Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corrosion of Conformity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corrosion of Conformity. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2026

Corrosion of Conformity - Good God / Baad Man (2026)

 

Wieść przynosząc o osobistej opinii, ja rymując donoszę, że już totalnie akcji typu podwójny krążek studyjny nie znoszę! Zdzierżyć jeszcze dość bez oporu potrafię, jeśli nadprodukcja kawałków powoduje, iż grupa wydaje dwa osobne krążki pod tym samym tytułem, w kilku lub kilkunastomiesięcznym odstępie czasowym. Najlepiej oczywiście gdy proces twórczy tak doskonały, że oba wydawnictwa trzymają ten sam kapitalny poziom, bowiem wtedy rozumiem problem urodzaju i trudności w podjęciu decyzji, że coś równie dobrego jak coś innego ma wylądować w szufladzie. Znaczy to ni mniej ni więcej w kontekście informacji o formie nowego wydawnictwa Corrosion of Conformity tyle, że usłyszawszy ją, nie byłem happy i z góry podchodziłem do niego z gigantyczną rezerwą. Stało się jednak tak, iż jakość w moim przekonaniu Good God / Baad Man usprawiedliwia szeroką koncepcję, ale ciesząc się zespołu formą, nie mam jednocześnie odczucia wystrzelenia ekipy firmowanej facjatą Peppera Keenana ponad wysokie, ale zawsze gdzieś o pół albo poziom poniżej tego co równolegle robił Down standardy. Piszę tu rzecz jasna o tych materiałach gdzie stylistyki wybrzmiewają raczej bliźniaczo, a akurat najnowszą kolumbrynę (jest długa i bujając miażdży) jednoznacznie z tą gatunkową przynależnością identyfikować należy. Pójdę wręcz dalej z tezą, że gdyby ktoś mi powiedział o odpale Anselmo i niechęci do ponownego nagrywania z ziomami (wiem że tak nie jest), a jego miejsce na przedniej flance zajął Pepper, to mógłbym uwierzyć że to zapowiadany jest z hukiem powrót legendarnej super grupy. Nie uważałbym jednak tego ponownego przyjścia w chwale za nawet najlepsze dokonanie od czasu zamykającej lata temu studyjne pełnowymiarowe wydawnictwa trójki. Przyklasnąłbym że są i na powrót i bez trzymania się przyrzeczenia o nagrywaniu wyłącznie epek chwycili za instrumenty, ale na kolana bym nie padał, bo jak dla stonerowej ikony byłby to szczebel niżej od wszystkiego długo-grającego co dotychczas podarowali. Natomiast na układzie odniesienia CoC zawartość Good God / Baad Man trzyma się miary podobnej dwóch poprzednich (z naciskiem na No Cross No Crown), a na plus tego co obecnie na dwupłytowcu słyszę działają takie urozmaicające instrumentalne perełki jak Bedouin's Hand czy Mandra Sonos - wiążące ze sobą znakomicie te wokalne numery. Wygląda więc to tak, iż wszystko jest względne, a najistotniejszy jest układ porównania, stąd mój stosunek do nowego przysadzistego jest może całkiem stabilny, lecz odrobine różny w zależności w jakiej dyskografii to usadowić. :)

P.S. Jest przychylny, ale gdyby zmontować jednak z czternastu indeksów krążek dziesięcioindeksowy, to byłbym jeszcze przychylny bardziej! Tylko co bym wywalił to teraz nie wiem. Znaczy wiem, ale nie wiem czy jutro czy pojutrze nie byłoby to coś innego. 

czwartek, 3 września 2020

Corrosion of Conformity - In the Arms of God (2005)

 


Dopiero po 15-tu latach od premiery myślę (o niezrozumiale o trzy plany pięcioletnie spóźnione stany euforyczne! :)), iż In the Arms of God jest albumem (szukam słowa niebanalnego, ale go nie znajduję), więc napiszę najzwyczajniej że świetnym i kropka. Odejmę z tych lat piętnastu by być precyzyjnym dwa i pół roku, gdyż przełom w ocenie nastąpił tuż po wydaniu równie ekscytującego No Cross No Crown, a on sam stał się sprężyną motywującą do ponownego rozpoznania krążka z 2005-ego roku. Co za tępy typ ze mnie (szczerze), że już od premiery się na nim nie poznałem i trzeba było lata czekać na zmianę mylnego pierwszego wrażenia - obsłuchać się na tyle dużo dobrych dźwięków, by gust odpowiednio wyprofilować. Dać szansę zauważyć "głuchemu" pozbawioną najmniejszej kalkulacji szczerość i potknąć mu się o własną szczękę w kontakcie z intrygującym ciężkim riffem i mocarnym surowym brzmieniem inspirowanym retro graniem. Zachwycić płynącym z tej pozbawionej nachalnych oczywistości hybrydy bluesującego hard rocka, jakkolwiek to brzmi antydepresyjnego doom metalu i co fundamentem dla stylistyki CoC z Pepperem na pokładzie, bujającego stonera. Teraz już to czuję i potwornie żałuję, że prawdziwe męskie granie z łapy bez wizerunkowego pajacowania nie doceniłem, gdy okoliczności po raz pierwszy mnie z In the Arms of God skojarzyły. 

P.S. Dodam tylko, choć mógłbym sobie śmiało darować dorzucania tego zdania jednego (wyszły jednak aż trzy) - że nie wiem czy wolę Down czy Corrosion of Conformity? Zrobię tak - dzisiaj króluje CoC, jutro dominować będzie Down. I tak na zmianę, póki co. :)

niedziela, 19 stycznia 2020

Corrosion of Conformity - Wiseblood (1996)




Historia Corrosion of Conformity jest pełna ostrych zakrętów, w tym zmian składów i powrotnych przekształceń stylistycznych. Coś nagrali, jakiś status sobie wypracowali, względny sukces komercyjny w połowie lat dziewięćdziesiątych osiągnęli, lecz zawsze kiedy całkiem nieźle wokół kapeli się układało, to ktoś miał inne plany, różne wizje czy nawet osobowościowe niesnaski zespołową chemię zaburzały. Pierwszy okres (temat spłaszczając hard core'owy) dał im nienajgorszy start nazwę na scenie czyniąc rozpoznawalną, ale właściwym impulsem do wyjścia poza underground okazało się dołączenie do składu Peepera Keenana i być może skrzywdzę tym samym założycieli zespołu, ale styl jaki wraz z nim zaczęli proponować mnie akurat zdecydowanie lepiej leży i nie wyobrażam sobie tej grupy bez tego gościa, o czym też jej dyskografia w statystykach rynkowego popytu wyraźnie świadczy. Nie jest tak, że każdorazowa rejterada Peepera prowadziła do koszącego lotu w kierunku gleby, ale żadna z płyt bez jego udziału nie może się równać w skali popularności tym, na których daje głos i dorzuca kilka swoich riffów. Zatem jeśli buduje na stronach NTOTR77 historię CoC w krążkach zapisaną, to w pierwszej kolejności i siłą rzeczy muszą to być te albumy lepiej się podówczas sprzedające. Naturalnie zatem jeśli o Deliverance już było, to będzie o dwa lata później wydanej Wiseblood, która poniekąd może wydawać się bliźniaczą ze starszą siostrą, a w rzeczywistości trzymając w ogólności obrany wcześniej kurs, to jednak nie wskakuje na ten sam poziom w mainstreamowym układzie odniesienia. To jest tak, że na Wiseblood nie ma hiciora na miarę Albatross i nawet Clean My Wounds, mimo że singiel do którego klip zmontowano też oscyluje wokół charakterystycznego dla wspomnianych przebojów drive'u. Drowning In a Daydream, bo jego oczywiście mam na myśli, absolutnie nie może być w takim zacnym towarzystwie skrytykowany, ale z całym szacunkiem w moim przekonaniu to nie on decyduje o wartości pełnego krążka. Z perspektywy czasu i licznych ostatnio odsłuchów mam przekonanie, że tak jak o powodzeniu Deliverance decydowała rola dwóch wspomnianych liderów, tak o wartości Wiseblood świadczy gra zespołowa wszystkich trzynastu kompozycji (zamykający quasi medley mniam, mniam). W spójności ich siła grupowa, w monolitycznej konstrukcji, gdzie nic nie wychodzi przed szereg i solidarnie pracuje równie ciężko na efekt, który nie stracił się po kilku latach, kiedy trendy przeminęły, a hity innych większych gwiazd gasły od ilości odtworzeń w najlepszych porach oglądalności telewizji muzycznych. Szczęśliwie wszystko co CoC napisali od czasu Blind się nie zdewaluowało, a wbicie się w popularność grunge'u nie wymiotła z nich radykalnego ducha punka i hard core'a na tyle, by w kompozycjach z pary Deliverance-Wiseblood obok kwitnących chwytliwych motywów nie wzrastała też surowa otoczka dla łobuzerskiego blues'a. Bowiem bas bulgoce, bębny łomocą, riffy rzężą, solówki są strasznie przyjemnie rozochocone, a wokal wciąż po sztubacku nonszalancko wypełnia przestrzeń. I to mnie się podoba, to mnie trzyma przy Corrosion of Conformity! Oczywiście tym z Peeperem! :)

