Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noah Baumbach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noah Baumbach. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 czerwca 2026

While We're Young / Ta nasza młodość (2014) - Noah Baumbach

 

Obsada zacna, przede wszystkim rozpoznawalna, bowiem nie jak w przypadku Mistress America, prócz Grety raczej anonimowa. Choć brak gwiazd nie ujmuje wartości tego drugiego, przy czym obecność aktorów charakterystycznych (Naomi Watts delikatną urodą wciąż na maksa uwodzi, a Ben Stiller mimiką, grymasami rządzi :)) sporo pierwiastka sympatycznie znajomego dodaje. Film zasadniczo o spotykaniu się par (poziom fasadowy) i par w relacjach na różnym poziomie rezonowanie. W jednym studium charakterów, naturalnie rezygnująca z egoizmu dorosłość okrzepła i młodość beztroska - walory i wady poszczególnych życiowych momentów w interakcjach się krzyżujących wyeksponowane. Bezdzietna para plus czterdzieści (wspomniani) i para znacznie młodsza (Amanda Seyfried i Adam Driver). Jedni wykorzystują sytuację, po raz drugi, tym razem próbując otworzyć towarzystwem dwudziestolatków drzwi do młodości (bo okoliczności szansę podsunęły), drudzy z perspektywy młodości, ambicjami napędzani mają swoje kryte przez pozory i gierki plany - w tym przyjemnym dla oka i ciekawie angażującym par pokoleniowych mezaliansie. Fajna, zabawna historia podstępnej ustawki na ekranie, przykuwające uwagę praktyki spędzania wolnego czasu w amerykańskiej metropolii (NY i nowojorczycy są tacy inspirujący), mnogość hipsterskich i życiowych tematów do okiełznania, urocza więc tym samym intelektualna paplanina. Dialogi brzmiące jak u Allena, robią zatem robotę też w ujęciu autorskim Baumacha, a bez przecież Allena nie byłoby oczywiście tegoż i mam wciąż nadzieję (mimo że mnie trochę ostatnio zawodzi), że jak zabraknie aktywnego Woody’ego, to będę mógł liczyć na następcę, znacząco młodszego, ale już dawno jednak nie młodzieniaszkowego. W sumie już na niego liczę od lat wielu, a tą opowieść uznać mógłbym za jeden z najlepszych filmów Allena w ostatniej plus dekadzie, gdyby nie, no wiadomo. :)

wtorek, 2 czerwca 2026

Mistress America (2015) - Noah Baumbach

 

Kolejna moja jeszcze dotychczas nie sprawdzona wspólna praca Grety i Noaha. Jak się okazało i mnie to raczej nie zaskoczyło, napisana i zrealizowana z werwą i z błyskotliwym nowoczesnym sznytem. Zajebisty to tragikomiczny portret psychologiczny osobowości z ADHD, kamuflującej pod płaszczykiem charyzmy histeryczność i inne demony wewnętrzne. Dziewczyny sukcesu, tryskającej pomysłami i energią, nawijającej jak katarynka. Szczerej i bezpośredniej, pozornej narcystycznej osobowości, w której mnóstwo pasji i światła fascynującego. Wiwisekcja z celnym, pozostającym w głowie końcowym przesłaniem, dokonana i wybrzmiewająca z ust narratorki, z własnej, zupełnie odmiennej osobowościowo, wpatrzonej w "gwiazdę ekranu", a mimo to analitycznie uporządkowanej perspektywy wygłaszana. Opowieść kręcona z dystansem i z naukową skrupulatnością, bowiem raz naturalny u najlepszych jak dotąd kontynuatorów stylu Woody’ego odjechane, cięte poczucie humoru, dwa głębia w rozgryzaniu i wgryzaniu się w przystępnie, bo podług zasad klasycznych sztuk kilku aktowych, psychologicznych wątków soczystą materię. Kapitalna barwna paleta postaci, doskonałe wyczucie szlachetnego komedio-dramatycznego stylu w teatralnej niemal technicznej synchronizacji. Jestem po seansie szczęśliwy po prostu, że dostaję szansę czerpać wiedzę z takiej formy sztuki, jakby to nie zabrzmiało alogicznie, sztuki bezpretensjonalnie pretensjonalnej. :)  


