Opowieść małżeńska pary po doświadczeniach, w wieku średnim, gdzie on wchodzi w ten związek z porządnie udokumentowaną reputacją kobieciarza, a ona pod wpływem jego czaru tracąc zdrowy rozsądek, mimo że powinna być już względnie ostrożna w doborze pod wpływem emocji. ;) Po-spolerujmy niewinnie nieco, że zapoznanie, wesele i zaraz dzieciak, czyli życie płynie według uniwersalnych reguł i raczej też standardowo prowadzi do uczuciowego znużenia, znaczy ekscytacji wstępnej wypalenia. Czuć od początku, iż coś tu zacznie trzeszczeć, ścierać się i dochodzi do punktu kulminacyjnego, przełomu i wówczas „rozmemłane kluchy” małżeńskie przeradzają się w „rozmemłane kluchy” zmagań po raz drugi ciężarnej zdradzonej kobiety z codziennością. Rachel odchodzi, bo Mark wbił w przygodę z inną, ale to nie koniec i im dalej w las tym... no niestety mimo zakrętów bardzo przewidywalnie i „rozmemłanie kluskowato”. Obyczajowo poprawne, uprę się i powtórzę „rozmemłane kluchy”, z upragnionym wyczekiwaniem, że ta całkiem przyjemna sielanka się skończy i porządnie coś w końcu je-bnie. Wyczerpie się ona i on, bo rutynowe to i tamto - wiadomo jak to jest zazwyczaj. Niestety scenariusz nie przewidywał tutaj posiadania mocy konkretnie sprzedanej dramaturgii i bez ognia, schematycznie, w pociągu do tendencji w kierunku lajtowej nijakości zamiast rozgrzewać, powodował moją obojętność, bo to w założeniu bardziej niż z prawdziwego zdarzenia interakcyjna bomba, ckliwa i ospała, zdobna w niemal same mielizny, paplanina z happy endem. Może jednak tylko szczęśliwym zakończeniem częściowym, bowiem babeczki zdradzone często powracają, ale nigdy w pełni nie wybaczają, a to nie bardzo pomaga i faceta jednak przerasta i sypie się obustronnie (nie tropmy przez kogo bardziej) takie pozorne z poczucia winy i zranienia bez żarliwej motywacji naprawianie. Podsumowując, lubię od czasu do czasu ciepłe filmy, ale nie „rozgotowane kluchy”. Dzięki przyzwoitym ale nie na miarę gigantycznego talentu Meryl i Jacka kreacjom – z esencjonalnym dość więc nadzieniem, ale jednak ROZCIAPANE przez zbyt intensywnie długie gotowanie KLUCHY.
P.S. Jest Meryl i jest Jack, jak zauważam, ale najlepsza, będąca wisienką na tym zbyt mdłym torcie kreacja, to tej rudej bodaj około trzyletniej dziołszki, bo przemknięcie kilka razy przez ekran, po znajomości samego Miloša Forman, jest raczej nietrafioną, wątpliwą tego tortu ozdobą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz