wtorek, 19 maja 2026

In die Sonne schauen / Wpatrując się w słońce (2025) - Mascha Schilinski

 

Wygląda jak ruchome, płynnie zmontowane stare zdjęcia i stąd ten przeszywający klimat - trzech epok, powiązanych jednym skrywającym wiele ludzkich tajemnic miejscem. Opowiada obrazami, wręcz ujęciami fotograficznymi, autentycznie oddziałuje z ekranu gamą stonowanych odcieni, światłem naturalnym, ciepłem archaicznych żarówek, lamp naftowych i wreszcie świec. Ziarnistą fakturą uwypuklając przygaszone oświetlenie w pomieszczeniach i odgłosami natury niepokojące, mimo swego przyrodzonego piękna, przyrodnicze okoliczności akcentując, w hipnotyzującej historii, w swej złożoności narracyjnej świadomie z pozoru chaotycznej. Być może trudnej, niejasnej, lecz wystylizowanej perfekcyjnie. Wywołuje dreszcze przeszywające, niepokojem obcowania z obecnością śmierci, rozpala zmysły za każdym razem, gdy przenosimy się w czasie, dryfując według planu twórczyni za bohaterkami - nieomal w tradycji dziewiętnastowiecznego dreszczu istniejąc, kiedy kinem grozy dzieło Maschy Schilinski przecież nie jest, choć określenie go arthouse’owym horrorem ma w sobie więcej niż okruchy sensu. Podziw wzbudza wysmakowana scenografia, także dekoracje, atrybuty miejsc i z równą pieczołowitością dobrane rekwizyty czy charakteryzacje, stroje - mnóstwo w tym zachodu, by odtworzyć prawdziwe warunki. Trzy główne narratorki (znakomite kreacje nazwisk bez znanej mi dotychczas historii) splatają losy kobiet w rzeczywistościach na pozór odmiennych, jakby w jednej przestrzeni wiążąc je doświadczeniami wszczepianych traum, wpływem tak osobistych zgryzot, udręczenia, ale i cieni, powidoków przenoszonych z pokolenia na pokolenie w postawach i przeszłości miejsc. Cierpienie bohaterek jest zakamuflowane, nie epatujące, ale przemawiające mimo to niezwykle boleśnie. Kiedy pozwolimy się tym obrazom w transowym mroku pochłonąć, wytężając zmysł wzroku, dostrzeżemy przerażone oczy - w rzeczywistości dla kobiet opresyjnej, tolerującej cichą przemoc, nieme krzyki wydobywające się z napiętych mięśni, drżących dłoni. Reżyserka w zasadzie przychodząc znikąd (jej nazwisko nawet dla wybitnych koneserów kina europejskiego jest nic raczej nie mówiące), stworzyła dzieło fascynujące, w autorski sposób wiążące trudny temat, kameralne jego ujęcie, w paradoksalnie rozbudowane między wierszami o konteksty, powiązane z rolą przestrzeni - szeroko, przenikliwie i wysmakowanie wykorzystując doskonałe oko operatorskie. Szczerze polecam jak tylko zdarzy się okazja przyswoić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj