Hollywoodzki, a jednocześnie depresyjny - co rzadko ze sobą w parze występuje, kiedy mowa o produkcjach dominującej w światowej filmowej branży fabryki mainstreamowych obrazów. Przygnębiający autentyzmem przyswajanych scen, które miały się szczególnie w ówczesnej świadomości mieszkańca Europy Wschodniej (transformacja - przemiany ustrojowe) nijak do jego wyobrażeń o krainie ze snów gdzieś za oceanem. Brighton Beach gdzie rozgrywa się akcja, nazywano niegdyś pieszczotliwie "małą Odessą", a po upadku ZSRR i napływie nowej fali emigrantów nad oceaniczną dzielnicę nowojorskiego Brooklynu ochrzczono "małą Rosją". Brighton Beach góruje nad Atlantykiem niczym Krym nad Morzem Czarnym, stąd bodaj oprócz dominacji przybyszów ze wschodniej Europy to skojarzenie. Jak daje do zrozumienia James Gray, toczyło się tam życie rozczarowanych niełatwą rzeczywistością i sprowadzonych nieczęsto do poziomu klasy najniższej (Joshua Shapiro w jednej ze scen żali się, iż jego rodzina w ojczyźnie była inteligentna), musząc zmagać się nie tylko z wyzwaniami związanymi z przetrwaniem w warunkach ustroju kapitalistycznego, ale także funkcjonować w towarzystwie rożnej maści drobnych i grubszych gangsterów – niby ziomków, ale wybierających łatwą drogę do pieniędzy i władzy. W tych trudnych, spowitych akurat mroczną zimą warunkach rozgrywa się dramat rodziny podzielonej, poddanej sprawdzianowi siły więzi i lojalności - rodziny dręczącej choroby i mrocznego balastu, które ją spajają, ale bardziej jednak antagonizują zarazem. Drugi film w karierze Jamesa Gray'a opowiada (to moje wrażenie, oczywiście nie doświadczenie) przekonująco szczerze o życiu tejże emigracji i światku przestępczym będącym tegoż życia elementem istotnie składowym. Opowiada technicznie sprawnie i narracyjnie wyraziście, a Tim Roth całkiem nieźle odnajduję się ze swoim osobliwie smarkatym obliczem fizycznym w roli zimnego mordercy. Najmocniejszy jest jednak tutaj finał, w którym muzyka chóralna charakterystyczna dla prawosławnego obrządku odgrywa niezwykle znaczącą rolę i wraz ze scenariuszem na wzór quasi greckiej tragedii z dodatkowo dla siły przekazu trafnie nie zamkniętym końcem, potrafi przyprawić o dreszcze podczas seansu i sprawić, że Mała Odessa jest niezwykle sugestywna. Ja akurat lubię gdy w kinie happy endom mówi się stanowcze nie!
