Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Holland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Holland. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2025

Franz / Franz Kafka (2025) - Agnieszka Holland

 

Tak się stało, że właśnie dalekosiężne marzenie Agnieszki Holland o Oscarze, już się chyba na dobre oddaliło i mnie to poniekąd po cichutku cieszy i nie dziwi, bowiem promocja osoby Holland ostatnimi czasy była przynajmniej w naszych warunkach krajowych nazbyt nachalna, a przecież sporo pośród obszernego dorobku reżyserki nie zasługiwało (gdybam gdybam) na uwagę tak szeroką, jaką jej przyjazne media zapewniały. W tym samym momencie gdy tak myślę, mam przekonanie zdecydowanie inne też biegunowo, że to obecne dla niej rozczarowanie powiązane jest z sytuacją, gdy szum medialny przez filmowo-korporacyjne o politycznych niestety też powiązaniach środowisko, promowało jeden z najlepszych jej w skali całej twórczości obrazów. Uważam bowiem że Franz Kafka jest tak bardzo mało „hollandowy”, że zasługuje na więcej komplementów, niż większość tego co przez wiele lat nakręcić zdołała. Podpierając się słowną, bardzo trafioną ekwilibrystyką internetowego przyjaciela, pasjonata kina, słowa pisanego biegłego praktykapodane to w formie eksperymentalnej, onirycznej, migawkowej - jak to u Kafki, ironiczne metakomentarze, mozaikowe podejście do struktury czasowej, zabawa osią czasu, zabawa formą, zabawa ze współczesnością, Holland modernistyczną, może nawet efekciarską formą.” Żeby było jasne - to nie jest typowa biografia i dzięki za to, gdyż efektywnie i efektownie udało się uniknąć miałkości i nadać opowieści wartości artystycznej i estetycznej. Mamy dzięki temu kino wyraziste, intrygujące, z uczuciowym pazurem i jtą wariację-eksplorację wciągnąłem i się nią odurzyłem, a z kina wychodziłem z wyraźnym śladem szoku, bowiem raczej nawet gdy taką złożoną i nietuzinkowo poszarpaną przez życie postać pod lupę Holland wzięła, to spodziewałem się ogólnie klasycznego rytuału biopicowego, może w śladowym stopniu podkręconego charakterem i psychologiczną eterycznością bohatera. To wgląd w praskiego prekursora egzystencjalizmu od strony ducha, jego odbicia w popękanym i zniekształconym wesoło-miasteczkowym gabinecie luster. Wgląd w bezradną, samotną, obłędnie pogmatwaną i udręczoną bólem istnienia głowę - głowę tak pięknie ascetycznie wrażliwą, popędliwą, pełną animuszu, zżeraną przez słabości, niedopasowania, fizyczność, ułomności i w ostateczności przez chorobę. Ten film to miraż, migawka, wycinanka, labirynt, do którego wielbicielom Kafki tak bardzo tutaj po drodze. Dla zaznajomionych z jego twórczością to zapewne podwójna niebywała frajda, rollercoaster, którego nagłe zwroty, zakręty, wzloty i spadki, wywołują emocje i odsłaniają kulisy, rozjaśniając drobnymi detalami być może, tą wczepioną w Franza metodę pisarską złożoną z metafor i alegorii mglistość. Okazało się, że Pani Agnieszka potrafi gdy inspiracja bardziej bolesna artystycznie czy mentalnie i dalej w przeszłości życiowo osadzona, skupić się na hipnotyzującej i niejasnej, otwartej interpretacyjnie, a nawet nieco zeschizowanej technice kręcenia. Celnie wówczas, miast w społecznych aspektach łopatologicznie politycznie się okopywać, odzwierciedlić alienacyjny aspekt dyspozycji psychicznych jednego z najbardziej tajemniczych literackich surrealistycznych praktyków. Tutaj czuć nerw, puls jest wyczuwalny zrazu intensywnie nakręcony, innym razem chaotyczny czy wręcz depresyjnie niewyczuwalny. Niestabilny i roztrzepany, gdyż postać Kafki tak trudna do prześwietlenia (kto więcej o nim czytał lub ma bliski kontakt z kimś kto nim filmową wersję obadał, poczytał - u bardziej rozbudowanego źródła wiedzy zaczerpnął), ten świadom jak wiele mitów wokół jego krótkiego życia narosło i jak jego otoczenie zadbało aby aura niejasności tylko z czasem jeszcze mocniej narastała. Dlatego brawurowo eksperymentalny (jak na nią oczywiście) wręcz sposób Holland spojrzenia, jest jak najbardziej usprawiedliwiony, a jego struktura utkana z osobliwej postaci filozofii, traum z dzieciństwa, niepokojów seksualnego dojrzewania i dorosłej codzienności, decyzji zasadnych czy wątpliwych, egocentryzmu ochronnego wyeksponowanego oraz dosłownie fragmentów porwanych chronologicznie, nie prowokuje mnie do pretensji o niezrozumiałość, tylko do zadawania sobie coraz kolejnych pytań, na które przy najbliższej okazji starał będę się sięgając po książkowe biografie Kafki odpowiadać. Uformowana ze sprzeczności, magnetycznie intrygująca osoba autora, wciąż dla mnie mało zrozumiałych dzieł przed których zgłębieniem właściwym (widziałem, nie czytałem) się nadal wzdrygam, dzięki temu otwiera możliwość fascynacji. Co jak co, ale emocjonalne stany rozedrgane nie bywają mi obce, a wielcy artyści z takimi przypadłościami tym bardziej prowokują moją ciekawość. Wgryzaniem się w osobowości tych co żyją przede wszystkim we własnej głowie, nigdy nie pogardzę tak samo jak nie unikam gdy jest okazja różnych form fizycznej aktywności. :) Pozostawiony po projekcji czuję się z enigmatyczną postacią chuderlawego introwertyka z premedytacją - za co dziękuję bardzo. Równie mocno, jak za idealne castingowe wybory (przede wszystkim Idan Weiss jako Franz - wspaniały, wizualnie bardzo podobny, angażujący), które równie fundamentalnie jak formuła narracyjno-wizualna odpowiadały za ten znakomity końcowy efekt. Efekt kina typowo koneserskiego, więc teoretycznie może męczyć poszarpaną nadpobudliwą fabułą, ale... czyż nie taka była właśnie natura pisarza?

