piątek, 19 grudnia 2025

Franz / Franz Kafka (2025) - Agnieszka Holland

 

Tak się stało, że właśnie dalekosiężne marzenie Agnieszki Holland o Oscarze, już się chyba na dobre oddaliło i mnie to poniekąd po cichutku cieszy i nie dziwi, bowiem promocja osoby Holland ostatnimi czasy była przynajmniej w naszych warunkach krajowych nazbyt nachalna, a przecież sporo pośród obszernego dorobku reżyserki nie zasługiwało (gdybam gdybam) na uwagę tak szeroką, jaką jej przyjazne media zapewniały. W tym samym momencie gdy tak myślę, mam przekonanie zdecydowanie inne też biegunowo, że to obecne dla niej rozczarowanie powiązane jest z sytuacją, gdy szum medialny przez filmowo-korporacyjne o politycznych niestety też powiązaniach środowisko, promowało jeden z najlepszych jej w skali całej twórczości obrazów. Uważam bowiem że Franz Kafka jest tak bardzo mało „hollandowy”, że zasługuje na więcej komplementów, niż większość tego co przez wiele lat nakręcić zdołała. Podpierając się słowną, bardzo trafioną ekwilibrystyką internetowego przyjaciela, pasjonata kina, słowa pisanego biegłego praktykapodane to w formie eksperymentalnej, onirycznej, migawkowej - jak to u Kafki, ironiczne metakomentarze, mozaikowe podejście do struktury czasowej, zabawa osią czasu, zabawa formą, zabawa ze współczesnością, Holland modernistyczną, może nawet efekciarską formą.” Żeby było jasne - to nie jest typowa biografia i dzięki za to, gdyż efektywnie i efektownie udało się uniknąć miałkości i nadać opowieści wartości artystycznej i estetycznej. Mamy dzięki temu kino wyraziste, intrygujące, z uczuciowym pazurem i jtą wariację-eksplorację wciągnąłem i się nią odurzyłem, a z kina wychodziłem z wyraźnym śladem szoku, bowiem raczej nawet gdy taką złożoną i nietuzinkowo poszarpaną przez życie postać pod lupę Holland wzięła, to spodziewałem się ogólnie klasycznego rytuału biopicowego, może w śladowym stopniu podkręconego charakterem i psychologiczną eterycznością bohatera. To wgląd w praskiego prekursora egzystencjalizmu od strony ducha, jego odbicia w popękanym i zniekształconym wesoło-miasteczkowym gabinecie luster. Wgląd w bezradną, samotną, obłędnie pogmatwaną i udręczoną bólem istnienia głowę - głowę tak pięknie ascetycznie wrażliwą, popędliwą, pełną animuszu, zżeraną przez słabości, niedopasowania, fizyczność, ułomności i w ostateczności przez chorobę. Ten film to miraż, migawka, wycinanka, labirynt, do którego wielbicielom Kafki tak bardzo tutaj po drodze. Dla zaznajomionych z jego twórczością to zapewne podwójna niebywała frajda, rollercoaster, którego nagłe zwroty, zakręty, wzloty i spadki, wywołują emocje i odsłaniają kulisy, rozjaśniając drobnymi detalami być może, tą wczepioną w Franza metodę pisarską złożoną z metafor i alegorii mglistość. Okazało się, że Pani Agnieszka potrafi gdy inspiracja bardziej bolesna artystycznie czy mentalnie i dalej w przeszłości życiowo osadzona, skupić się na hipnotyzującej i niejasnej, otwartej interpretacyjnie, a nawet nieco zeschizowanej technice kręcenia. Celnie wówczas, miast w społecznych aspektach łopatologicznie politycznie się okopywać, odzwierciedlić alienacyjny aspekt dyspozycji psychicznych jednego z najbardziej tajemniczych literackich surrealistycznych praktyków. Tutaj czuć nerw, puls jest wyczuwalny zrazu intensywnie nakręcony, innym razem chaotyczny czy wręcz depresyjnie niewyczuwalny. Niestabilny i roztrzepany, gdyż postać Kafki tak trudna do prześwietlenia (kto więcej o nim czytał lub ma bliski kontakt z kimś kto nim filmową wersję obadał, poczytał - u bardziej rozbudowanego źródła wiedzy zaczerpnął), ten świadom jak wiele mitów wokół jego krótkiego życia narosło i jak jego otoczenie zadbało aby aura niejasności tylko z czasem jeszcze mocniej narastała. Dlatego brawurowo eksperymentalny (jak na nią oczywiście) wręcz sposób Holland spojrzenia, jest jak najbardziej usprawiedliwiony, a jego struktura utkana z osobliwej postaci filozofii, traum z dzieciństwa, niepokojów seksualnego dojrzewania i dorosłej codzienności, decyzji zasadnych czy wątpliwych, egocentryzmu ochronnego wyeksponowanego oraz dosłownie fragmentów porwanych chronologicznie, nie prowokuje mnie do pretensji o niezrozumiałość, tylko do zadawania sobie coraz kolejnych pytań, na które przy najbliższej okazji starał będę się sięgając po książkowe biografie Kafki odpowiadać. Uformowana ze sprzeczności, magnetycznie intrygująca osoba autora, wciąż dla mnie mało zrozumiałych dzieł przed których zgłębieniem właściwym (widziałem, nie czytałem) się nadal wzdrygam, dzięki temu otwiera możliwość fascynacji. Co jak co, ale emocjonalne stany rozedrgane nie bywają mi obce, a wielcy artyści z takimi przypadłościami tym bardziej prowokują moją ciekawość. Wgryzaniem się w osobowości tych co żyją przede wszystkim we własnej głowie, nigdy nie pogardzę tak samo jak nie unikam gdy jest okazja różnych form fizycznej aktywności. :) Pozostawiony po projekcji czuję się z enigmatyczną postacią chuderlawego introwertyka z premedytacją - za co dziękuję bardzo. Równie mocno, jak za idealne castingowe wybory (przede wszystkim Idan Weiss jako Franz - wspaniały, wizualnie bardzo podobny, angażujący), które równie fundamentalnie jak formuła narracyjno-wizualna odpowiadały za ten znakomity końcowy efekt. Efekt kina typowo koneserskiego, więc teoretycznie może męczyć poszarpaną nadpobudliwą fabułą, ale... czyż nie taka była właśnie natura pisarza?

P.S. Pomimo zachęty - w magnesy i inne pamiątki zgoła o naturze quasi dewocjonaliów wpaść po uszy nie zamierzam. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj