W archiwizacji Rebel Extravaganza podeprę się tym co podsłuchałem niedawno i tym co niegdyś doczytałem, idąc w pewnym sensie na łatwiznę i parafrazując opinie z jakimi się zgadzam, bo co miałbym się nie zgadzać, że to materiał przeKOZAK. Poprzedzony raz eksperymentalnym mini Megiddo i mini zajawką, czymś w rodzaju pilota przed długograjem, w postaci Intermezzo II. Nie oglądał się wówczas Satyricon na panujące mody, nie przejmował się ryzykiem odrzucenia nowej formuły po sprawdzonej w bojach i odnoszącej komercyjny sukces Nemesis Divina, bowiem to co intencyjnie tworzyli miało nader wszystko być ekstremalne i szokujące, aby nie wywoływać (to deklaracje i stan rzeczywisty) znużenia. Stąd zmiana image'u, odmienna od poprzedniej produkcja, odcięcie się od pustych, niespójnych często klawiszy, z impetem wbijając w konwencję brudu, tworząc krążek z niestandardowymi aranżacjami. Siarczysty i pierwotny, lecz korzystający z nowych środków wyrazu, z tekstami pełnymi metafor - przekazu do słuchacza w formie lekcji czy innego dopieszczonego ekspresją wykładu. Wówczas w roku 99, w prasie branżowej którą archiwalną mam teraz przed oczami, zebrał komplementy, szczególne od dystrybutora wytwórni, gdzie prócz przekonania o wyjątkowości muzycznej i detalicznie perkusyjnej (kosmiczne tempa i dla równowagi groove - wytrzymałościowe granie, gdzie prędkość nie jest celem samym w sobie, a jedynie istotnym narzędziem), podkreślono zarazem całościowo koncept staranny, z uwzględnieniem formy okładki - bezpośredniej, surowej i tytułu sugestywnego. Rozumiem stronniczość, a tym bardziej rozumiem, kiedy ona pod rękę dzisiaj zasuwa z poddaną weryfikacji czasu oceną Rebel Extravaganza. Dzikiej, a zarazem erudycyjnej muzyki, stworzonej przez mizantropów dla maniaków zimnej, nihilistycznej ale i przebojowej w swej ekstremalnej formule estetyki. Wyszli z lasu, podążyli ku miastu, tworząc przełomową płytę dla gatunku, a dla mnie obierając kierunek, jaki w kolejnych trzech krokach pozwolił nagrać to, co mnie w ich dyskografii najintensywniej wciągając, diabelskim black'n'rollem otumania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Satyricon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Satyricon. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 23 lipca 2026
niedziela, 13 grudnia 2020
Satyricon - Volcano (2002)
Wieli szum wokół Volcano był wywołany, mnóstwo dziennikarzy na premierę albumu przez wydawcę zostało zaproszonych i w każdym szanującym się magazynie około metalowym obszerny raport z tego wydarzenia musiał się odnaleźć. Wydarzenie może nie bez precedensu w światku metalowym, bo kontrakty z majorsem już wcześniej bez większego powodzenia formacje metalowe podpisywały, ale nie było do tej pory pośród nich grupy, która tak wysokim statusem w undergroundzie by się cieszyła i poza tym, która nie reprezentowała stylistyki tak dalekiej od mainstreamowej. Jak się zakończył ten eksperyment na żywej tkance zespoły Satyra i Frosta, to już każdy komu dźwięki przez nich tworzone nieobce wie, ale przecież nie zawsze, a wręcz rzadko album tak kontrowersyjny estetycznie i dla gatunku przełamujący bariery, z miejsca otrzymuje zgodną z jego rzeczywistą wartością ocenę i trafia na listę najlepszych studyjnych odsłon tegoż. Chcę zasygnalizować przez to, iż będąc nic nieznaczącym elementem zbioru fanów Satyricon, którzy prymitywnych wyziewów z początku kariery, czy tych epicko rozbuchanych z drugiego etapu, a nawet tych mega rebeliancko-ekstrawaganckich nie poważają nader mocno, a swoją właściwą przygodę z Satyricon rozpoczynali świadomie wielką przyjaźnią z Now, Diablical, zainicjowaną wcześniej przez bardzo dobry kontakt właśnie z Volcano, czuję wielką satysfakcję, iż prawie od początku poznałem się na jej jakości - wręcz przeciwnie do fanów radykalizujących postawy i opinie. Nie widzę problemu, by nazywać mnie nawet szalikowcem ugładzonego oblicza Satyricon, choć trudno nie zgadzać się z twierdzeniem, że Satyricon black'rollowy, to Satyricon równie bezkompromisowy, ale jak już ktoś chce tak prosto klasyfikować jego oblicza, to co ja tu będę protestował - niech ma! W moim osobistym przekonaniu brudny rock'n'roll w kompozycjach duetu z Oslo był nie tylko naturalnym ewolucyjnym krokiem, ale celnym trafieniem pozwalającym na nazbyt wtedy umodelowanej scenie black metalowej się odróżnić. Ten krok pozwolił w dalszej perspektywie pozostać Norwegom wciąż w grze o najwyższą stawkę, ale mimo iż poniekąd ograniczył im kreacyjne kierunki to (co uznaję za najistotniejsze), nie pozwolił grzęznąć w megalomanii awangardy totalnej. Pozorny krok w tył, w znaczeniu uproszczenia struktur kompozycji, okazał się wielkim, bo odważnym krokiem w przód, który w odróżnieniu od wielu innych możliwych nie przyniósł zagubienia w świecie aranżacji formatowanych pod sukces komercyjny, a wręcz przeciwnie, utrzymał artystyczną jakość, bez kosztów powiązanych z pójściem na taką iluzoryczną łatwiznę. Volcano wówczas był twardym orzechem do zgryzienia, dziś myślę iż doczekał się należnego mu szacunku i miejsca pośród najważniejszych dokonań sceny ekstremalnej. Niech mi ktoś powie, kto nie macha bańką przy mega motorycznych Fuel for Hatred, Possessed, czy nie pozwala się zahipnotyzować tym bardziej rozbudowanym kompozycjom z Volcano? Może ty ortodoksie nie, ja natomiast pomachuję! :)
piątek, 6 października 2017
Satyricon - Deep Calleth Upon Deep (2017)
Poprzedni album Satyra i Frosta poprzez dosadną i opartą na minimalizmie recenzje jednego z kumpli kojarzy mi się do dzisiaj z cierpieniem -
cierpieniem związanym z jego odsłuchem. Zatem obawy były we mnie duże, że ten
kolejny krążek Norwegów pójdzie tą samą ścieżką, zważywszy na fakt, iż krytyczne
opinie o poprzednim, to były jednak wyjątki, może nie w oceanie ale jednak sporym
jeziorze satysfakcji. Nie bez znaczenia oczywiście był także fakt choroby Satyra i
związanej z nią niepewności o jutro. Jak jednak bywa gdy śmierć zagląda w oczy
artystom nietuzinkowym i zanim skosi jednym cięciem życie ostatecznie to
pozwoli jeszcze testament, rodzaj podsumowania spisać. Nie chcę krakać, życzę Satyrowi
jeszcze wielu lat w służbie mrocznej sztuki i sobie kolejnych jej intrygujących
efektów, ale trzeba stąpać mocno po ziemi w kwestii rokowań w walce z nowotworem. W moim
przekonaniu Deep Calleth Upon Deep, to pomost rozpostarty pomiędzy lodowatym i zajadłym brzmieniem albumów z lat 90-tych i piekielnym rock'n'rollem z Now, Diablical - z jednak nie do końca aż tak
przewidywalnym kręceniem gałkami przez realizatora. Sound wydaje się tutaj jednym z kluczy, bądź wytrychów do przyswojenia, potem zrozumienia albumu i docenienia jego wartości przez pryzmat okoliczności i spojrzenia w mam nadzieję jeszcze wciąż niezamkniętą przyszłość. Pod
tym skupionym na detalach brzmieniem, jego surowym ale nie bezpośrednim urokiem skrywa się osiem świetnie zaaranżowanych kompozycji - w tempie marszowym przemierzających tereny które dotychczas Satyricon podbijał. To taka monumentalna podróż w której jak w zwierciadle odbijają się w różnych nachodzących na siebie konfiguracjach inspiracje z tych najciekawszych w mojej ocenie etapów funkcjonowania grupy. Mnie się ten miszmasz
podoba, bo to akurat w tym tyglu wymieszane wszystko to za co cenię Satyricon.