wtorek, 17 września 2024
poniedziałek, 5 sierpnia 2024
The Yards / Ślepy tor (2000) - James Gray
Względnie młody, jeszcze nieopierzony aktorsko Marky Mark Wahlberg, w towarzystwie kobiecych aktorskich ikon Faye Dunaway i Ellen Burstyn oraz potwierdzającego wówczas swoją oryginalną klasę i kultowe aspiracje Joaqiuna Phoenixa, nie mniej ambitnej Charlize Theron oraz być może równie legendarnego jak wspomniane tam powyżej weteranki Jamesa Caana. W filmie który jest klasycznym przykładem solidnego amerykańskiego dramatu z decydującym o przyciągającym mainstreamowo uwagę charakterze wątkiem kryminalno-sensacyjnym. Filmie który reprezentuje kategorię uwikłanej i powikłanej strony życia rodzinnego w jednej z amerykańskich metropolii, nawiązując do gatunku który przy udziale dobrego scenariusza i klasycznie dawkowanego napięcia jak i emocjonalnego zaangażowania, jest w stanie bardzo skutecznie zabiegać o moją sympatię. Ślepy tor podobnie jak inne obrazy Jamesa Gray’a o bliskim jego najczęstszym zainteresowaniom rysie gatunkowym, ogląda się bezkolizyjnie (nie ma tu raczej powodów do krytyki totalnej) i nie trudno ulec jego hollywoodzkiemu wpływowi, przez około dwie godziny mocno interesując się losami bohaterów, z jednoczesnym chłonięciem specyfiki tajemniczych, na granicy lub już wprost kryminalnych rodzinnych powiązań. Lubię, szanuję, mam bardzo miłe wspomnienia z seansu, choć nie ma mowy by był on w nawet w najmniejszym stopniu oryginalny czy preferował i oferował wyjątkową głębię tudzież doznania zmieniające perspektywę spojrzenia na rzeczywistość. Po prostu bardzo solidne, bardzo dobrze poprowadzone kino, z bardzo konkretnymi kreacjami. Żadne hollywoodzkie złoto, ale jednak potrafiące przyciągnąć uwagę, utrzymać koncentrację i zostać zapamiętane. Ja pamiętałem, ale na jego punkcie nigdy nie szalałem. :)
wtorek, 6 lutego 2024
Two Lovers / Kochankowie (2008) - James Gray
Joaquin Phoenix grający lekkiego dziwaka, czy zbzikowanego bądź po prostu zaburzonego typka, to częsta, jednak zawsze ciekawa w kinie sytuacja, choć nie ma co oszukiwać że maniera młodszego z braci Phoenixów powtarzalna, już raczej obecnie mnie nie zaskakuje. Ma gość zwyczajnie w sobie urok, gdy takie postaci w pozytywnym znaczeniu z zacięciem sympatycznym kreuje. Nie będę wypisywał przykładów, bo jest ich mnóstwo i powszechnie te kreacje są znane, dlatego wiadomo co i konkretnie w jakich filmach w ten sposób zagrał. W przypadku Kochanków obłędzik w jego oczach i sposobie poruszania, to takie w pewnym stopniu lajtowe szarżowanie i być może nie tylko ja dostrzegam w nim akurat z perspektywy lat wielu, a przede wszystkim sukcesu jednego z jego ostatnich kreacji, mimiczne akcenty kojarzące się z Jokerem - oczywiście biorąc pod uwagę koniecznie, iż to nie ta sama kategoria czy waga gatunkowa. Pokrótce Joaquin tutaj jako przedstawiciel pokolenia młodego, mimo iż już w wieku znacznie wyższym niż nastoletni, mieszka z rodzicami i niestety dla nich zmaga się z depresją po porzuceniu przez narzeczoną, a teraz spotyka dwie babeczki (za każdą z nich stoją naturalnie różne konteksty i to one mocno komplikują sytuację) i sobie lawiruje pomiędzy jedną (podobnie jak on psychicznie nieobliczalną i to go cholera kręci), a ta drugą znacznie bardziej ułożoną, a przez co może mniej intrygującą niestrudzonego poszukiwacza jak widać solidnych kłopotów. :) Prócz aktorstwa Joaquina i niewątpliwych walorów partnerek płci pięknej, dodatkowym atutem Two Lovers jest Nowy Jork, zawsze fenomenalnie pasujący jako tło dla miłosnych historii. Bez względu na ich kaliber, bo doskonale się sprawdzający tak w dramatach jak i komediach. Zgoda?
