Nie posiadam wiedzy nazbyt szerokiej w temacie filmografii Jonathana Jakubowicza. Ograniczona ona do tej pory jedynie do naprawdę dobrego obrazu biograficznego o bokserskim mistrzu z Panamy. Film ten ogólnie był bardzo w porządku, ale brakło mu po pierwsze jakiejkolwiek oryginalności, po drugie przebojowo przejętego rynku. Produkcja była zwyczajnie sztampowa i tylko dzięki tematyce i świetnemu aktorstwo na dłużej rozpoznawalna. Toteż nieco się ociągałem, gdy nowy film reżysera miałem już w zasięgu, bowiem poprawności tylko się spodziewałem, a temat związany ściśle z holokaustem miał już tyle kinowych odsłon i to w skrajnie różnorodnym formacie (z kilkoma przełomowymi, wręcz wybitnymi dziełami na czele), że wymagania wywindowane na najwyższy poziom ten opór jeszcze mocniej zwiększały. Teraz gdy 120 minut projekcji za mną mogę napisać, że powstał film wzruszający, film poruszający i wstrząsający, ale też oczywisty i z pewnością ambitnego widza artystycznie nieprzekonujący. Nie powoduje to jednak że czas spędzony przed ekranem to czasu strata, bo wszelkie sposoby wizualnego uwrażliwiania, nawet poprzez powtarzalne wykorzystywanie wielokrotnie przemielonych treści, szczególnie gdy może to być praca wykonana dla widza wciąż kształtującego własną osobowość i gusta, wreszcie dopiero rozpoczynającego odkrywanie tajemnic historii Europy i świata ważna. Nie chcę przez to powiedzieć, że to tylko film dla widza względnie młodego, czy pozbawionego wysublimowanego gustu - to zwyczajnie obraz który z pewnością nie przejdzie do historii kinematografii, co nie oznacza że jego powstanie nie miało większego sensu. Powodów by powstał nie brakowało, a dwoma fundamentalnymi osoby Marcela Marceau i Klausa Barbie. Zatem z poczucia obowiązki dodaję że fabuła oparta została na biografii nie byle kogo, bowiem samego najsłynniejszego francuskiego mima, na którego życiowej drodze pojawił się kluczowy wątek nazizmu, nie tylko w postaci jednego z najkrwawszych zbrodniarzy hitlerowskich. Potwora w ludzkiej skórze, nazywanego rzeźnikiem Lyonu, którego życie zakończyło się dopiero w 1991 roku. Można by w tym miejscu zadać pytanie, skąd u Boga taka dla jego podłej egzystencji wyrozumiałość? Pytanie na które odpowiedź jest milczeniem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Jakubowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Jakubowicz. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 kwietnia 2021
piątek, 23 września 2016
Hands of Stone / Kamienne pięści (2016) - Jonathan Jakubowicz
Przez moment
miałem plan, by tekst był polemiką z pewnym gościem, który akurat
na kinie to się zna, ale co to za konfrontacja na słowa, kiedy ogólnie w ocenie
to się właściwie zgadzamy, a dzielą nas wyłącznie drobiazgi, ewentualnie do
podobnych wniosków w toku dyskusji i tak byśmy doszli. Polemika według obecnej
doktryny ma być przecież zajadła (na prawo patrz), albo chociaż sarkazmem
skażona (w lewo zwrot), zatem jej tutaj nie będzie, bo człowieka szanuję,
agresji werbalnej się brzydzę i nie mam zamiaru robić sobie żartów z
podtekstami. :) Tyle w tonie żartobliwym, teraz z powagą, przynajmniej z taką
intencją. Nie spodziewałem się gniota, czułem że Hands of Stone to będzie kino
co najmniej przyzwoite, ale nie oczekiwałem, że obejrzeć będzie mi dane
najlepszy od kilku lat film o boksie. Nie ma on oczywiście startu do dzieł
wybitnych, którym od wielu lat niezagrożenie przewodzi Raging Bull, ale w
zestawieniu z kilkoma produkcjami z nieodległej przeszłości wypada zdecydowanie
świeżo. I właśnie to ostatnie określenie uznaje za jedno z kluczowych, bowiem
zekranizowana historia, a dokładnie kariera ringowa Roberto Durána, jak i