P.S. Pomimo zachęty - w magnesy i inne pamiątki zgoła o naturze quasi dewocjonaliów wpaść po uszy nie zamierzam. ;)

środa, 10 kwietnia 2024

Kobieta samotna (1981) - Agnieszka Holland

 

W związku z okolicznością śmierci Marii Chwalibóg, jej aktorskie jak się powszechnie sugeruje opus magnum w TVP Kultura puszczone i oceniany jako jeden z najlepszych film Agnieszki Holland. Surowa z 1981 roku opowieść o Pani Irenie listonoszce, wychowującej samotnie jeszcze nie nawet nastoletniego syna. Pani z poczty więc do ludzi zawodowo zagląda i widzi wszystkie liczne rodzinne patologie, a sama też żyje w nie bardzo kulturalnym sąsiedztwie i pomimo zawodowej aktywności klepie upadlającą biedę. Pani Ireny życie to żadne życie, to koszmar zmagań z codziennością - dla niej i wokół niej cierpienie, egzystencja z dnia na dzień bez szczątkowego nawet odczuwania szczęścia czy nawet małych satysfakcji. Ciągła sromota w zabieganiu, topiący się w troskach byt, będący w zasadzie niebytem, gdyż oprócz konsekwentnie kłód kładzionych pod nogi, to brak jakiegokolwiek wsparcia, nie mówiąc już o potrzebie wyższej miłości zapewnionej. Życie Pani Ireny to dla Holland przykład i pretekst do ukazania i napiętnowania wszystkich powiązanych z politycznymi właściwościami ustroju komunistycznego patologii, odbijających się na kompletnym udupieniu jednostki z niższych szczebli społecznych. Stworzenia w tle i na przodzie sceny portretu „pięknej” Polski i „pięknych” Polaków, zniszczonych przez warunki ustrojowe. Dobra, a teraz moja ocena - krótka ocena, bo nie polubiłem, gdyż to kino takie chaotyczne, może społecznie i historycznie ciekawe, ale filmowo bez rytmu i bez artystycznych wibracji, choć finał rozegrany tak, że może zuch widz czuć się zszokowanym. Oczywiście zdumiony tak, że konsternacja ponad dramatycznymi uniesieniami - szczególnie kiedy oczy bolą od kompletnie położonej charakteryzacji i kaskaderki. W sumie i w zasadzie wszystko jest tu irytujące, może oprócz jedynie aktorstwa Chwalibóg oraz momentami Bogusia Lindy - w totalnie z innej bajki kreacji, niż to co przyjdzie mu firmować po transformacyjnym przełomie.

P.S. Ja człowiek w wieku bardzo dojrzałych, ale akurat ten rocznik co niewiele pamięta z realiów ekonomicznych czy nawet ogólnie tamtej początku lat osiemdziesiątych rzeczywistości, ale jak przez mgłę przypominają się te obskurne kamienice i to życie podwórkowe zupełnie odmienne od tych warunków przez współczesność smarkaczom oferowanych. 

sobota, 2 grudnia 2023

Zielona granica (2023) - Agnieszka Holland

 

