Odnoszę wrażenie, że być może zaledwie miesiąc temu nazbyt szorstko obszedłem się z Judas Christ, zwłaszcza gdy odbieram Pray i wymieniony jako krążki strukturalnie zbieżne, a może wrażenie to osadza się na jednym, niewystarczająco optymistycznym czynniku, którym kapitalny otwieracz w postaci Cain. Podobne numery przecież Judas Christ zawierał i nie były to żadne nad wyraz kreatywne kawałki, a raczej dość proste, obleczone niczym szczególnym, ale jednak genialnie wpadające w uch kompozycje. Cain posiada nakręcany flow, niezawiły czar bezpretensjonalności, a zarazem kilka smaczków oraz świetne ostre solo, zamknięte wybrzmiewaniem owego wiosła. To co dalej płynie także niczym niesztampowym w ogólności nie zaskakuje i jest nie ukrywam, powielaniem pomysłów artystycznych z poprzedniego albumu i trudno uciec przed przekonaniem, że słucham jakby dwóch części tego samego rozdziału w karierze Tiamat, co jest wyjątkowe, bowiem raczej takiego bliźniaczego odczuwania wydawnictw do pojawienia się opisywanego tandemu nie odczuwałem. Miarowe granie, z tempem raz marszowym, dwa bujanym niezbyt intensywnie oraz nabijanym w klasycznym rockowym stylu, gdzie oczywiste podobieństwa do tuzów gotyckiego ejtisowego rocka. Jeśli miałbym się doszukiwać różnic w bezdyskusyjnym podobieństwie, to gitary rzężą w co niektórych fragmentach bardziej surowo, w Divided może rozanielić kobieca wokaliza i w drugiej fazie progresywnie naznaczany syntezatorowy pejzaż - podobnie w numerze kolejnym (Carry Your Cross and I'll Carry Mine). Niestety zdaje się dalej płyta siadać, bądź próby urozmaicania niewystarczające, powtarzalność charakterystycznych motywów i niezbyt wyszukana rytmika na mnie działa usypiająco, co przekłada się na poziom koncentracji, uciekanie myślami na tereny niedokończonych obowiązków domowych lub łypanie okiem na jakieś inne zajęcia do których mógłbym zwiać. Bez względu na fakt, że ten klimat może całkiem sprawnie zahipnotyzować o zmroku - a ja lubię.
piątek, 21 lutego 2025
środa, 29 stycznia 2025
Tiamat - Judas Christ (2002)
Percepcja w sprawie jest taka, zachwiana perspektywą minionego od premiery czasu, że tak jak w momencie premiery Judas Christ ceniłem wyżej niż Skeleton Skeletron, tak dzisiaj uważam obydwa albumy za odmienne, a zarazem trzymające podobny poziom, który absolutnie równać się ich bezpośredniej poprzedniczce nie może. Skeleton dodatkowo przegrywa od strony wizualnej, bowiem plastycznie Judas znacznie bardziej od zawsze do mnie przemawiało, a jednocześnie obydwa także nie mają startu do obrazu zdobiącego A Deeper Kind of Slumber, więc mógłbym rzec, iż poziom w sensie stosunku jest stały i nic nawet po latach mnie nie zaskakuje. Jednako pamiętam że Judas wałkowałem obficie i Skleleton szybko odrzuciłem, a po wybitnym Wildhoney, to ja również wspaniałej dzisiaj piątki nie doceniłem właściwie, więc na trzy płyty po wydaniu kultowego albumu z takimi arcydziełami jak Gaia, żaden jemu się wówczas w moim przekonaniu równać nie mógł. Porzucając jednak wyliczanki i przechodząc do właściwej zawartości poddawanego właśnie refleksji krążka, to ja uważam że może podobna mi się mniej niż kiedyś, ale jednak nie mam problemu aby do niego powrócić i mogę nieśmiało wyliczyć, że będąc znacząco łatwiejszy w kontakcie (mówię o pierwotnym, niskim punkcie wejścia), to wszystkie te numery nawiązujące bardzo lajtowo (ktoś mógłby uznać iż tanecznie) do stylistyki The Cult, The Sisters of Mercy czy Fields of the Nephilim nie są same w sobie złe, tylko po prostu zbyt bezpośrednie - że bieda, że nic się nie dzieje. Dodać im mogę może po punkciku wtedy gdy zawierają w sobie orientalną ornamentykę, która de facto przewija się w śladowych ilościach nie tylko przez kawałki dynamiczne, ale jest jeszcze bardziej istotną domeną wszystkich kompozycji o marszowo-balladowym charakterze. One też z początku za sprawą myślę wrażenia wywołanego i pozostawionego po wybrzmieniu przez The Return of the Son of Nothing, kontynuowanego przez So Much for Suicide oraz podtrzymanego w dalszej części przez Fireflower i najbardziej bliźniaczej kompozycji otwierającej Love Is as Good as Soma rzucają ten powłóczysty cień na całość, która jest zbudowana z klimatycznie podobnie zorientowanych, ale jednak pod względem dynamiki odmiennych bloków. Co jednak najbardziej symptomatyczne, to fakt niepodważalny iż Judas Christ potrafi przysmęcić, bowiem jest straszliwie jednak przewidywalny i powtarzalny, a jedyne co go naprawdę ratuje to część umówmy się środkowa i Summer by Night, który jest tylko rodzajem dźwiękowej inscenizacji bez wokalu w sensie tradycyjnego śpiewu, a z wokalem w sensie eksperymentalnych popiskiwań wydawanych bodajże przez saksofon - tworzących niesamowitą, bardzo magiczną atmosferę. Gdyby tylko więcej żaru i otwartości na nieobliczalność, których nawet w mocniejszych akcentach brakuje - jakby Edlund uparł się że on już nic do powiedzenia interesującego mieć nie chce.
