Moje zdanie będzie radykalnie jednoznaczne i bezwzględnie subiektywnie, przynajmniej w moim mniemaniu niepodważalne, a sprowadzi się do twardego przekonania, że spośród tego co do tej pory widziałem i zawsze uznawałem za najwyższej jakości kino, a było sygnowane nazwiskiem Michela Franco, to Dreams po odbytym seansie urosło z miejsca tej stawki liderem. Uważam tak, gdyż na ekranie samo gęste i sterylne zarazem - konsekwentne na granicy przesady, wręcz niemożliwie skupione narracyjnie, skompresowane ogólnie i w każdym aspekcie technicznej sztuki filmowej (jaka centralizując się na dizajnerskim detalu formalnym, nie traci nic na wartości czysto artystycznej), docierając do poziomu nieoczywistego demaskatorskiego majstersztyku merytorycznego. Kamera stabilnie stateczna i precyzyjna ale i ciekawa bardzo niuansów. Plany szerokie, kapitalnie wykadrowane, a aktorstwo znakomicie interpretujące intencje reżysera (zawodowa Jessica zimna i magnetyczna, debiutujący Isaac autentyczny i ekspresyjny - odkrycie), jak i fenomenalnie wtopione w scenografię - zero wizualnej nudy, wszystko pod względem zamierzonej formuły artystycznej i technicznie (podkreślam) w punkt. Realizacja cierpliwa i skrupulatna, scenariusz bez zbędnych, rozpraszających marginesów, jednocześnie przenikliwy i konteksty szerokie społeczno-polityczne bez problemu do głównego wątku wplatający. Gigantyczna tutaj, aczkolwiek nieofensywna analityczna wartość tego co między wierszami, bo dialogi do minimum ograniczone, przekaz dla osób rozumiejących społeczno-polityczne uwarunkowania natomiast rozbudowany, a także co szczerze w kinie kocham, do maksimum grają tu gesty, mimika i atmosfera niepokojącego pulsu podskórnego. Świetne, choreograficznie dopieszczone i wystylizowane sceny seksu i kontrowersyjnie doprowadzone do sztuki sceny przemocy, wyglądające niczym quasi balet. Perwersyjne nie tylko werbalnie, nietypowe love story, inaczej rzecz wyjątkowa o relacji damsko-męskiej, od umownie uznając fascynacji do nienawistnej vendety, przez żarliwą namiętność, zwierzęcą żądzę, zaborczą zazdrość, przywłaszczenie w atmosferze kontrastowych nierówności społecznych do poziomu egoistycznego posiadania. W kolejnych krokach fascynująca na kilku poziomach interpretacyjnych, do finałowego wstrząsającego anty happy endu, prawdziwa kinowa uczta.
poniedziałek, 19 stycznia 2026
wtorek, 11 czerwca 2024
Memory / Pamięć (2023) - Michel Franco
Romans to tak bardzo nietypowy, jak dotychczasowe filmy reżysera, specjalisty od trafiających zawsze w sedno wniosków w mocnych tematach jakie podejmuje. Z doskonałą obsadą, nazwisk aktorskich dwóch obiektywnie myślę wybornych, bowiem o Chastain i Sarsgaardzie trudno nie mówić w kontekście ról zawsze pozostawiających na długo wysokiej jakości warsztatowo-emocjonalne wrażenie. Problematyka tutaj potwornie trudna, niejednoznaczna do interpretacji w takich okolicznościach i konfiguracji - nie przybliżę jej jednak dosłownie, pozostawię ją do odkrycia w trakcie seansu, tym którzy dotąd jeszcze niezorientowani, gdyż albo nie śledzący kariery reżyserskiej Michela Franco, tudzież dlatego, iż prozaicznie nie sprawdzili jeszcze "co i jak o czym" w przykładowo filmwebowych streszczeniach. Ogólnie tylko napiszę, iż rodzinna koszmarna tajemnica, bądź wymysł chorej wyobraźni. Trauma implikująca kolejne zaburzenia, pamięć zabierająca szansę na zbudowanie zdrowej relacji bez oporów i przeniesień. Pamięć vs. niepamięć - obie rodzajem przekleństwa i pytanie czy lepiej żyć z pamięci ciągłym echem w świadomości, czy może jej zaburzenia antidotum dla względnej normalności, a może... właśnie - wszystko zależy od kontekstu i tego co w jej najczęściej mrocznych zakamarkach się czai. Nie dam do zrozumienie, iż od samego początku najnowszy film Franco wciąga czy wręcz hipnotyzuje, lecz z pewnością kiedy może w pierwszych fragmentach niewiele z rozrzuconych mimowolnie klocków można wywnioskować, to już w pierwszym momencie gdy one w konstrukcję przemyślaną i głęboką merytorycznie zaczynają się składać, wówczas całe spektrum komplementów dla pracy ekipy pod kierownictwem Franco się nasuwa i trudno jako miłośnikowi kinowych dramatów bardzo autorskich nie uznać, że ma się do czynienia z czymś naprawdę analitycznie i poruszająco wyjątkowym. Szczególnie gdy całe to psychologiczne dobro zamyka kapitalnie zaaranżowane zakończenie, w skromnej formule i otwartej do dyskusji formie, a przez niemalże cały czas historii towarzyszy A Whiter Shade of Pale Procol Harum - a że ten numer potrafi zawsze zrobić przeszywające tło, to każdy kto zna, nie będzie miał wątpliwości.