Coraz słabiej (jak to starszy człowiek) znoszę filmy, które mocno emocjonalnie na mnie oddziałują - filmy może nie do końca wprost będące szantażem emocjonalnym, bo takie jeśli mam podejrzenie poparte dowodami, raczej z marszu odrzucam, ale obrazy które mocno serducho obciążają, nie czyniąc tego w nieakceptowalnym logopatologicznym jednoznacznym tonie. Zielona granica z początku, kiedy wchodziła już czas jakiś temu na kin ekrany mogła się kojarzyć z tym słabym, bo wprost określającym sposób spostrzegania percepcyjnym pogłosem, jednak wysokie noty u osób których nie podejrzewam o podatność na manipulację, uspokoiły mnie, szczególnie że twórczości Agnieszko Holland nie odbieram wyłącznie jako zawsze trafionej i stuprocentowo pewnej, że mogę się tak z punktem widzenia identyfikować, jak stroną artystyczną zmysły sycić. Poza tym (bądź M uczciwy!) jak mógłbym zignorować produkcję, która tak ogromną dyskusję często na poziomie dna rozpętała i co któryś (może i co czwarty dorosły) nawet Polak ją obejrzał, a każdy POLAK miał swoje własne, ekstremalnie osobiste zdanie w temacie! Zasiadłem więc do tego doświadczenia znając już obecnie lekko przyblakłe konteksty sprzed miesięcy kilku, zatem napisać wstrząśnięty silnie tak samo jak odrobine rozczarowany mogę, że serce mnie boli i jako człowiek dumny jestem, jeszcze kompletnie zobojętnieć na ludzki los nie zdążyłem, choć być może jedno wrażliwość na sztukę, gdzie społeczne zjawiska i ich echa dalsze lub bliższe bolą, a co innego skonfrontowanie się z tematem w surowych warunkach realów, bez czynnika artystycznie stymulującego. Agnieszce Holland pomimo pewnych potknięć (o jakich na końcu) myślę jednak udało się zarówno stworzyć obraz na poziomie wizualnej sztuki w miarę wysokim oraz też tak przybliżyć człowiekowi człowieka z krwi i kości, usunąć dystanse kulturowe i opanować strach, jak i pokazać rzeczywistość z różnych i niekoniecznie nabrzmiałych wyłącznie od stereotypów stron barykady. Bez większego tak mitologizowania, spłaszczania, tudzież popadania w histerię gigantyczną wynikającą z naturalnego stawiania się po oczywiście indywidualnej ze stron. To szanuje niezmiernie u artystów, że nie zawsze tylko i wyłącznie subiektywnie przestrzeń interpretowaną kreślą, ale nie unikając forsowania własnych poglądów, nie zaburzają perspektywy nimi jedynymi, a patrzą dla dobra intelektualnego rozwoju na całokształt ze stron wielu, wiedząc co oczywiste że punkt widzenia zależny od miejsca spoczynku zadka osobistego, ale też moralność jest uniwersalna, a etyka stała - trzeba tylko ludziom mądrze oczy otworzyć, a nie wkładać im na siłę paluchy do oczu. Technicznie Zielona granica nakręcona została bardzo sprawnie, aktorsko trudno mieć uwagi, ale też gdyby nie temat mocno kontrowersyjny, to nic więcej ponad szablonowości warsztatowej nie uświadczyłem. Ponadto wycieczki w kierunku ikonicznych dzieł (scena przenoszenia przez rów) oraz budowanie klimatu represji niczym z kina wojennego (między innymi też scena przenoszenia przez rów), także symboliczne ujęcia (rodzina siedząca na krawężniku pod grafiką z unijnymi gwiazdkami czy Ojcze Nasz podczas kontroli policyjnej), to tak dobre pomysły w zamyśle, ale gdzieś w języku filmowym Holland uderzające nazbyt dosłownie, bez subtelności o jaką takie manewry w kinie ambitnym błagają. W najistotniejszej jednak treści cierpienie uchodźców na pierwszym planie, ale i przeżywane psychiczne katusze co bardziej wrażliwych pograniczników, równa się potworne obciążenie dla widza, po to aby uruchomić empatię dla ludzi odartych z godności, jednostek którym przetrąca się kręgosłupy, w obu kategoriach grup wykorzystywanych cynicznie do walki politycznej. Bardzo boleśnie o całokształcie powyższym, po to aby naturalnie wywołać określone reakcje, uświadamiając, iż jeśli się o danym problemie milczy, to nie znaczy że ten problem znika, czy nic w ogóle poza naszym wzrokiem złego się nie dzieje. Stąd uważam ta histeryczna reakcja na ten wyrzut sumienia, bez względu na skomplikowane rzeczy sedno, film Holland uznaję za potrzebny, być może jednak idealnie w moment politycznie dla przyszłości kraju nie trafiony. Nie znaczy to że nie mam uwag, bo uwagi mam, a największa i jedyna o jakiej w tym za długim tekście wspomnę, to sytuacja która wprost oddziałuje na odbiór tej historii, że pomimo uniknięcia wprost etykietowania i naznaczania przez pryzmat zachowań i postaw, to znów postaci u Holland straszliwie są u fundamentu stereotypowe i sama reżyserka nie posiada dobrej ręki czy to do ich samodzielnego tworzenia, czy wybierania portretów przygotowanych dla niej przez autorów scenariuszy. Nie oszukujmy się i apeluję o to stanowczo, aby przestać w takim razie w środowisku anty pisreżimowym udawać, że w sumie Holland to nie prześlizguje się tylko po temacie. Film bardzo ważny, refleksje potrafiący wywołać, ale do miana dzieła intelektualnego lub zmieniającego światopogląd jemu daleko.