P.S. Odnośnie uwagi z ostatniego zdania - chyba podobnie zrobili ostatnio "metalowcy" z Tribulation!
niedziela, 3 grudnia 2023
Tiamat - Skeleton Skeletron (1999)
Obiektywnie mniej, ale subiektywnie sporo czasu od premiery Skeleton Skeletron minęło, a ja przyznam że wciąż nie mam o szóstym studyjnym albumie Tiamatu jednoznacznego zdania. Czepia się wpierw duszy fajnie bujającym Church of Tiamat i zaraz uderza klasycznym dla czasów rockowo gotyckiej prosperity na mainstreamowych scenach, konkretnie jakby napisanym przez Andrew Eldritcha Brighter Than The Sun, by później żadnym z numerów nie wzbudzić podobnie rozkręconych emocji - no może oprócz poniekąd jeszcze For Her Pleasure i Sympathy for the Devil. Nie mówię tu o sytuacji, że Skeleton Skeletron nudzi po całości, ale odrobinę niestety przynudza, a ja na potrzebę zarchiwizowania sobie o nim zdania na bloga stronach zajrzałem do jednego z wywiadów z tamtego okresu i tak sobie pomyślałem też, że skoro ja mam o nim niewiele do powiedzenia, to niech Johan nawija, a ja sobie kilka z istotniejszych jego wypowiedzi tu sparafrazuję, bądź wprost je fragmentami zacytować pozwolę. Szóstka mimo że nie wywraca stylu i jak każdy krążek Tiamat posiada depresyjny i mroczny charakter (bowiem tak siebie widział jego lider), to jednak skręca w nieco inną przecznicę niż rozmarzony i psychodeliczny A Deeper Kind of Slumber i jest skonstruowany nie tylko z klimatów kołyszących, ale osadzony na klasycznych fundamentach, gdzie inspiracje płyną z kierunku The Sisters of Mercy i Depeche Mode, więc nie mogę się teraz oprzeć pokusie, by nie w stu procentach poważnie zauważyć, iż Tiamat już w roku 1999 zapoczątkował trend na syntezatorowe ejtisy, których renesans widoczny w całej krasie od lat kilku. Teksty tutaj traktują o "mrocznych sprawach - złych myślach, przemocy, perwersjach seksualnych i innych diabelskich sprawkach", a ten wyłuszczony powyżej cover The Rolling Stones, gładko w program płyty wtłoczony, zagrany został ze względu bardziej właśnie na treść, niż muzykę, bowiem jak gadał Johan "Diabeł to najlepszy symbol tego czego oczekuję od życia. Chcę się dobrze bawić, chcę być zaspokojony... a diabeł doskonale reprezentuje to wszystko, co w życiu najprzyjemniejsze...". Dodam że Tiamat na scenie zawsze byli oryginalni i kontrowersyjni, a za sprawą "odlotu" Johana od kilku lat ostatnich są już po prostu dziwaczni, bo jednak piętno lider na tkance zespołu zawsze największe odciska.
środa, 25 listopada 2020
Tiamat - A Deeper Kind of Slumber (1997)
niedziela, 9 lutego 2020
Tiamat - Clouds (1992)
P.S. Jak się okazało, to Clouds było tylko krótkim etapem w drodze - może wyłącznie przystankiem na złapanie oddechu, w długiej i nie w pełni spełnionej podróży w głąb gotyku o progresywnych inklinacjach. Ale to już zupełnie inna historia, która przywołana zapewne zostanie przy okazji powrotu do albumów mniej jednoznacznie ocenianych.