Dodatkowo dla pikanterii i aby wyłącznie przekrojowo nie było tutaj całkiem zgrabnie i intrygująco zaaranżowany saksofon w Dissonant zagościł i nawet te chóralne zawodzenia, ku przyozdobieniu w tle, w
cholernie melodyjnym The Ghost of Rome nie zakłócają dobrego wrażenia. Tego krążka zwyczajnie bardzo dobrze słucha się jako całości, nie męczy zbytnią agresywnością ale i nie doprowadza do odruchów towarzyszących znużeniu. Jest w nim odpowiednia równowaga, powściągliwość, bez pretensjonalnego ekscentryzmu i pisze to pomimo, iż wiem, bo
staram się zawsze doczytać w miarę możliwości co sami muzycy o swoim dziele
mówią i jakie okoliczności kontekstem zwane towarzyszą takim a nie innym
wyborom ścieżki którą podążają - że akurat Sigurd Wongraven zwany Satyrem buńczucznie w zapowiedziach o Deep nawijał. On tam tak po prawdzie z dużym przekonaniem dnia dzisiejszego ale i pokorą wobec przyszłości mówił, że Deep Calleth Upon Deep to rodzaj stylistycznej wolty, a ja jakbym wymyślnie szyi nie wykręcał w zadziwieniu, na rany Chrystusa nie
potrafię jej tutaj w dźwiękach zlokalizować. Bez względu jednak na znamienną i usprawiedliwioną obecnie mentalność Satyra i jego przekonanie, jak powyżej donoszę dla mnie niezrozumiałe, uważam
płytę za kawał zaskakująco wyważonego, nieco nawiedzonego, innym razem w charakterystyczny rock'n'rollowy sposób rozbujanego, zawsze jednak
nietuzinkowego black metalu, którego nawiasem mówiąc nie słucham na co dzień, bo jedynie z
dystansu współczesne kierunki w tej stylistyce obserwuje i do teorii się ograniczam. Może i Satyricon dzisiaj nie wytycza
nowych dróg, absolutnie siłą napędową gatunku nie może być nazywany, ale jako w
miarę bezpieczna przystań z czarną sztuką (w której płomień jednak nie przygasa) przez takiego gatunkowego recenzenta "zza kurtyny" jak ja jest uznawany. Cenię i szanuję, chociaż na półkę z wizjonerami, gdybym ją jeszcze posiadał, bym już nie postawił.
wtorek, 23 maja 2017
Satyricon - The Age of Nero (2008)
Wieści z obozu Satyricon dochodzą, iż duet wspomagany sesyjnymi muzykami nad nowym albumem intensywnie pracuje, a ja usłyszawszy te bardzo dobre wieści liczę skrycie, że porzucą irytujące żympolenie z ostatniej studyjnej produkcji na rzecz bardziej zwięzłej formuły po linii Now, Diabolical czy właśnie The Age of Nero. Akurat jestem tym sympatykiem twórczości grupy, który po wyznaczeniu przez nią kursu na black'n'rollową stylistykę nie przeklął Satyra i Frosta. Zdaję sobie sprawę, iż dla ortodoksyjnych admiratorów czarnego kultu, tych wszystkich zradykalizowanych mrocznych purystów kierunek obrany na powyższych albumach był rozczarowaniem. W moich oczach jednak ekipa Satyra tą zmianą okazała nie tylko odwagę, ryzykując utratę pierwotnych maniaków, ale w znacznym stopniu udowodniła dojrzałość muzyczną, wprowadziła w czyn postawę róbmy swoje i przyjęła przy okazji pod krucze skrzydła nowych entuzjastów, dając jednocześnie do zrozumienia, że w miejscu nie zamierza kisnąć przy zblazowanym aplauzie regresywnych blackowych old schoolowców. Tyle że jak Now, Diabolical był przykładem poszukiwania na bazie tradycji świeżej formuły, bez uciekania w ciężkostrawne eksperymenty, tak wydana w dwa lata później The Age of Nero, to już tylko konsekwentne rozwijanie zdefiniowanej formuły. Nie mam jednak pretensji, gdyż ten kierunek na doom-stonerowy ciężar bardzo mi odpowiada, szczególnie że tak do końca kompozycje wyrastające wciąż z klasyki gatunku nadal intrygują, a ciężarny szlif dodaje im tylko pożądanego w brzmieniu dołu. Gęste, zawiesiste riffy, miarowa i hipnotyzująca praca sekcji z licznymi smaczkami, nieco cierpiętniczych quasi melodii w zatopionych w dusznej atmosferze oraz brudne, masywne brzmienie. Niby niewiele, zestaw ograniczony, a jednak zastosowanie odpowiednich proporcji pomiędzy środkami i rozsądna oszczędność możliwości powoduje, iż zamiast rozstrajającej nerwy przekombinowanej kaskady motywów wszelakich powstał w miarę chwytliwy, absolutnie nie miałki zestaw czarcich przebojów.