środa, 10 grudnia 2025

Jay Kelly (2025) - Noah Baumbach

 

Mógłbym się intensywnie zastanowić, o co chodzi kiedy kolesiowi któremu na przestrzeni dotychczasowej kariery zasadniczo myślę zawsze wychodziło (znam część tą współczesną - przede mną być może jeszcze ta bardziej przeszła), tym razem raczej nie wyszło. Nie będę jednak się głowił i poczekam na kolejny film Baumbacha, dając tutaj natychmiast do zrozumienia skąd ten wprowadzający wniosek tak szybko zamknięty. To w sumie byłoby wiele hałasu o nic, kiedy Jay Kelly netflixową wprawką dla szybkiego podreperowania budżetu zakładam, choć jak na początku zapowiadało się że zdrenuje Noah temat aktorskiej tożsamości pasjonująco, bo cytat z Sylvii Plath mógł zapowiadać więcej niźli ostatecznie przyszło mi przebrnąć. Rzeczywistość choć przecież nie całkowicie miałka intelektualnie, bardziej oparła się o ckliwe banały i w niewielkim stopniu przypominała charakter Baumbacha z żartem i zarazem głębią prowadzonej deliberacji. Jego retrospektywna, mniej tym razem ironiczna, więcej akurat dydaktyczna lekcja pokory wobec kosztów życia wielkiej filmowej gwiazdy, nie miała właściwie ni jednego konkretnie aktywizującego szare komórki momentu, gdyż w niej Clooney’a nostalgia, mieszając się z wyrzutami sumienia i co jasne wysokim mniemaniem o sobie, to bliżej usprawiedliwiającej mimo wszystko laurki, niż przynoszącej oczyszczenie bolesnej spowiedzi. Te dalekie od ciekawego rozdrapywania tam gdzie najbardziej swędzi Clooney’a rozterki, to bez większego smaczku, szablonowe, wymuszone zmęczeniem materiału bicia się w pierś i równolegle tłumaczenia, że pragnienia ambicji i oślepienie ponad dobro rodziny. W moim przekonaniu tylko pod publiczkę w większości pustosłowie, do tego wizualnie nieznośnie kiczowate - o sterylnym w netlifxowym, coraz częściej quasi telewizyjnym wyglądzie. Taka sobie bez smaczku podróż w towarzystwie opatrzonych w znacznie lepszych produkcjach aktorów, pośród których jedynie Adam Sandler swoją osobistą historią własnej postaci potrafi coś więcej niż to co wielokrotnie na spowiedziach wałkowane przekazać. Może?! Stu procent pewności nie mam.

środa, 4 stycznia 2023

White Noise / Biały szum (2022) - Noah Baumbach

 