wymiar artystyczno-techniczny obrazu ma charakter osobliwy. Zanim natychmiast
zostanę powalony nokautującym ciosem krytyki spieszę się usprawiedliwiać, a
może zrobić jeden unik i przystąpić do kontrataku. Tuż obok tezy o
specyficznym charakterze kariery panamskiego mistrza i wyjątkowych właściwościach produkcji
postawię przekonanie o czających się w obrazie licznych paradoksach. Bo oto w
moim przekonaniu reżyser dopuścił się niemal wszystkich możliwych grzechów,
poczynając od schematycznej budowy fabuły, wrzucenia masy banałów i klisz, po
chwilami chaotyczne przeskakiwanie pomiędzy wątkami, zaznaczanie ich i
gwałtowne porzucanie bez kontynuacji. Tu jest cały kompleks z nich zbudowany, atakuje widza
przesada, zatrzęsienie motywów, coś na kształt obsesyjnej potrzeby wyrwania z klasyków,
co istotniejszych pomysłów i zainstalowania ich we własnej produkcji. Powinno
to drażnić, a ja absolutnie takiego wrażenia nie odniosłem, właściwie to ta
teoretycznie szarpanina z formą miast irytować wzbudziła moją sympatię, bo oto
wokół niej roztacza się tak wdzięczna atmosfera, że wszelkie uchybienia, które
w szeregu innych obrazów tego typu by mierziły, w tym jednym przypadku
wzbudzają sympatię. Podobnie jak główny bohater, czyli nieokiełznany ambitny prostaczek
skonstruowany ze skrajności, bez ładu i składu, nacechowany wzrastającą w surowych okolicznościach butą
i arogancją, frustracją i bezradnością oraz z drugiej strony czystością
intencji i brakiem inteligentnej strategii osiągania szczytnych celów. Przystojniaczek i gwiazdorek, narcyz, typowy
macho, pyskaty clown, krnąbrny efekciarz, twardy wojownik ale i bidulek naznaczony przez los
trudnym dzieciństwem, pogardą wymieszaną z empatią i pokorą walczącą zaciekle z
pychą. To jest właśnie paradoks biografii Roberto Durána, w sensie osobniczym i
w wymiarze artystycznym filmu, jako dzieła wyjątkowego i bokserskiej kariery dobitnie surrealistycznej,
że mając przed oczami człowieka podręcznikowo niedoskonałego i efekt filmowy warsztatowo li
tylko poprawny, to mimo powyższego darzy się ten chaos z ekranu płynący cholerną przychylnością.
Wybacza się wady i niedostatki, bo wokół rozsiewany jest intensywny urok, a
bohater i reżyser uczą się na bieżąco i starają się wyciągać konstruktywne
wnioski z popełnianych błędów. Dodatkowo, jeśli postać centralna jest
naturalna, i pozbawiona cynizmu, a efekt filmowy wzbogacany autentycznymi
kreacjami fantastycznych aktorów (po profesorsku rozgrywający partie solowe
Robert De Niro, chłopięco ekscytujący Edgar Ramirez, połyskująca niczym klejnot
Ana de Armas i świetnie wystylizowany i zaskakująco przekonujący Usher Raymond), to zauroczenie musi nastąpić i w sposób samoistny
krytyczne spojrzenie zmarginalizować. Mam właśnie takie przekonanie, iż właściwie
to sztampowy sportowy dramat omamił mnie tą wyraźną wewnętrzną sprzecznością, oczarował
nie finezją, kunsztownością czy intelektualnym potencjałem, ale brawurą i werwą. Stałem się
ofiarą jakiegoś uroku, lecz nijak nie czuje się wykorzystany, więcej jestem
wdzięczny swojej naturze, że mu uległa i pozwoliła tym samym odczuć przyjemność
w czystej bezpretensjonalnej formie dać się porwać rozrywce popularnej i tak cudnie rozszalałej.
P.S. Nie mam pewności, czy jasno oddałem sens swoich przemyśleń. Poniekąd czuję, że podświadomie charakter wypowiedzi skorelowany z formułą filmu, lecz czy na pewno?
P.S. Nie mam pewności, czy jasno oddałem sens swoich przemyśleń. Poniekąd czuję, że podświadomie charakter wypowiedzi skorelowany z formułą filmu, lecz czy na pewno?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