środa, 23 marca 2022

W ciemności (2011) - Agnieszka Holland

 

To jest ta w stu procentach właściwa i ta jak najbardziej w odpowiednim miejscu zakotwiczona Agnieszka Holland. Jak takiemu jak ja (jej nie od święta dość krytycznemu wielbicielowi), mnie się wydaje, że ta wojenna formuła w punkt odpowiada jej spojrzeniu na sztukę filmową, która to efektywnie bezpośrednio i efektownie pośrednio przemawia do emocji. Ostatnio potwierdziła zasadność tej tezy przy okazji Obywatela Jonse'a, a w przeszłości dzięki takiemu wojennemu dziełu jak Europa, Europa. Tam gdzie pomimo skomplikowanego charakteru historycznych zawiłości, w trafny sposób diagnozuje i ukazuje prawdę w sposób wyważony, bez wyciskania z treści zbędnych politycznych kontrowersji. Bo w tych uniwersalnych przekonaniach jest sobą, czyli wrażliwą i spostrzegawczą artystką i intelektualistką, której nie brak także doskonałej biegłości warsztatowej. Wstrząsający niesamowicie i jeszcze mocniej przygnębiający to obraz, z doskonale podkreślającą stany emocjonalne muzyką, opartą przede wszystkim na brzmieniach fortepianu. Obraz naturalny i wiarygodny, zdaje się w skali jeden do jednego przedstawiający przywołane wydarzenia. Obraz produkcyjne i formalnie maksymalnie klasycznie zrealizowany, bez jakichkolwiek sztuczek czy innych pożałowania godnych fajerwerków. Obraz o nędzy i rozpaczy, o strachu o poziomie śmiertelnego przerażenia i potwornym cierpieniu ludności cywilnej w obliczu wojennych rozgrywek i antysemickiej nienawiści. To co naturalnie uwagę na sobie koncentruje, to język oryginalny w nim użyty i tutaj należy się szczególne uznanie za ambitne podjęcie starań, aby wartości nie tylko związane z prawdą historyczną, czy emocjonalną głębią zostały wyostrzone. To z pewnością nie było łatwe, by korzystać z mowy ówczesnych mieszkańców Lwowa, ale efekt uzyskany w ogromnym stopniu wpłyną na wrażenie autentyzmu, które film bezdyskusyjnie robi. Chociaż seans to z rodzaju przeżyć wyjątkowo ciężkich, to należy się przełamać, bowiem wartość jego olbrzymia, a klasa jakościowa porównywalna z największymi osiągnięciami kina z wojna w tle.

P.S. 23 marca 2022 roku - jeśli dobrze rachuję, 28 dzień rosyjskiej agresji na Ukrainę.

środa, 23 lutego 2022

Europa Europa (1990) - Agnieszka Holland

 

Ja rozumiem że świadomi dorośli chcieliby, aby następne pokolenia jak najwcześniej tą świadomością zarazić - szczególnie kiedy jest się nauczycielem i ten obowiązek jeszcze wyraźniej odczuwalny. Ale chyba brak sensu w tym, by tą świadomością próbować zarażać, kiedy dzieciaki jeszcze absolutnie nieprzygotowane do odpowiednio dojrzałego spostrzegania. Piszę o tym gdyż pamiętam że jako nastolatek wraz z wycieczką szkolną na jednej z premierowych projekcji Europa Europa byłem i jako typowy gówniarz praktycznie nic z niej nie wyniosłem, prócz głupawki po wiadomych scenach. Byłem tylko i że tylko byłem zapamiętałem, co oznacza że pozbawiona w zasadzie sensu ta wycieczka się okazała. Ok, lekcji w tym dniu chyba nie było. :) Dlatego poważnie już pisząc, ja nie odczuwam takiej potrzeby aby raczkujące umysły z wiedzą je przerastającą zaznajamiać. Przyjdzie pora, możne - a jak nie przyjdzie to trudno, nic na siłę, wbrew naturalnemu rozwojowi. Nie oceniam (przechodzę do sedna) dziś filmu Agnieszki Holland przez pryzmat techniczny (dźwiękowo jest bardzo koślawo), bo to obraz naturalnie archaiczny, choć dzielą go zaledwie trzy lata rzeczywiste i produkcyjne lata świetlne od ikonicznej Listy Schindlera. Oceniam go wyłącznie jako dokument historyczny i lekcję historii, na pewno dla umysłu już przygotowanego przystępną i wartościową. Tutaj indoktrynacyjne piekło w totalnie skomplikowanej rzeczywistości, od radzieckiego sierocińca wtłaczającego komunistyczne dogmaty do elitarnej szkoły Hitlerjugend. Na podstawie wojennych losów młodego niemieckiego Żyda, który w zawierusze II Wojny Światowej przechodzi kolejne etapy tułaczki, będąc przerzucanym na wrogie strony i próbującym ratując życie, niczym kameleon wtopić się w realia i dostosować do oczekiwań. Film Agnieszki Holland (co może przez cały seans zaskakiwać, to żaden autorski scenariusz) tylko adaptacja autobiograficznej powieści niejakiego Salomona Perela, inaczej właśnie dziennik prawdziwych losów owego. Zapis tak ironicznych sytuacji i groteskowych wręcz zbiegów okoliczności, iż trudno w nie uwierzyć. Wokół bohatera toczy się ustawiczna wojenna rozgrywka o przetrwanie jednostki oraz walka o dominację i władzę w sensie politycznym, która bezrefleksyjnie zrodziła konflikty zbrojne i ich reperkusje w postaci nienawiści. Naucz się nienawidzić! O tym tyglu i tak podłej filozofii językiem filmu mówi Holland i mówi bez konkretnej postawy, z chłodnym dystansem i rozsądnie pokazując stan, podpowiadając przyczyny ale nie oceniając karkołomnie gdzie więcej winy. Gdyby tylko za stroną merytoryczną szła zdecydowanie bardziej zaawansowana technicznie kwestia realizacyjna, wówczas Europa Europa zyskałaby na atrakcyjności. Tak robi wrażenie jedynie szkicu - niewątpliwie wybitnego przez wzgląd na samą historię jak i konteksty, ale jednak (przepraszam uprę się) wizualnie to szkicu. 

