze showmana kłamać wciskając kit milionom naiwniaków. Wszystko po to by własne ambicje zaspokoić, bez skrupułów, bez refleksji w egocentryzmie pozostając zatraconym. Bo Lance kochał "lans" i nie potrafił pogodzić się własnymi ograniczeniami. Mistrz tak, ale iluzji i buty, teatralnej pozy – naszprycowany oszust, cynik bezgraniczny. Człowiek którego postawa jest godna potępienia, a jego przykład powinien być przestrogą i powstrzymać łasych na łatwe rozwiązania. Szkoda tylko, że to tylko moje czcze życzenia, bo sport już jest w tym miejscu gdzie uczciwość zaczyna być wyjątkiem. 

P.S. Przepraszam za tak łatwo ferowaną ocenę. Nie powstrzymuję się powyżej przed radykalnym osądem, bo postać Lance'a Armstronga mimo, że nie do końca jednobiegunowa, a jego działania po części godne pochwały to jednak odnoszę wrażenie, że więcej w tych zachowaniach PR-u niż szczerego człowieka. Chyba, że to Stephen Frears mnie tutaj oszukuje.

czwartek, 21 sierpnia 2014

The Queen / Królowa (2006) - Stephen Frears




Mieszane odczucia, mętlik po trosze w głowie bo ocena tego obrazu ewoluowała wraz z płynącymi przed oczami kadrami. Dlaczego się zawiodłem i jestem usatysfakcjonowany jednocześnie! Co w nim tak niezwykłego, że jednoznacznej opinii wyrazić w stanie nie jestem? Bo był tak sztampowo zrealizowany, zachowawczy w formie, że aż nudny - niczym produkcje telewizyjne o rzecz jasna okrojonym budżecie. Bo odczucie śledzenia jakiejś brukowcami inspirowanej paplaniny odniosłem, jakoby przeglądanie plotkarskich mediów. W głowie usadowiło się przekonanie, że naturalnie jakiś Brytyjczyk musiał te wydarzenia zekranizować, a padło na akurat Frearsa. To jak w naszym grajdołku ciśnienie wymuszone by fabularną relację z katastrofy Tupolewa wyprodukować. Nie mówiąc już (tu bluźnierstwo ;) ) o hymnach pochwalnych jakie z impetem po śmierci Wojtyły rynek filmowy zalały. :( To taka na marginesie uwaga, a wracając do obrazu Frearsa - racjonalna, rzeczowa ocena działań ginie, szczególnie gdy postać ze świecznika w mniej lub bardziej tragicznych okolicznościach "ziemski wymiar" opuszcza. Diana oficjalnie dla społeczeństwa i w rodzinie, księżniczka ludzkich serc w tabloidach, w oczach przeciętnych poddanych i dziewczyna z plebsu wśród wyobcowanej elity, w groteskowym kokonie przywilejów ale i nad wyraz wyśrubowanych oczekiwań. Jak żyć w tak zmanierowanym, zimnym otoczeniu z maminsynkiem małżeństwo tworzyć. To jeden biegun relacji, z drugiej strony kobieta ikona, żywa historia, królowa, przywódczyni, głowa imperium, bez emocji na zewnątrz okazywanych, stanowcza i wymagająca. Ona standardy tworząca i nimi jednocześnie zniewolona presji pospólstwa łasego na tanią retorykę zostaje poddana i jej z godnością finalnie po części ustępuje. To zaleta największa  obrazu Frearsa, która poziom podnosi zdecydowanie, że obserwuję wyborną psychologiczną konstrukcję. Relacje na różnych płaszczyznach pomiędzy głównymi postaciami dramatu, ukazane przenikliwie i z klasą. Sugestywnie porywają sceny rozprawy o gabarytach jelenia, gdy z ekranu telewizora wyzierają wiadomości o rozpaczy społeczeństwa po śmierci Diany. Gdy Elżbieta II bardziej przejęła się upolowanym jeleniem niż zgonem matki swych wnuków czy kiedy przekonana o własnej porażce kwiaty od małej dziewczynki dostaje. To te smaczki zmieniają moje chłodne spostrzeganie The Queen pobudzone produkcyjną przeciętnością. Gdyby nie one wraz rzecz jasna z pierwszorzędnym warsztatem Helen Mirren, gdzie już po kilku minutach nie dostrzegałem różnicy pomiędzy postacią kreowaną, a rzeczywistą, refleksja moja byłaby na rozczarowaniu jedynie kreślona. Szczęśliwie Frears zadbał o castingowy majstersztyk, odnośnie głównych postaci - dobry Michael Sheen i przede wszystkim rewelacyjny James Cromwell. Pokazał reżyser smykałkę do umiejętnego odzwierciedlenia złożonych relacji i uwarunkowań psychologicznych. Tym sposobem honor jego został uratowany. :)

P.S. Ja tu się tak ekscytuje, a pytanie podstawowe brzmi! Na ile obraz postaci jest realistyczny, na ile relacje są trafnie ukazane, a wydarzenia zgodnie z rzeczywistością zinterpretowane. Kto by tam ekipę filmową na monarsze salony wpuścił i z takimi detalami zapoznał! :)

środa, 19 marca 2014

Philomena / Tajemnica Filomeny (2013) - Stephen Frears




Pragmatyzm i prostolinijność w tandemie, tak w skrócie określę parę głównych bohaterów tej niezwykle ciepłej opowieści, zanurzonej w typowo brytyjskiej estetyce miejsc i przecudnych okolicznościach przyrody. W objęciach wyrazistej, malowniczej muzyki oparta na faktach wzruszająca historia się toczy, równie wstrząsająco poruszająca jak zabawnie eteryczna. I tu właśnie upatruje walor co o wyjątkowości tego obrazu świadczy, że pomimo łzawego potencjału zgrabnie w osobowościach Philomeny i Martina twórcy odnaleźli pierwiastki co naturalnie uśmiech na twarze przynoszą. Dzięki temu opowieść nie ograniczona jedynie do pełnego cierpienia tonu - ona pomimo wyraźnie poważnej istoty, niesie finalnie pozytywne przesłanie. I nie zamierzam się rozpisywać o merytorycznym tle historii, bo ono myślę oczywiste, a jego relatywizowanie szczytem obłudy, które instytucjonalna władza katolicka od wieków osiąga! Powtórzę tylko za Martinem Sixsmithem - ja bym wam nie wybaczył!

Drukuj