P.S. Dodam bowiem nieomal zapomniałbym, a nie powinienem zapomnieć dopisać, gdyż to też coś co po seansie pozostaje. Mianowicie ta scena łóżkowa, która ma niewiele wspólnego z kinem, a wszystko ze zwykłym, niepodkolorowanym życiem. Zresztą całe dzieło jest takie.
poniedziałek, 3 października 2022
Sundown (2021) - Michel Franco
Rozpoczyna się mega. Ryby, morska toń, pluskanie, masażyk, pielęgnowanie tłuszczyku na leżaczkach, popijanie wymyślnych drinków i to wszystko bez jednej muzycznej nutki w tle. Po prostu pełną gębą kino niemainstreamowe, kino artystyczne z wybujałymi pewnie ambicjami. Wakacyjny egzotyczny chill turystów z Londynu. Rodzinki, czteroosobowej, małżeństwa z dość już dojrzałymi pociechami i na tyle długim stażem że nuuuda. Nagle jednak ta urlopowa sielanka się kończy, bo smutne wieści rodzinne docierają. Rodzina we trójkę wraca, ojciec stosując prosty wybieg jednak zostaje. Ucieka z pilnie strzeżonego luksusowego ośrodka i idzie na żywioł w znacznie mniej prestiżowym otoczeniu. Ojciec zostaje i dzieli czas pomiędzy uciekanie/unikanie przykrej rzeczywistości i romansowanie z atrakcyjną młodą mieszkanką kurortu, do momentu aż szczwany spontaniczny plan przerywa powrót zatroskanej małżonki. Wówczas robi się nieco intensywniej dramatycznie, choć niekoniecznie emocjonalne nastawienie Pana stoika ulega zmianie, choć egzotyka niebezpiecznego Meksyku, to jednak mało przyjazne miejsce! Technicznie jest to nakręcone bardzo swobodnie, z wyczuciem, bez krępujących łapki rygorów i aptekarskiej dokładności, ale widza angażująco. Surowo ale z fajnym feelingiem, bo tak kolejne wydarzenia jak ewolucje relacji następują bardzo naturalnie, a konsekwencje pośród kontekstów, nie robią wrażenia sztucznie determinowanych. Swoje robi też fenomenalna obsada i to też specyficzne doświadczenie zobaczyć znane i cenione dwie aktorskie persony w tak mało hollywoodzkim wydaniu. Chociaż akurat Tim Roth i Charlotte Gainsbourg nie przykuwają się wyłącznie do spektakularnych superprodukcji.
P.S. W tekście świadomie wprowadzam w błąd w sprawie rozpoznania relacji (ojciec, żona, małżeństwo) pomiędzy Panem Brytyjczykiem i Panią Brytyjką, tak samo jak ja zostałem przez scenarzystę i reżysera sprytnie pozorami oszukany, tudzież może podczas seansu byłem mocno nieuważny. Szczegóły sytuacji która mnie przez spory czas zwiodła poznacie jak obejrzycie, bo to film który obejrzeć bezwzględnie warto! Mega poważnie rekomendując cytuję, że to taki "minimalistyczny dreszczowiec ze społecznym zacięciem", "prawdziwy magnes" od startu do mety.