czwartek, 18 lutego 2021

Aktorzy prowincjonalni (1978) - Agnieszka Holland

 


Z jednej strony pięknie niedzisiejsze kino - bogate intelektualnie kino swoich czasów, kiedy polski film był zaangażowany i co istotne radził sobie z cenzurą władzy, dzięki przenikliwym i rezolutnym artystom i ich błyskotliwym koncepcyjnie podstępom. Dla widza świadomie spostrzegającego rzeczywistość z punktu widzenia historycznego i uważnie obserwującego polską mentalność w obliczu konfrontacji z wrogiem z obcego, ale i własnego łona, także współcześnie bez znacznego wysiłku poddający się właściwej interpretacji. Jedno w nim to sposób filmowania, znaczy montaż i cięcia oraz głębia psychologicznej analizy. Drugie specyfika gry aktorskiej opartej również na odnalezieniu się w zamieszaniu scen grupowych. Widowisko pozornie chaotyczne, lecz tym samym zasługujące na przymiotnik naturalne. Mimo że osadzone w konwencji kina moralnego niepokoju, to jednak myślę że na swój osobny sposób bezpretensjonalne, bo przecież do bólu autentyczne. Oglądam z wypiekami na twarzy, niczym bym obserwował dokument z życia nagrywany podczas rzeczywistych rozmów i dyskusji. Cholernie mądre kino, tylko jak już zauważyłem z pozoru chaotyczne i konteksty użyte wymagające - czasami nieco trudne, bo niby archaiczne, już tak odległe, a jednak obecnie paradoksalnie znów palące. Kino jednakowoż traktujące w miarę zrozumiale o aktualnych nie wyłącznie wówczas realiach politycznych i egzystencjalnych - funkcjonujących w złożonym systemie naczyń połączonych. Kino rozbudowane wielokierunkowo znaczeniowo (życie społeczne, polityczne, artystyczne - także historyczne uwarunkowania) i jednocześnie analitycznie skupione przede wszystkim na samym indywidualnym człowieku. Od wielkiego zbiorowiska ludzkiego w sensie społeczeństwa do znacznie mniejszych skupisk, w których najwyraźniej widać małe dramaty jednostek funkcjonujących w stałym konflikcie pomiędzy tym co jest w ustroju wymagane, a co świadomej i krytycznie myślącej osobowości moralność i własne przekonania podpowiadają. Ponadto leje się obficie wóda i idą równo z dymem fajki - te tak właściwe atrybut czasów, stanowiące lek na nerwy i frustrację! Aktorzy prowincjonalni podsumowując to ważna kameralna rozprawa, śmiertelnie poważne symboliczne kino, ale trochę w tym konkretnym anturażu miejsca (jak tak patrzę z perspektywy czasowej) też chwilami (przepraszam za porównanie) górnolotny archetyp kabaretu Olgii Lipińskiej. ;)

P.S. Jak pisałem to się trochę przez wysiłek intelektualny spociłem. :)

czwartek, 3 grudnia 2020

Šarlatán / Szarlatan (2020) - Agnieszka Holland

 