To sztuka godna dostrzeżenia, zrobić dzisiaj niemal jeden do jednego wizualny blockbuster, który wygląda wypisz wymaluj jakby powstał dosłownie w latach osiemdziesiątych, a w tym dziele zauroczenia mnie (smarkacza za ejtisów, a dotkniętego dziś już zrzędzeniem niemal starczym) dobitnie pomogła Baumbachowi epicka muzyka Elfmana i charakteryzacja bohaterów znakomita. Od początku miałem więcej niż właśnie złudzenie, że to mógłby ponad trzy dekady temu nakręcić Spielberg czy Zemeckis i przechować do dzisiaj, gdyby nie twarze współczesnych aktorów i wraz z rozwojem wydarzeń fantazyjnie romantyczna, lecz też bardzo chaotyczna konstrukcja scenariusza - na którą legendy by sobie nie pozwoliły. Baumbacha obserwuje już od dawna i z każdą kolejną produkcją on udowadnia, iż potrafi nie tylko poniekąd naśladować Allena, ale tego Allena z rozmachem przerasta. Frances Ha, Opowieści o rodzinie Meyerowitz i Historia małżeńska - wszystko jego, ale wszystko po swojemu i zarazem nieco odmiennie od pracy poprzedniej, chociaż w tym samym myślę umownie wciąż gatunku. I tutaj będzie moje ale, ale to ale nie przesądza wyników mojego o Białym szumie opiniowania. Na warsztat tym razem reżyser wziął (podobno nieprawdopodobnie zachwycony lekturą), bestsellerową powieść niejakiego Dona DeLillo, która w roku 1985 otrzymała laur National Book Award. Tyle że jak trafiłem na cytaty z niej, to w życiu książkowym, z tymi wszystkimi finezyjnymi opisami sytuacji i analizami procesów zachodzących w ówczesnym amerykańskim społeczeństwie ukazanych na przykładzie patchworkowej rodziny wykładowcy Jacka Gladneya, w takiej papierowej formie wydaje się znacząco bardziej raz bogata, dwa być może jasna. Jako obraz filmowy, bez względu na kapitalną stronę wizualną i doskonały montaż, oraz aktorstwo w punkt, to jednak zaczynając od krótkiego referatu o znaczeniu pościgów samochodowych w kinie, poprzez supermarket, toksyczną chmurę, panikę i poprzez nietuzinkowo ukazane naukowe zainteresowanie postacią najbardziej znanego Adolfa w historii powracając do supermarketu, a po drodze jeszcze skupiając się na lejtmotiwie w postaci lęku, gigantycznym, histerycznym lęku przed śmiercią, to (no zaklinam się) że trybiąc iż łapiemy się tu roli mediów, globalnych teorii spiskowych i wreszcie konsumpcjonizmu, ja wymiękłem i się pogubiłem kompletnie. Tak, powtarzam - aktorski majstersztyk i to nie tylko dlatego że tu absolutnie fantastycznie wszyscy grają, ale dlatego że Adam Driver i szczególnie Don Cheadle na przykład pozbawili wprost swojej gry, swoją grę. Inaczej zarzucili te cechy, które czyniły ich aktorstwo dość drewnianym. Myślę tu o manierze powtarzalnej i u Drivera szczególnie tego „barytonowego” gigantyzmu, bez gracji czy finezji. Lecz czy to Biały szum ratuje? Napiszę że ZDECYDOWANIE! A może ten film nie jest tym czym się z pozoru wydawał i nie jest być może tym czym mi się teraz wydaje. Bo teraz uważam, iż to taki film abstrakcyjny, z takim scenariuszem że jak się rozpakuje i rozkmini, to można po seansie mieć poczucie wyższości intelektualnej. He he, ha ha, chciałbym tak ja! I nawet jeśli intelektualnie nie podołałem i zrzucę za to winę na Baumbacha, to za kapitalną choreografię w scenie w supermarkecie, należy człowieka ozłocić i na finał aby nie zniechęcać zanim kolejny widz sam się zniechęci dodam, iż scenariuszowo nieskładnie, ale film jakiś. Można go nie zrozumieć, a polubić na przykład. 

P.S. Poza głównymi wątkami zaś - jak ja szanuje Larsa Eindingera - tak sobie kiedyś wyobrażałem Paula Dano jako dojrzałego aktora, a Dano wciąż nie dorósł, dlatego Baumbach wziął sobie i zatrudnił Larsa chyba. Gdyby oczywiście nie potrzebował, by Niemiec zagrał Niemca. :)