niedziela, 5 lutego 2023
Armageddon Time (2022) - James Gray
Luźno inspirowana doświadczeniami z dzieciństwa reżysera obyczajówka quasi biograficzna, osadzona w kontekście bezpośrednio „przedreaganowskiego” roku 1980-ego. Opowiadająca ciepło i mądrze, choć bardzo zachowawczo o opiece, wychowaniu - pokrótce trosce i niemocy, gdzie w tle nierówności społeczne i wynikające z nich reperkusje. Opierająca się na przywołaniu z głębokiej pamięci tego co pozostawiło w niej dzieciństwo- tych wszystkich wówczas mało zrozumiałych sytuacji, epizodów zatrzymanych do późniejszej dojrzałej analizy po latach. Tutaj zza mgły wydobyte wyraźnie, jakby miały miejsce wczoraj zdarzenia poprzedzające sytuację, która zaważyła na wybraniu drogi życiowej, na którą z kolei wpłynęło właśnie doświadczenie konfrontacji młodzieńczych naiwnych wyobrażeń z surowymi, mało niestety optymistycznymi realiami opartymi na nierównościach społecznych i cynicznej polityce. To jedno, to niby sedno ale też rodzaj tła dla ukazania pięknej relacji międzypokoleniowej z dziadkiem - jego nienachalnej troski i dostarczanych wyraziście drogowskazów moralnych, przemycanych do interakcji wraz z opowieściami z zamierzchłych czasów, zaszczepiając w młodej świadomości rodzinną historię, ale także pasje i rodzące się z nich ambicje kształtujące osobowość, na równi i wraz z wrodzonymi dyspozycjami psychicznymi. Mimo że intencje Jamesa Gray’a były dobre, to przykro mi że nie trafił do końca z obsadą (Banks Repeta) i że stosując do bólu szablonową bezpieczną narrację przynudza, a te fragmenty które miały w założeniach ją udramatyzować i stanowić dla niej rodzaj interwału, nie zadziałały tak emocjonalnie jak miały, więc cała para związana z dobrze przygotowaną scenografią i charakteryzacją poszła w zasadzie w gwizdek. To w rzeczy samej dobre kino, jakie może chwycić za serce, ale bez iskry która by uczyniła je (tak jak miałem nadzieję liczyć) ekscytującym. Przez to teoretycznie emocjonalna problematyka dorastania w konkretnych okolicznościach społeczno-politycznych blaknie zamiast dostarczać silnego bodźca do intensywnego historii przeżywania. Tak to widzę!
poniedziałek, 7 października 2019
Ad Astra (2019) - James Gray
czwartek, 28 września 2017
The Lost City of Z / Zaginione miasto Z (2016) - James Gray
niedziela, 23 listopada 2014
The Immigrant / Imigrantka (2013) - James Gray
To zagadka, skąd u mnie tyle samozaparcia by przez bite dwie godziny trwać przed ekranem i śledzić historię tak nijako opowiedzianą. Bo to problem był podstawowy, kiedy pomysł, który zapewne i potencjał posiadał został sprowadzony do poziomu miałkiego ckliwego romansidła. By oddać po części sprawiedliwość twórcom - zrealizowanego technicznie profesjonalnie, szczególnie spostrzegając przez pryzmat samego obrazu, scenografii, całego anturażu w kolorystyce czy formie niemal archaicznych fotografii. Zagranego równie sprawnie, a chwilami wręcz porywająco, ale gdy na ekranie Joaquin Phoenix i Jeremy Renner to lipy warsztatowej nie ma i kropka. Sama Cottilard też mimo wszystko plamy nie daje, choć płytka psychologicznie postać przez nią kreowana szans na błyśniecie nie dała. Jest dobre rzemiosło, lecz nic poza tym, bo scenariusz to pozbawiony prawdziwych emocji, kiczowaty gniot, w ogólnym rozrachunku i finalnym efekcie realizacyjnym. Poniekąd tylko ratowany nie w pełni skutecznie obrazem i aktorskim rzemiosłem - zdjęcia dały radę, obsada także, treść niestety nie. Spodziewałem się zdecydowanie więcej, a zostałem bezlitośnie wymęczony, znudzony i poirytowany, że tylko czas bezwartościowo tracę. Teraz już za nim porwę się na melodramat (nawet z taką obsadą) przemyślę tą decyzję JESZCZE bardziej starannie.
P.S. Pominąłem kwestię akcentu
obcojęzycznych aktorów, gdy z polskim językiem próbują sobie radzić, bo i tak miałem sporo powodów do narzekania. ;)