P.S. W ramach wyjaśnienia, względnie usprawiedliwienia! Żadnym fanem jakiejkolwiek odmiany black metalu nie mam odwagi siebie nazwać i chociaż magazyny muzyczne w których natłok wywiadów z nową falą szczególnie z naszego rodzimego grajdołka z nieukrywaną satysfakcją czytam, to już same dźwięki tworzone przez przedstawicieli tej oryginalnie sceny nie trafiają do mnie na tyle intensywnie, by wątła znajomość była podstawą zbudowania kompetentnej opinii. Satyricon z Now, Diabolical i The Age of Nero, to dla mnie wszystko, co w temacie dźwiękowej smoły od czasu do czasu konsekwentnie przerabiam i nie widzę szans by cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić. Traktuję zatem swoją przygodę z gatunkiem z ogromnym dystansem i absolutnie nie aspiruję do roli wyroczni. Mam swoje zdanie, nie obawiam się go prezentować, a do zakapturzonych koneserów ponurej stylistyki apeluję o powstrzymanie ambicji pouczania i plucia jadem w sarkastycznym tonie. Wiem, że traktujecie tą sztukę poważnie, macie wiedzę i cięty język, ale nie potrzeba mi tutaj tego udowadniać.
sobota, 21 września 2013
Satyricon - Satyricon (2013)
Satyricon powrócił do lasu, jednako nie aby jednocząc się z groźną przyrodą do walki szykować, lecz by na emeryturze w komfortowej leśniczówce na wygodnym fotelu usiąść - dym z fajki puścić, opowiadając legendy opiewające własne z przeszłości dokonania. Pozwoliłem sobie tuż po dziewiczym przesłuchaniu krążka stwierdzić - w podnieceniu jeszcze i już niespełnieniu, iż w przekonaniu moim kategoria rozczarowanie roku 2013 ma już swojego triumfatora. Zakładając oczywiście, iż być może zdanie zmienię po kilkunastokrotnym odsłuchu tego materiału. Nic, lub może niewiele w tej materii uległo zmianie, zatem zapowiadaną gorycz i żal zmuszony jestem wylać! Odszedł brudny black'n'roll, a w miejsce jego wbity został siermiężny leśny doom. I nawet detalicznie postrzegając krążek, zauważając taki przebojowy Nekrohaven, odrobinę na dissectionowską lub bardziej ultra melodyjnego deathu modłę, finalnie po osłuchaniu więdnie on pod naporem mdłej melodyki. Niezły Ageless Northern Spirit, Walker Upon the Wind czy Our World, It Rumbles Tonight odpowiednio z odrobiną ognia i nawet thrashowej motoryki. Wszelako jak na taką firmę to zbyt rzadkie przyzwoite przebłyski, takie co jawią się jako kopniaki, które zanim zostają wyprowadzone przeciwnik już uśpiony skutecznie. Jak go nawet już cios dosięgnie to Satyricon pytanie zamulone zadaje, czy byleby nie za mocno? A tak! Bolało, to przytulimy i do snu ukołyszemy dalej! Z szacunku milczę nad zwłokami Phoenix czy katarynkowego Natt, który z pewnością sponsorowała Lacrimosa. :) Nie dziwię się bogatszy w wiedzę na temat obecnej studyjnej formy ekipy Satyra, że tak ociągali się z wydaniem nowego produktu. Wyraźnie syndrom zagubienia i zadyszka inspiracją dla zawartości tego zakalca, zapowiadanego buńczucznie jako istota ich stylu. Brak powietrza, przestrzeni, nudne melodeklamacje i wszechobecne plumkanie wraz z eunuszymi chórami i brakiem konkretnej decyzji jaki kierunek obrać. Chcieliby być surowi ale i nieco melodyjni i co gorsza przyjaźni laikom. Aż mnie jaja zaczynają boleć od tego ich rozkroku. Jak trafnie i treściwie jeden z kumpli moich, równie intensywnie jak ja, pierdolnięty muzycznym zajobem zechciał zauważyć - "już dawno nie słyszałem tyle żympolenia". A pewny jestem, że co najmniej kilkadziesiąt razy musiał się zmusić do kontaktu z tym żympoleniem, gdyż nie ma w zwyczaju pochopnie opinii wypowiadać. Łącząc się zatem w bólu i żalu z nim oraz pewnie jeszcze wieloma fanami Satyra i Frosta mam jeszcze nadzieję, że incydentalny to spadek formy Norwegów.