piątek, 13 grudnia 2019

Marriage Story / Historia małżeńska (2019) - Noah Baumbach




Nie byłoby wielkim nadużyciem i daleko od prawdy bym nie odbiegł, gdybym napisał, że jest to film jednej genialnej sceny dramatycznej i jednej symbolicznie wyjątkowej sceny (jakby to określić?), nie wiem - barowej, a może quasi musicalowej. Nie wprowadziłbym w ten sposób w błąd tych, którzy jeszcze szczęścia nie mieli zaznajomić się z najnowszym filmem od lat obiecującego Noah Baumbacha, ani też jak myślę nie zaprotestowaliby ci wszyscy, którzy z tą kinową perełką już zapoznani. Tyle że w prawdziwych stwierdzeniach powyższych jest też podchwytliwość skryta, gdyż oprócz tych dwóch najbardziej newralgicznych/symbolicznych momentów, jest też żywa w widzu przez seans ponad dwugodzinny gama rozbudowanych emocji związanych z pozostałymi scenami równie doskonałymi, chociaż w bezpośredniej konfrontacji mniej wyrazistymi. Stąd bezdyskusyjnie będąc usprawiedliwionym eksponując gorliwie powyższe, w moim subiektywnym mniemaniu momenty kluczowe, nie zamierzam absolutnie deprecjonować wartości całości, bowiem idealnie zrównoważona formuła tego dzieła, zawiera w sobie to co w ciekawym dramacie obyczajowym najważniejsze, czyli rosnące napięcie i wraz nim równorzędnie emocje, które albo eksplodują (przykład pierwszy) lub też prowadzą równie pokrętnymi ścieżkami do refleksji (przykład drugi). Główny ciężar narracji Historii małżeńskiej spoczywa na dialogach i to z nich czerpana jest zasadniczo wiedza na temat przeszłości związku, jak i wydarzeń, które wprost przyczyniły się do kryzysu. Zagląda widz do intymnego życia Nicole i Charliego wprowadzony szczwanym startowym zabiegiem, który z każdą kolejną minutą projekcji intensywniej nabiera priorytetowego znaczenia, stając się rodzajem wciąż powracającego wyrzutu sumienia bohaterów. W zasadzie trudno zrozumieć powody podjętych radykalnych działań, szczególnie, że miłosne uczucie schłodzone fundamentalną nielojalnością (zdrada jak zawsze), nigdy tak naprawdę nie wygasło, a klucz do zrozumienia decyzji o rozstaniu tkwi bardziej niż w utracie zaufania i erozji namiętności, w dokuczliwym poczuciu podrażnienia ambicji – może pierwotnie w mechanicznym pędzie dnia codziennego. Niestety pochopne działania szybko niosą bezpośrednie konsekwencje, a niemal całkowity brak świadomości istnienia przykrego echa piekła sądowej batalii, bądź zwykła infantylna naiwność przypisana do osobowości bohaterów (artyści z głowami w chmurach), naraża ich na całą serię przywracających zbyt późno przytomność wstrząsów. Bo rozwód to przecież nie teatralna tragikomedia reżyserowana od początku do końca według scenariusza rozpisanego przez parę bohaterów. Rozwód to jak się niemal natychmiast przekonują wyczerpująca odruchowa bitwa, toczona w dodatku pod dyktando zawodowców czerpiących pokaźne zyski z jej dramatycznego przebiegu. Rozwód wreszcie, to nie czas empatii, tylko bolesny czas wzajemnych pretensji i rozczarowań – wyrzutów i osobistych rachunków sumienia. Czas uzależnienia od decyzji osób trzecich, ich wglądu w skomplikowane relacje, bez żadnej gwarancji trafnego opisania spostrzeganej rzeczywistości, więc i naturalnie czas poczucia krzywdy i całkowitej utraty kontroli. To jest zatem film, który może zadziałać jako otrzeźwienie dla par, które mogą mieć przekonanie, iż rozwód to najłatwiejsza droga ucieczki przed koniecznością posprzątania w zaburzonej relacji, kiedy w ich wygodnym postrzeganiu zdjęcie plastra jednym ruchem może już za moment oczyścić atmosferę i przynieść szansę na ułożenia sobie życia na nowo. Nie mam pewności czy taka była intencja twórców, ale zakładam z dużą dozą pewności, że miał to być obraz przestroga – film który w formule poniekąd allenowskiej (Baumbach genialnym uczniem Allena) mówi o potrzebie przezwyciężenia oporu przed dialogiem, który miałby szansę oszczędzić całej masy przykrości i poprowadzić do wybaczenia (uwaga spoiler - ech gdyby ona wtedy nie uniosła się dumą i gdyby pozwoliła na przepracowanie kilku wątków podczas mediacyjnej terapii). Ale wtedy historia potoczyłaby się zupełnie innym torem i nie byłoby widzowi dane spotkać się (w klimacie dalekim od programowej w tym gatunku ostentacji i lamentu) z genialną żonglerką świetnym obyczajowym poczuciem humoru, intelektualnym sarkazmem i zawodowym cynizmem (postacie prawników), podporządkowanym oczywiście dojrzałemu przesłaniu zbudowanemu na fundamencie silnie oddziałujących emocji.