środa, 27 października 2021
Nuevo Orden / Nowy porządek (2020) - Michel Franco
Już kiedyś coś Michaela
Franco widziałem, ale tytuł (zaraz odnajdę) nie pozostawił większego śladu
emocjonalnego w pamięci. Przeto seans z Nowym porządkiem z jednej strony po
obejrzeniu zwiastuna i zapoznaniu się z promocyjnym przekazem mógł okazać się frapujący, z drugiej
z obawy o przesadzone szumne zapowiedzi oraz krytykę przekazem zmanipulowaną, ja zdystansowany albo wręcz znudzony komplementami pozostawałem. Jak się już z autopsji okazuje, film robi wrażenie i
mówię tu o tym, że to nie tylko przerażająca wizja, ale też ciekawie zbudowany scenariusz z wątkiem rozbudowywanym całkiem wiarygodnie
do punktu kulminacyjnego i dalej proponowania możliwych następstw rozwoju wydarzeń. Ubolewam jednak równocześnie,
że od połowy niestety ta historia się rozłazi, bądź nie jest właściwie
poprowadzona narracyjnie, a z postaciami pomimo tragicznej istoty sytuacji trudno się zżyć czy utożsamić. Poza tym prawdą jest zauważane w opiniach przekonanie, że coś podobnego
niedawno było i prawdopodobne że swoim rozgłosem twórców Nowego porządku zainspirowało. Dla porządku Parasite to się nazywało.
P.S.1 To norma że są wyżsi i niżsi, grubsi i chudsi, ładniejsi i brzydsi, są też i głupsi i mądrzejsi. Tylko że z tych cech nie wynikają bezpośrednio trwałe podziały klasowe. Nawet gdyby się uprzeć i spojrzeć bez kontekstu kulturowo-politycznego, to też cechy rasowe czy etniczne nie niosą ze sobą takich zależności czy właściwości. Jedyne co potwornie skutecznie rozpieprza względną naturalną harmonię współegzystencji w różnorodności, to pieprzona władza i jej profit w postaci pieniędzy, za które w tym wzajemnie napędzającym się obiegu można kupić możliwości decydowania. I proszę nie wnioskować, że pisząc to, to ja jestem bezkrytycznym zwolennikiem równości klasowej w utopijnym układzie komunistycznym, a kapitalizmem się brzydzę. Ja się faktycznie nim brzydzę, ale w wydaniu pozbawionym kompletnie wymiaru etycznego i powiązanym z jego brakiem poczuciem wyższości, wynikającym właśnie ze znieczulicy moralnej i objawiającego się karmieniem własnego ego i portfela pracą innych. Nie ma takiego systemu jakiego pazerny i okrutny z natury człowiek by nie wykorzystał, tak jak niewielki procent ludzkości nie wykorzystałaby okazji, gdyby ona im się nawinęła. Bo myślę, że ten, co jej nie schwyci to dl frajer, a kto (że zadam pytanie retoryczne) szanuje frajerów? Dlatego jeden większy cwaniak na drugim mniejszym cwaniaku żeruje i w tej dżungli jednemu większy innemu mniejszy, a jeszcze innemu żaden skrawek polany z manną z nieba przypada. Być może bunt jest tylko kwestią czasu, rewolucja nieuniknioną częścią historycznego młyna, którego żarna mielą powoli, ale skutecznie. Historia kołem się toczy, a rewolucja zjada swoje dzieci lub kontrrewolucje wywołuje. Frustracja budzi agresję, a agresja powoduje ofiary. Ktoś spada z piedestału i ktoś na zwolnione miejsce się wdrapuje, by w sumie powielając schemat samemu mordą w końcu o glebę przywalić, gdy ktoś wkurwiony nogę podłoży. Człowiek ma w sobie i zasady i poczucie krzywdy. Pytanie, co będzie w nim silniejsze? Pytanie, co w nim zwycięży? Przecież nie jest w porządku że ponad 80 procent bogactwa posiada garstka kasty współczesnych Panów.
P.S.2 Żyje już ponad cztery dekady i tak sobie z nudów obserwuję ludzi. Spoglądam też krytycznie do wewnątrz siebie, własne przemiany analizując i wciąż w sumie nie wiem od czego właściwie zależy czy ktoś ma w sobie szlachetne cechy czy jest po prostu urodzonym podłym skurw*****. Przywołuję w myśli środowisko socjalizacyjne, nie podważam jego istotnej roli, ale zwracam się wbrew ogólnie przyjętym naukowym teoriom przede wszystkim ku przekonaniu, że albo się w sobie ma to coś wobec nikczemności krytycznego albo nie. Człowiek się z tym potencjałem rodzi i go rozwija, bądź od startu jest go pozbawiony i nie ma takiej siły by go w sobie odnalazł przez przyswojenie. Ten film myślę, chyba też o tym jest?