Szarlatan Agnieszki Holland, to wprost ujmując taki mistrzowsko starannie zrobiony film. Z zachowaniem warsztatowej rzetelności i gruntowną faktograficzną podstawą, jako bazą dla kolejnych w jej filmografii okazji do rozliczeń ze skomplikowaną XX-wieczną historią bloku państw środkowo-wschodniej Europy. Oczywiście skonstruowany w takim zachowawczym, ale mimo wszystkich archaizmów za wady często we współcześnie produkowanym kinie postrzeganych, w starym, lecz dobrym, bo skupionym bezpośrednio na meritum stylu. Bez posiłkowania się niezrozumiałymi pseudo artystycznymi chwytami, skoncentrowany na tytułowej postaci i odtworzeniu autentycznie posępnego klimatu czasów stalinowskiego totalitaryzmu. To jednak nie przyjęta klasyczna, ocierająca się o teatr telewizji formuła, stanowi najważniejszą wartość obrazu Holland. Ja akurat nie odbieram jej w kategorii decydującej zalety (tym bardziej nie uznaję za wadę), bowiem najważniejsza jest tu sama historia, a sposób jej technicznego opracowania raczej drugorzędny. Reżyserka nakręciła film świadomie pozbawiony fasadowych emocji, a ich miejsce wypełniła chłodną, rzeczową narracją i analitycznym spojrzeniem na sportretowanego bohatera. Postać niejednoznaczną, w której duszy sporo sprzeczności, a w życiu jeszcze więcej tajemnic. Jan Mikolášek (jak doczytałem) był swego czasu w komunistycznej Czechosłowacji postacią ogólnie znaną, a jego wzbudzające zainteresowanie zasługi, szeroko komentowane na wielu płaszczyznach. Zarówno tej zawodowej (miał uleczyć „siłami natury”, za pomocą zielarstwa ponad pięć milionów osób), jak i na płaszczyźnie obyczajowej (dominujący porywczy charakter, homoseksualna orientacja) i wreszcie światopoglądowo-politycznej (ofiara zarówno represji stalinowskich, jak i hitlerowskich). Pomysł by przenieść na ekran jego życie, podsunął reżyserce autor scenariusza i była to jak finalny efekt ich współpracy pokazuje, koncepcja trafiona. Przyznaję, iż straciłem wiarę w Holland po Pokocie, odzyskałem po Obywatelu Jonesie, a teraz tylko się utwierdziłem w przekonaniu, że ma ona wciąż intuicję do interesujących tematów i wyczucie w ich sumiennie wnikliwym opracowywaniu.

czwartek, 5 marca 2020

Mr. Jones / Obywatel Jones (2019) - Agnieszka Holland




Jestem szczerze zaskoczony, chociaż przez wzgląd na ogromne zasługi dla promocji polskiej kinematografii za granicą, nie powinienem wątpić w uznane w branży umiejętności Agnieszki Holland. Lecz trafiając kilka miesięcy temu przy okazji premiery Obywatela Jonesa na różnego rodzaju wzmianki pozbawione zasadniczo opisów w tonie euforycznym, natomiast pełne nawet otwartej krytyki ze strony oburzonych werdyktem Jury 44 FPFF w Gdyni, naturalnie nie spodziewałem się akurat, że szanowne grono specjalistów pod przewodnictwem Macieja Wojtyszki miało tak trudny wybór, pomiędzy faworyzowanym znakomitym Bożym Ciałem Janka Komasy i jak się okazało równie znakomitym filmem Agnieszki Holland. Nie ukrywam bowiem, iż odczułem podczas projekcji dotkliwe zaangażowanie, co motywuje mnie do stwierdzenia że Holland nakręciła niezwykle przejmujący film, który w moim, jak się okazuje dość odosobnionym przekonaniu (jak wyżej już wspominam sporo zawodowych krytyków i pasjonatów kina kręciło nosem), może się równać wielu już klasycznym obrazom, jak natychmiast w tej sytuacji przywołany z mojej pamięci Pianista Polańskiego. Przywróciła mi Pani Agnieszka tym samym, po niezbyt udanym Pokocie (dla odmiany niezrozumiale przyjętym po premierze niemal chóralnie entuzjastycznie) na powrót wiarę w swoje kino i udowodniła, iż potrafi z klasą sięgać do poziomu jaki względnie niedawno osiągała w przypadku W ciemności. To bezsprzecznie (upierał się będę!) ta sama liga gatunkowa i jakościowa, równie mocno poruszający dramat historyczny o społeczno-politycznym wydźwięku, w którym doskonale przywołuje ducha okrutnych czasów, z pełnym autentyzmem pobudzając intensywne emocje. Temat porażająco tragiczny przedstawia odpowiednio rzetelnie i choć nie można odmówić prawa historykom do wytykania użycia pewnych uogólnień, czy też ponad standardy wymagającemu widzowi dostrzegania w narracji nieco zbyt archaicznej formuły, to bardzo cenny dla zwiększenia kręgu potencjalnych adresatów zdaje się osiągnięty idealny balans, pomiędzy skomplikowanym i newralgicznym wstrząsającym charakterem opisywanych sytuacji, a warsztatową umiejętnością ukazania ich w przystępny, aczkolwiek daleki od łopatologii sposób. Ponadto za równie dominującą zaletę Obywatela Jonesa uznaję doskonałą robotę specjalistów od scenografii, z naciskiem na precyzyjne dobranie atrybutów w postaci rekwizytów oraz kreującej wyrazisty klimat palety użytych barw. Mimo iż jak donoszą wzmianki o kulisach powstawania obrazu, nie zadano sobie trudu odszukania wszystkich możliwych autentycznych lokacji, to te wykorzystane nieco zastępczo bardzo przekonująco oddały charakter miejsc, czy okoliczności przyrodniczych. Tym samym nie odczułem też podczas seansu najmniejszego dyskomfortu polegającego na dysonansie na linii prawda ekranu, prawda czasu, skupiając się niemal wyłącznie na kluczowym dziennikarsko-kronikarskim aspekcie zapisu piekła totalitarnego ustroju i w tej samej płaszczyźnie, przez pryzmat siły i możliwości oraz wagi edukacyjnej starcia pomiędzy jednostką, a bezlitośnie zuchwałym systemem - kierującym idealistycznym człowiekiem nakazem moralnym, a rozbijającymi w pył jego złudzenia politycznymi uwarunkowaniami. Dostrzegając też oczywiście równolegle wszelkie liczne niuanse docierające z tła (między innymi George Orwell i inspiracja do napisania Folwarku zwierzęcego), jak i w szczególności zatrważającą aktualność ludzkich postaw i zachowań wymuszanych zastraszeniem czy motywowanych przywilejami (urzędniczy brak skrupułów). 