P.S. Wiem że nie poruszyłem wielu znaczących wątków, ale i bez nich tekst jest kobylasty, więc po prostu jak coś to pytajcie, drążcie. ;)

sobota, 21 października 2017

The Meyerowitz Stories / Opowieści o rodzinie Meyerowitz (2016) - Noah Baumbach




Melancholijna i sentymentalna obyczajówka (może rodzaj tragikomedii) - z pewnością jednak film pod format allenowski. Może nie wyczesany tak bardzo jak filmy Woody'ego, znacznie mocniej trzymający kontakt z twardym gruntem poprzez poważny wątek choroby. Jednocześnie równie zabawny i zwiewny, jak błyskotliwy intelektualny i refleksyjny, bez nadętego moralizatorstwa. Może jego magia tkwi przede wszystkim w doskonałym aktorstwie, w oczywistym wybornym warsztacie Dustina Hoffmana, tutaj jako narcystycznego seniora rodu, oraz z sukcesem udowadniających swój aktorski potencjał gwiazd nie zawsze wysokich lotów komedii w osobach Adama Sandlera i Bena Stillera. Może to właściwie w pierwszej kolejności zasługa Baumacha, który stworzył pasjonujące postaci, nadając im wymiar intrygująco-sympatyczny już na etapie scenariusza i z intuicją obsadzając w tych rolach wyżej wymienionych. Baumachowi z pewnością nie brakuje lekkości i swady z którą opowiada tą podrasowaną humorem opowieść o codzienności. Drąży tematy niespełnionych ambicji, utraconych szans, wzajemnych pretensji z zaniechaniami i zaniedbaniami - dostrzega paradoksalną ich wartość w budowaniu silnych osobowości oraz moc prawdziwie mocnych więzi. W niezobowiązującym anegdotycznym tonie, w kilku naprawdę bombowych scenach przeprowadza przenikliwą wiwisekcje relacji, poszukując prawdy w sensie uniwersalnym. Myślę, iż kiedy zabraknie ojca tego rodzaju formuły niewątpliwie to on stanie się drogowskazem dla przyszłych pokoleń twórców kina sfokusowanego na ludzi wzajemne przenikania.

P.S. Widziałbym w tym potencjał na serial, skoro obecnie na taki format jest moda. Z pewnością nie tasiemiec rozwleczony na lata, tylko dwu-trzy sezonowy esencjonalny produkt dla bardziej ambitnej widowni. Może coś w rodzaju Przystanku Alaska w Nowym Jorku. ;)

wtorek, 28 stycznia 2014

Frances Ha (2012) - Noah Baumbach




O wszystkim i o niczym jednocześnie - tak to, co przez półtorej godziny na ekranie gościło mógłbym streścić. I ciężko mi silić się na jakąś naciąganą, niezwykle inteligentną interpretacje historii Frances, jak tylko puentą banalną błysnąć, że ludzkie pragnienia, te o naturze przyziemnej często się spełniają tyle, że droga ku nim nierzadko kręta i nieprzewidywalna. Poszukiwanie własnego miejsca, wkraczanie w mentalną dorosłość, porzucanie beztroski braku zobowiązań, a co najistotniejsze zaakceptowanie tych przełomów trudne wszak z czerpaniem satysfakcji o zupełnie innym wymiarze związane.  Trzy zdania to może zbyt mało, stąd dodam, iż ta prosta, lekka opowieść z życia wielkomiejskiej bohemy, jednoznacznie z manierą Woody Allena się kojarzy, a galeria postaci, ich życiowe perypetie i wartkie dialogi jakimi okraszone, intrygujący rytmiczny puls do efektu finalnego wtłaczają.  Zgrabna to w pigułce zawarta esencja życiowego przesilenia, równie liryczna co zabawna, tyle że ja za cholerę nie kminie na co ten czarno-biały sznyt całości. Rozumiem, że tu ukryte jakieś przesłanie dla tego inteligentniejszego widza. :)

Drukuj