Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sentenced. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sentenced. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2026

Sentenced - The Funeral Album (2005)

 

Kiedy w roku już dawno minionym 2005-ym pożegnalnego albumu Sentenced słuchałem, nie miałem pretensji iż ekipa Finów zamyka za sobą drzwi, a jak to sami stwierdzali "nie rozstajemy się, po prostu kończymy działalność koncertową i fonograficzną", bowiem odczuwałem, iż konwencja się wyczerpała, a nagrywanie co raz to kolejnego podobnego albumu, nie przyniesie większego pożytku, od tego jaki możliwy poprzez zniknięcie ze sceny, wpływając na fanów po pogrzebie tęsknotę. Teraz nieco mi szkoda, czuję że mi ich współcześnie nieco brakuje, ale wciąż szanuję ówczesny wybór, szczególnie gdy patrzę przykładowo na żenującą stagnację ich ziomków z Amorphis. Wiem że do krążków tych wciąż klasycznych znacznie chętniej bym powracał, gdyby ich teraźniejsze dokonania dodawały im punktów do wcześniej osiągniętego statusu, zamiast wręcz wszystko co dajmy na to, do połowy lat dwutysięcznych osiągnęli/nagrali (może nawet do momentu przejęcia mikrofonu przez Tomiego Joutsena) zaprzepaszczając. Obawiam się że historia Sentenced mogłaby pobiec w tym samym kierunku, jakby goście męskiej decyzji ostatecznej nie podjęli. Materiały by może dobre wciąż produkowali, ale za cholerę wierzyć mi się nie chce, iż mogłyby one przebić to co w ich dyskografii najlepsze. The Funeral Album przekręcił klucz w zatrzaśniętych drzwiach i ekipa Samiego Lopakki nie ma do dziś czego się wstydzić, bowiem ukłonili się zbiorem bardzo porządnych numerów - idealnie puentujących bodaj piętnastoletnią karierę. To jasne że ostatni krążek to nuta głównie (patrz wyjątek Where Waters Fall Frozen) z tej samej płaszczyzny, w jakiej się umościli wpierw nagrywając przełomowy Amok, a później kontynuując kurs z ostatnim jak się okazuje wokalistą poprzez Down, Frozen, Crismson i The Cold White Light. Album pogrzebowy to klamra podsumowująca, wykorzystująca znane i ograne aranżerskie patenty i jedynie może brak mi pośród tych trzynastu numerów naprawdę konkretnego przeboju, jakie systematycznie niemal dotąd się pojawiały i w układzie odniesienia innych bardzo dobrych brylowały, lecz nie uznaję aby problem był to dla finałowego aktu problem istotny. Tym bardziej że jestem w stanie doszukać się w indeksach wyrazistych wątków, motywów, akcentów, a domykający wieko potężny, wręcz jak na standardy Sentenced mocno epicki hymn End of the Road zostaje w głowie. Nic w sumie szczególnego, ale charakterystyka melodii w obliczu stylu Finów zawsze posiadała swój własny koloryt. Melancholijny, desperacki - smarkaty po prostu, gdy nieodorostkiem naiwnym w kwestiach relacji romantycznych się było. Wtedy można było naturalnie się na pełnej utożsamiać. :)

środa, 13 marca 2024

Sentenced - The Cold White Light (2002)

 

Ot wielkie mi tam wydarzenie, że wrzucam sobie w roku 2024 do odsłuchu krążek sprzed (nie wierzę!) dwudziestu dwu laty i jest to krążek, który gdy się pojawił (nie-da-wno!) potraktowałem bez większego zainteresowania, chociaż go na taśmie nabyłem i jak już wydałem wówczas młodzieńcze wciąż pieniążki, to wypadało potraktować poważnie, doprowadzając do na tyle wielu konfrontacji, aby dostatecznie kompetentnie ocenić jego zawartość. Pamiętam jednak doskonale, iż ostatecznie szału zabrakło i pomyślałem sobie, że Sentenced od kilku albumów stał się straszliwie powtarzalny, jakby nie był przyjemny do konsumpcji, jako z definicji muzyka do beztroskiego czasu spędzenia, raczej nigdy nie posiadając waloru ambicjonalnego czy artystycznie wymagającego. Ot fajne pioseneczki do fajnego towarzystwa podczas codziennych prozaicznych czynności, bez względu jak w zawartości lirycznej stężenia ironicznej, ale jednak deprechy. Tak to wtedy widziałem/słyszałem i w zasadzie po przerwie gigantycznej więcej niby dodać nie mam pomysłu, prócz jeszcze kilku określeń typu: szablonowa kontynuacja tego co od Frozen grali, brzmiąca grubo pod względem produkcyjnym, bo aż dźwięk trzeszczy w głośnikach czy trochę podbijanego klawiszem ognia, odrobina quasi balladowego smutku i nic poza tym. Numery (szczególnie te o bardziej epickiej proweniencji) rozwijane od lajtowego plumkania do eksplozji, bez szczególnego, lecz mimo to porywającego napięcia, z dobrymi, nastawionymi na charakterystyczną smutalską melodykę solówkami, a te z większym pazurem dudniące, czasami nawet rock'n'rollowym sznytem przeciągnięte, lecz wszystkie one takie oczywiste i nie ma opcji aby po już dwóch kontaktach, w przyszłych odkryć coś nowego, intrygującego, więc od startu zdatne do przylepienia łatki "bo najbardziej podobają się te piosenki które już dobrze znamy" - toteż niestety kompletnie nie perspektywiczne, kiedy coś by się chciało więcej. Wygrywają one oczywiście w sensie emocjonalnej treści, szczególnie gdy refreny chwytliwe zaczynają za każdym razem podług filozofii powtarzalnie schematycznej budowy numeru przejmować kontrolę nad słuchacza stanem duchowym. Mówię tu rzecz jasna o uczuciach, jakie wywołują tak melodie, jak teksty o smutnych przypadkach miłosnych. :)

niedziela, 9 stycznia 2022

Sentenced - Crimson (2000)

 


Uwaga, będzie ciepło o kolejnym albumie fińskich melancholików. Uwaga, bo akurat kiedy Crimson wychodziło i jak się okazać miało kończyło tradycję albumów ograniczonych jednym słowem w tytule, to wówczas nie pałałem do niego sympatią większą niż tylko umiarkowaną. Wiadomo Amok to był strzał nokautujący, Down kapitalne otwarcie nowego rozdziału ze świeżym wokalistą, a Frozen ze względu na czas odkrycia - bardzo mocno osadzone w pamięci uderzenie zapoznające z muzyką ekipy z Oulu. Rozumiem więc, że łatwo Crimson nie miał, albowiem nie niósł ze sobą dodatkowych atrakcji podobnego charakteru. Ponadto sama nuta nie ulegała zmianom, a myślenie kompozytorów o strukturze utworów Sentenced przewartościowaniu. Album przeleciał trochę przez palce i nie został przeze mnie ani właściwie doceniony, ani też odpowiednio intensywnie przerobiony. Dlatego jak dzisiaj robię odsłuchy Crimson to momentami kopara mi opada ze zdziwienia, że to taki raz chwytliwy, dwa względnie oczywiście ciekawy album, a trzy - krążek tak kapitalnie korespondujący w triadzie Down-Frozen-Crimson. Być może to kwestia sugestii wynikającej ze znaczenia tytułów, ale jak słucham Down, to czuję sączącą się z niego rzewność, jak wchodzę w środowisko Frozen, to naturalnie jego zimna aura mnie przeszywa, a jak obecnie eksploruję Crimson, to przepływa przeze mnie ciepły prąd ekscytacji. Jestem wciąż nieodporny na melancholijny charakter środkowego okresu w twórczości Sentenced i jego melodyjny urok, który tak oryginalnie łączy prostotę ciężkiego riffu, z wyrazistym pulsem bębnienia oraz wokalistyką Ville Laihali podlaną klawiszową ornamentyką z tła. Ktoś może powiedzieć że to powtarzalne gotyckie rzępolenie kruczoczarnych melancholików i że takie miałkie i pozbawione ambicji kuszenie mrokiem młodych fanek. A ja powiem że niby tak i nie zarazem. Bo że smutne i depresyjne, a przez to młode duszyczki pociągające to tak, ale że też całkiem siarczyste riffowanie bez nadmiernej pozy szczerość przekazu zaburzającej. Oni są smutni i mogą pocieszyć, oczekując pocieszenia i co w tym złego? ;) Uczciwy układ i bardzo przyjemna, bo wciąż względnie oryginalnie brzmiąca muzyka.

czwartek, 22 lipca 2021

Sentenced - Amok (1995)

 


Amok po premierze nie wywołał może wśród fanów "pijanego" skandynawskiego death metalu dosłownego amoku, ale o tej płycie bardzo dużo się pisało i mówiło. Mimo iż w stosunku do względnie purystycznych w formie dwóch startowych krążków był albumem zaskakująco odważnie mieszającym stylistyki, to trudno odnaleźć opinie, iż szokująco dla ortodoksów nieakceptowalnym. Chociaż strasznie kręciły mnie nagrane po nim Down i Frozen, to jednak przez pryzmat dwóch kluczowych przyczyn jakimi osoba, a dokładnie głos Taneli Jarvy oraz genialne zszycie porywającym ściegiem death metalowych fundamentów z thrashowym ogniem, rock'n'rollowa dynamiką, tradycyjnie heavy metalowymi melodiami i solówkami, to właśnie Amok (po latach wahania) uważam za najlepsze w karierze dokonanie ekipy z Oulu. Nie deprecjonuje oczywiście tym samym wartości powyżej przywołanych, ale raz maniera w głosie Ville Laihali to nie ten zadzior co u Jarvy, dwa ucieczka w klawiszowe akcje i jeszcze większą chwytliwość kosztem agresji, to nie to co luzacki (może nawet imprezowy) sznyt krążka z 1995 roku. Tak jak cała reszta dyskografii Sentenced starzeje się przecież całkiem nieźle, ale chyba słabiej jednak od Amok. Myślę bowiem że jej ponad trendziarski charakter i autentyczny żywioł umacnia przekonanie, iż nic oprócz zespołowej potrzeby napisania albumu takiego jakiego "właśnie my potrzebujemy" (inaczej że powstać powinien materiał intuicyjny, a nie wykalkulowany) żadne inne ciśnienie ze strony fanów na zespół wpływu nie miało. Ponadto brzmienie wyraziste, mocne akcentowanie roli basu, bębny łomocące i riffy zadziorne, a przebojowe, to wraz z gardłowym niedźwiedzim rykiem (śpiewa, a ryczy :)) najfajniejsze w trójce. Może i byli wówczas nazywani deathowym Iron Maiden, ale ten przydomek pasował do nich myślę mniej zasłużenie, niż do In Flames na wysokości The Jester Race (1996). Tak jak w przypadku Szwedów melodyjne wiosłowanie było fundamentem ich ówczesnej atrakcyjności, tak za cholerę nie przyjmuję argumentu, że solówki na Amok stanowiły o jego charakterze. Amok to rock'n'rollowa swoboda i bezkompromisowość ożeniona ze świadomą żonglerką heavy-thrashowymi zagrywkami i doprawiona przekorną fińską deprechą. A nie jakąś odgrzewaną w puszce nad ogniskiem nową falą brytyjskiego heavy metalu - jak się zwykło uznawać. ;) 

P.S. Do kumatych retoryczne pytanie! Kto to kilka lat później z prędkością światła gitarowo galopował i skopiował motywy klawiszowe z Moon Magic, czyniąc je znakiem rozpoznawczym "swojego" stylu?  

wtorek, 23 lutego 2021

Sentenced - Down (1996)

 


Od wielkiego dzwonu wracam do towarzystwa Sentenced i to chyba mój błąd, gdyż zawsze miło skoczyć w przeszłość do lat młodości, kiedy z nieporównywalnym dzisiejszemu entuzjazmem odkrywałem kolejne nowe fascynujące formacje. Szczególnie przyjemne jest rzecz jasna, gdy odsłuch dawno nie odtwarzanego krążka oddziałuje głęboko na pamięć i sentymentem milusio karmi, jak jeszcze radośniej, gdy ten powrót do tytułów z przeszłości także i dzisiaj od strony czysto muzycznej potrafi chociaż przez chwilę na nowo porywać. Taki właśnie jest Down pod względem szczególnie ożenienia stylu zapoczątkowanego na Amok, z jeszcze większą melodyczną chwytliwością, która zawitała do muzyki "smutnych" mieszkańców północnej wraz ze zmianą na stanowisku wokalisty. Nie będę kręcił (pisze natychmiast wprost), iż uważam że Ville Laihiala ze swoją charakterystyczną wysiloną manierą nie godzien jest być stawiany na tym samym poziomie co Taneli Jarva. Dzieli gości sporo - od naturalności uzyskiwanego zachrypnięcia, po prezentację sceniczną, gdzie wszystko w zasadzie przemawia na korzyść wówczas już byłego frontmana. Ale... he he jest jedno ale - no no, przecież mrocznym młodym damom pewnie Ville był wtedy w stanie skuteczniej zmiękczać kolanka, więc może nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i Jarva ułożył sobie swoją karierę tak jak chciał, a nie dostosowywał się do może nie rewolucyjnych, ale znaczących zmian stylistyki Sentenced. Nie wiem co się obecnie z gościem dzieje, ale pamiętam że zapomnieć przez kilka ładnych lat o sobie nie pozwolił, a to co nagrał z The Black League na dwóch kończących karierę albumach do dzisiaj uznaję za nutę co najmniej intrygującą. Wracając jednak do sedna, to też Laihiala plamy na Down nie dał i nie twierdzę że zdarzyło mu się aby później zawiódł. Zwyczajnie do barwy jego wokalu należy się przyzwyczaić i nie rozgrzebywać mankamentów, a skupić się na jego walorach. Tym bardziej że Down jako zbiór kompozycji jest krążkiem wyśmienicie definiującym czym jest dobry bo dynamiczny melancholijno-depresyjny heavy metal w wykonaniu ekip z Finlandii. Mam tu oczywiście na myśli te metalowe ekipy, które korzystając z dobrodziejstwa melodyjnych fraz i formuły zwrotka refren nie przestały jednocześnie grać względnie ciężko czy nawet brutalnie. W moim przekonaniu Down to najwyższa forma w jakiej słuchacz Sentenced może zastać, a w mojej pamięci pozostają wryte pierwsze kontakty z albumem, kiedy kapitalne intro i każdy kolejny elektryzujący numer z mnóstwem świetnych riffów dostarczał patyczakowi przechodzącemu z wieku pacholęcego do dorosłego masę pobudzających wrażeń. Uważam więc że powinienem częściej puszczać sobie Down - chociażby po to by poczuć się młodszym. :)

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Sentenced - Frozen (1998)




Nie wszystkie względnie legendarne grupy powstałe na przełomie dziewiątej i dziesiątej dekady XX wieku, a rosnące w siłę i niestety z piedestału dość szybko spadające poznałem w momencie, gdy swoje najmocniejsze albumy wydawały. Przypadek Sentenced umieszczam właśnie pośród tych nazw, których krążki zagościły u mnie stosunkowo późno, a dokładnie w kontekście twórczości Finów już po wydaniu najbardziej reprezentatywnych płyt - takich jak Amok i Down. Albumów, które tyle samo różniło co łączyło - ale konkretem nawinę, gdy o nich będzie na blogu mowa. Teraz wjeżdża Frozen, czyli druga płyta nagrana z Ville Laihialą, a pierwsza sygnowana logiem Sentenced, jaka zagościła w moim kaseciaku w połowie lata 1998-ego roku. Sprężyna pozwalająca na zapoznanie się z muzyką Finów znajdowała się w jednym z wydań wszystkim metaluchom znanego periodyku wydawanego wówczas przez Mariusza Kmiołka. Tam Tomek Franczak pisał między innymi, że Frozen to fantastyczna lekcja jak grać gotycki heavy metal, stanowiąca doskonały materiał poglądowy jak powinien wyglądać ten gatunek AD 1998. To też siedząc wówczas w tego rodzaju graniu wciąż dość mocno, śledząc i poznając na bieżąco znane czy nowe formacje, nie potrafiłem przejść obojętnie obok tego rodzaju laurkowego tonu. No i świetnie że dałem się namówić i natychmiast po pierwszych odsłuchach (mimo, iż do specyficznego brzmienia łatwo nie było się przyzwyczaić) przekonać do romantycznie pijanego heavy gotyku made in Sentenced. Widząc już dzisiaj (w sumie to prawie od początku nowego millenium) jej pewne mankamenty, to nawet jeśli wracam do Frozen w towarzystwie Amok oraz Down, wespół z Crimson z rzadka, jest to powrót krótki ale wciąż w specyficzny sposób przyjemny. Mają bowiem te numery klimat który wciąga i są nasycone kapitalną chwytliwością z typowym dla mieszkańców śnieżnej północy melodyjnym charakterem. Co by nie pisać o przebojowości tych dwunastu zimnych numerów oraz tematyce liryków, które z uśmiechem na ryju nie mają nic wspólnego, to dzięki ich własnie depresyjno-samobójczej aurze, po pierwsze paradoksalna równowaga zostaje wprowadzona pomiędzy słowa i dźwięki, a po drugie smutek tych melodyjnych fraz idealnie koresponduje z depresyjnymi osobowościami młodych fanów heavy gotyckiego zawodzenia. Tutaj właśnie dostrzegam nie tylko wówczas, ale też (co mnie zaskakuje) i obecnie powody sukcesu Frozen - oczywiście w moim maksymalnie subiektywnym odczuciu. ;)

Drukuj