wtorek, 4 kwietnia 2017

Copying Beethoven / Kopia mistrza (2006) - Agnieszka Holland




Mierzy się Agnieszka Holland w Kopii mistrza z dwiema legendami równocześnie. Z tą przede wszystkim genialnego kompozytora i gdzieś w tle z tą mistrza sztuki filmowej. Jestem pewien, że nie tylko mnie trudno przejść obok tego obrazu nie dopuszczając do głosu skojarzeń z Amadeuszem Miloša Formana. Z widowiskiem może przeładowanym stylistycznie i czasowo rozbujanym w sposób nieuzasadniony, ale w kinowym kanonie uznanym za dzieło wybitne, przez ten fakt stając się z miejsca wzorem do którego wszystko po nim, w podobnej tematyce jest porównywane. W moim subiektywnym przekonaniu, mimo iż dzieło Formana cenię, to jednak widzę w nim kilka znaczących wad o których nie omieszkałem gdzieś wcześniej na tych wirtualnych kartach napisać. Natomiast obraz Holland będąc skromniejszym i bardziej kameralnym, nie tak rozpasanym jego odpowiednikiem, zawiera wszystko to co w grubo ponad dwóch godzinach Forman zawrzeć potrzebował. Myślę tu o idealnym powiązaniu warstwy dźwiękowej z treścią wizualną i merytoryczną. Mistrzowskiego uchwycenia okiem kamery podniecenia podczas publicznego wykonania dzieła, dostarczeniu pełnej palety piętrzących się emocji oraz zbudowaniu przenikliwego portretu psychologicznego człowieka natchnionego bezmiernym talentem i naznaczonego duchowym cierpieniem. Pogrążonego w szaleństwie i opętanego pasją – obsesją graniczącą z obłąkaniem. Dodatkowo wyraźnym wyartykułowaniem istotnego znaczenia środowiska i otoczenia w jakim funkcjonowali. W przypadku Kopii mistrza skonfrontowaniu postaci fikcyjnej z historyczną, powiązaniu wątków biograficznych z wyobraźnią scenarzysty i błyskotliwej, niejednoznacznej spekulacji na temat relacji uczeń-mistrz. I tak jak Forman osiągnął te ambitne cele tworząc niemal trzygodzinnego kolosa, tak Holland dokonała tego w formie bardziej zwartej, lecz nieograbionej zasadniczo z widowiskowości i kostiumowego przepychu. Postawiła na kameralność nie mitrężąc czasu na irytującą megalomanię. To niby to samo, ale tak wyraźnie inaczej - nie mam jednak jednoznacznego zdania czy lepiej. 

P.S. Od kilku lat próbuję stworzyć osobiste archiwum przeżyć i refleksji powiązanych z obrazem i dźwiękiem. W okrojonej formie kilku zdaniowych quasi esejów, czy to suchych równoważników zdań, lecz o znacznych właściwościach pamiętniczka. :) Określających miejsce w jakim mentalnie się znajdowałem i zakres emocji jakim w kontakcie z filmem i muzyka byłem poddawany. Czasochłonny to proces ingerujący w życie osobiste i wystawiający wnętrze na widok publiczny (minusy), lecz od strony praktycznej przede wszystkim pozwalający w każdym kolejnym kroku otwierać się na nowe kulturalne doświadczenia oraz wzbogacać własną wiedzę (plusy). Jak klasyk mawiał, wiem że nic nie wiem, albo przynajmniej moja znajomość materii poddawanej analizie na blogu jest wciąż względnie uboga. Uświadamiam sobie z bólem i satysfakcją jednocześnie, że wór kultury nawet ograniczony do dwóch muz jest tak przepastny, iż przejrzenie jego zawartości nie będzie możliwe. Teraźniejszość na bieżąco przynosi materiał, a przeszłość ukrywa przede mną jeszcze niezmierzone pokłady tego artystycznego dobra. Piszę o tym zainspirowany dwoma równoległymi wydarzeniami. Po pierwsze częściową lekturą Historii polskiego kina pióra Tadeusza Lubelskiego oraz dostrzeżeniem, iż pierwsza dama polskiego kina w spisie treści u mnie dopiero za sprawą tegorocznego Pokotu zaistniała. Zaniedbanie moje w rodzimej klasyce kolosalne, zamknę się zatem teraz na świat zewnętrzny i dziwaczejąc wprost proporcjonalnie do czasu przebywania w izolacji obejrzę wszystko to, co przez stulecie wielcy kreatorzy kina polskiego potomnym zostawili. Obsesja przybiera różne formy i kształty, wciska się do głowy wartościowy ferment w niej czyniąc i niestety wokół w świecie realnym niezłego bałaganu dokonując. Ważąc jednak aptekarsko za i przeciw takiego aktu autodestrukcji nie popełnię, dalej funkcjonując pomiędzy rzeczywistością tu i teraz, a tam gdzie mnie kino i jeszcze muzyczna pasja poniesie.

czwartek, 2 marca 2017

Pokot (2017) - Agnieszka Holland, Kasia Adamik




Osią niby wątek kryminalny, czyli są morderstwa i jest zagadka. Pytanie kto się zabójstw dopuszcza i grubo ciosana tajemnica pod tytułem, czym się ten poszukiwany sprawca kieruje, że akurat tych osobników na ofiary wybiera. I to jest jeszcze zjadliwe, do przetrawienia, choć poziom enigmatyczności łamigłówki może chyba tylko niegramotnego funkcjonariusza prowincjonalnego posterunku o ból głowy przyprawić. Jednak ta kwestia schodzi na plan dalszy, gdy wokół wątku kryminalnego taka masa szablonów z uporem maniaka poupychana. Jakby Olga Tokarczuk przy asyście wybitnej reżyserki za punkt honoru sobie postawiła, że wszelkimi stereotypami najpierw scenariusz wypełni, a potem pozwoli by już oczami Agnieszki Holland pokazane one zostały w topornie kwadratowym stylu, tak wyraziście iż nawet współczesny wzór cnót wszelakich konserwatywnym patriotą zwany rozezna się kto dobry, a kto zły pośród tych do bólu wyrazistych kontrastów. Tyle, że dorzucając do tej rozjaśnionej jasności podział na maksymalnie zdziwaczałych bohaterów kochających przyrodę, gnębionych dodatkowo przez kierujących się partykularnymi interesami hipokrytów uznawanych za szanowanych członków społeczności (zasłyszane - ludzi sojuszu tronu, ołtarza i strzelby) robi samej ekologicznej idei niedźwiedzią przysługę. Intencje intencjami, a efekt niestety marny, bo miast próbować budzić wśród ludzi o w miarę wysokim potencjale intelektualnym zachowania proekologiczne, ewentualnie (choć to chyba misja niemożliwa) zmieniać percepcję prostaków, ona tych drugich tylko utwierdza w przekonaniu, że dziwadła chcą im „normalnym” narzucać jakieś wydumane idee, a tych pierwszych obraża schematycznością i brakiem jakiejkolwiek próby głębszej penetracji ludzkiej psychiki. Żadnych subtelności, potrzeby spojrzenia na skomplikowane przecież relacje w miarę autentycznie, tylko bijąca po oczach niemiłosiernie stereotypowy schematyzm ubrany w irytujący i chwilami nawet żenujący (tak, robiłem te właśnie miny wstydząc się tego co widzę) bełkot o wszystkim i o niczym. Do tego warsztat aktorski cholernie sztuczny, jakby te przecież uznane nazwiska z obsady chciały równać do poziomu Pana Bosaka, oraz nieudane wydumane próby sugestywnego oddania pierwotnej natury przyrody. Smutno mi teraz, bo nie takich wrażeń się spodziewałem, nie zakładałem że Agnieszka Holland do łopatologii praktycznie stosowanej się zniży i jeszcze za to wątpliwej urody artystycznej „dzieło” otrzyma prestiżowe nagrody. Żeby chociaż odrobinę sobie humor poprawić posilę się w tym miejscu komentarzem satanisty celebryty. Mianowicie cytując Pana muzyka: "Najnowszy film Agnieszki Holland zakończył się happy endem. Spłonął kościół i zabili księdza.” Zatem, rzucać we mnie kamieniami – w tym przypadku z obydwu stron barykady. 

Drukuj