Kiedy w roku już dawno minionym 2005-ym pożegnalnego albumu Sentenced słuchałem, nie miałem pretensji iż ekipa Finów zamyka za sobą drzwi, a jak to sami stwierdzali "nie rozstajemy się, po prostu kończymy działalność koncertową i fonograficzną", bowiem odczuwałem, iż konwencja się wyczerpała, a nagrywanie co raz to kolejnego podobnego albumu, nie przyniesie większego pożytku, od tego jaki możliwy poprzez zniknięcie ze sceny, wpływając na fanów po pogrzebie tęsknotę. Teraz nieco mi szkoda, czuję że mi ich współcześnie nieco brakuje, ale wciąż szanuję ówczesny wybór, szczególnie gdy patrzę przykładowo na żenującą stagnację ich ziomków z Amorphis. Wiem że do krążków tych wciąż klasycznych znacznie chętniej bym powracał, gdyby ich teraźniejsze dokonania dodawały im punktów do wcześniej osiągniętego statusu, zamiast wręcz wszystko co dajmy na to, do połowy lat dwutysięcznych osiągnęli/nagrali (może nawet do momentu przejęcia mikrofonu przez Tomiego Joutsena) zaprzepaszczając. Obawiam się że historia Sentenced mogłaby pobiec w tym samym kierunku, jakby goście męskiej decyzji ostatecznej nie podjęli. Materiały by może dobre wciąż produkowali, ale za cholerę wierzyć mi się nie chce, iż mogłyby one przebić to co w ich dyskografii najlepsze. The Funeral Album przekręcił klucz w zatrzaśniętych drzwiach i ekipa Samiego Lopakki nie ma do dziś czego się wstydzić, bowiem ukłonili się zbiorem bardzo porządnych numerów - idealnie puentujących bodaj piętnastoletnią karierę. To jasne że ostatni krążek to nuta głównie (patrz wyjątek Where Waters Fall Frozen) z tej samej płaszczyzny, w jakiej się umościli wpierw nagrywając przełomowy Amok, a później kontynuując kurs z ostatnim jak się okazuje wokalistą poprzez Down, Frozen, Crismson i The Cold White Light. Album pogrzebowy to klamra podsumowująca, wykorzystująca znane i ograne aranżerskie patenty i jedynie może brak mi pośród tych trzynastu numerów naprawdę konkretnego przeboju, jakie systematycznie niemal dotąd się pojawiały i w układzie odniesienia innych bardzo dobrych brylowały, lecz nie uznaję aby problem był to dla finałowego aktu problem istotny. Tym bardziej że jestem w stanie doszukać się w indeksach wyrazistych wątków, motywów, akcentów, a domykający wieko potężny, wręcz jak na standardy Sentenced mocno epicki hymn End of the Road zostaje w głowie. Nic w sumie szczególnego, ale charakterystyka melodii w obliczu stylu Finów zawsze posiadała swój własny koloryt. Melancholijny, desperacki - smarkaty po prostu, gdy nieodorostkiem naiwnym w kwestiach relacji romantycznych się było. Wtedy można było naturalnie się na pełnej utożsamiać. :)
środa, 5 sierpnia 2026
środa, 13 marca 2024
Sentenced - The Cold White Light (2002)
Ot wielkie mi tam wydarzenie, że wrzucam sobie w roku 2024 do odsłuchu krążek sprzed (nie wierzę!) dwudziestu dwu laty i jest to krążek, który gdy się pojawił (nie-da-wno!) potraktowałem bez większego zainteresowania, chociaż go na taśmie nabyłem i jak już wydałem wówczas młodzieńcze wciąż pieniążki, to wypadało potraktować poważnie, doprowadzając do na tyle wielu konfrontacji, aby dostatecznie kompetentnie ocenić jego zawartość. Pamiętam jednak doskonale, iż ostatecznie szału zabrakło i pomyślałem sobie, że Sentenced od kilku albumów stał się straszliwie powtarzalny, jakby nie był przyjemny do konsumpcji, jako z definicji muzyka do beztroskiego czasu spędzenia, raczej nigdy nie posiadając waloru ambicjonalnego czy artystycznie wymagającego. Ot fajne pioseneczki do fajnego towarzystwa podczas codziennych prozaicznych czynności, bez względu jak w zawartości lirycznej stężenia ironicznej, ale jednak deprechy. Tak to wtedy widziałem/słyszałem i w zasadzie po przerwie gigantycznej więcej niby dodać nie mam pomysłu, prócz jeszcze kilku określeń typu: szablonowa kontynuacja tego co od Frozen grali, brzmiąca grubo pod względem produkcyjnym, bo aż dźwięk trzeszczy w głośnikach czy trochę podbijanego klawiszem ognia, odrobina quasi balladowego smutku i nic poza tym. Numery (szczególnie te o bardziej epickiej proweniencji) rozwijane od lajtowego plumkania do eksplozji, bez szczególnego, lecz mimo to porywającego napięcia, z dobrymi, nastawionymi na charakterystyczną smutalską melodykę solówkami, a te z większym pazurem dudniące, czasami nawet rock'n'rollowym sznytem przeciągnięte, lecz wszystkie one takie oczywiste i nie ma opcji aby po już dwóch kontaktach, w przyszłych odkryć coś nowego, intrygującego, więc od startu zdatne do przylepienia łatki "bo najbardziej podobają się te piosenki które już dobrze znamy" - toteż niestety kompletnie nie perspektywiczne, kiedy coś by się chciało więcej. Wygrywają one oczywiście w sensie emocjonalnej treści, szczególnie gdy refreny chwytliwe zaczynają za każdym razem podług filozofii powtarzalnie schematycznej budowy numeru przejmować kontrolę nad słuchacza stanem duchowym. Mówię tu rzecz jasna o uczuciach, jakie wywołują tak melodie, jak teksty o smutnych przypadkach miłosnych. :)