P.S. Jakby tak pomajstrować przy tym krążku, może i jakie solidne mini by się z niego wykroiło - z bezradności już takich chwytów się łapię.
czwartek, 6 czerwca 2013
Satyricon - Now, Diabolical (2006)
Jakiż w owym czasie album ten
zrobił mi remanent postrzegania Satyricon – dokładnie rzecz biorąc ekipa z
ojczyzny fiordów po zrzuceniu napompowanego imageu z lat 90 tych, a później
zbyt wyuzdanie przeintelektualizowanego z Rebel Extravaganza i Volcano
wkroczyła na tereny gdzie ich markowy styl spotkał się z brudną, surową jednako
podszytą niemal rockowym feelingiem estetyką. Przyznaję, lata 90 te, a dokładnie okres po pomnikowym Enthrone Darkness
Triumphant, gwiazd dzisiejszych teatralno-symfonicznego podniecenia, to także
dla mnie szczeniackie uniesienia przy wszelkiego rodzaju pseudo
symfoniczno-blackowo-gotyckich nadmuchanych patosem zawodzeniach babskich i
szczekliwych charkoto-skrzekach blado trupich wojowników. Człowiek jednak w
miejscu nie stoi - wrażenie przynajmniej takie odnoszę i z perspektywy
czasu z zażenowaniem częstokroć spogląda na młodzieńcze fascynacje czy
przelotne mody, którym jego wątła, nieokrzepła psychika ulegała. Paradoksem w
kontekście powyższych wniosków wydaje się, iż dzisiaj z ogromnym sentymentem,
szacunkiem i całkowitym brakiem wstydu przyznaję się do ciągłych fascynacji
większością rockowych wykonawców co na początku lat 90 tych, kiedy to ta
kiczowata symfonia jeszcze swego ryja modnym od
patosu mdławym anturażem umazana nie gwizdnęła mi na chwilę wrodzonego poczucia
smaku, na moim stereo klocku kaseciaku harcowali. Do rzeczy jednak! O „Now,
Diabolical” być miało! Wracam zatem do sedna chociaż ckliwe, goryczą niejako
przesiąknięte powyżej zamieszczone wywody w kontekście Satyricon na miejscu są
jak najbardziej. Mianowicie tak sobie kombinuje, że styl jaki został osiągnięty
przez Satyra i Frosta na opisywanym krążku w sposób modelowy pogodził dwa
światy końca ubiegłego wieku w których zdało mi się muzycznie funkcjonować. Ten
o tradycyjnie rockowo-metalowym szkielecie, gdzie królował subtelny
instrumentalny minimalizm wraz z niezaprzeczalną wysmakowaną przebojowością i
ten gdzie liczył się przede wszystkim wizerunek, a muzyka będąca jego
dopełnieniem zawierała w sobie pierwiastek diabelsko-mizantropijny. Now,
Diabolical zawiera zatem w sobie atmosferę gdzie pomimo pewnej zadumy, czy
patosu odrobiny wyczuwalny jest sznyt przez rogatego wycięty, a całościowa aura
brudem i surowością sprawiająca wrażenie niechlujnego podejścia do realizacji, jest przesiąknięta. Charakterystyczne nietuzinkowe, pasji pełne perkusyjne
bicia Frosta ukryte pod zdecydowanie bardziej przystępnymi, przebojowymi wręcz
strukturami kompozycji pretendują w przekonaniu moim do jednych z najbardziej
wysmakowanych, a gitarowe markowe odjazdy wwiercają się w świadomość niemal
podszyte pewną industrialno podobną estetyką. Całość wrażenie robi niezwykle wysokiej
jakości, łącząc w sobie przystępną znacząco w porównaniu do zbyt skomplikowanego
okresu z twórczości formacji strukturą kompozycji z głęboko wręcz ukrytą
finezyjnie, nerwowo pulsującą dynamiką. Być może dla ortodoksyjnie
pochłoniętego dorobkiem Satyra i Frosta fana wywody moje stekiem bzdur
oddanego ostatnio znacząco mniej ekstremalnym wyziewom laika się wydadzą,
jednak trudno bym przelewając na klawiaturę mocno już okrzepłe własne odczucia
sugestiami, poglądami czy niemal fanatyzmem tych (bez urazy) często
regresywnych leśnych troli się kierował. Dla mnie odwagi jedynie należy twórcom
„Now, Diabolical” gratulować, że taki krok podjęli z kajdan typowo blackowych
oczekiwań albumem tym się wyzwalając!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