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Corrosion of Conformity - Deliverance (1994)




Uważam, iż Corrosion of Conformity najbardziej do twarzy w składzie z Pepperem i wyraz swego zadowolenia z ostatnich wydarzeń w obozie grupy dałem już przy okazji No Cross No Crown. Pokłosiem faktu, iż pełnymi garściami inspiracje znów czerpać zaczęli ze swych dotychczasowych najlepszych krążków było moje ponowne okazałe zainteresowanie Deliverance i Wiseblood. Tak się złożyło, że gdy Deliverance na świat Anno Domini 1994 przyszło (bo to dobry rok był) to akurat do mnie swym pomysłem na stoner/southern/grunge od razu nie trafiło. Znaczy nie mam tutaj na myśli, iż muzyka nie przypadła mi do gustu, tylko że ja o tej płycie wówczas w ogóle nic nie słyszałem. Dwa klipy z pewnością dość często w stacjach pokroju MTV śmigały i dziwi mnie, że Albatross i Clean My Wounds nie zapamiętałem.  Te bezdyskusyjne hiciory z całego longa się wyróżniają, bo na tle reszty przyklejają się do ucha nieprawdopodobnie skutecznie. Jednak nie samymi chwytliwymi wałkami Deliverance stoi, choć jego siła promocyjna na nich w decydującym stopniu była oparta. Deliverance z mojej, bardziej współczesnej, pozbawionej intensywnego sentymentu perspektywy, to mocny i zwarty, bo prócz waloru przebojowego także konkretnie warczący krążek, gdzie twarde riffy idealnie współbrzmią z nieprzekombinowanymi solówkami i surowym wokalem Peppera. Poza tym album nie nudzi, gdyż pomiędzy właściwe kompozycje wklejono z wyczuciem kilka czysto instrumentalnych miniatur, które urozmaicają konkretną rockową młóckę. Tak sobie teraz poszukuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego wówczas, te prawie ćwierć wieku temu Deliverance nie zyskało popularności podobnej do tej która stała się nie szukając daleko udziałem przykładowo największych płyt Alice in Chains, Soundgarden i nawet Kyuss? Czyżby to była jednak inna wrażliwość muzyczna i inna nieco publiczność słuchała krążków CoC? W tej muzyce niewątpliwie jest więcej surowości, a mniej napędzającej fejm nośnej chwytliwości, czego paradoksalnie dowodem są wyróżniające się na tle pozostałych kompozycji, zarówno Albatross jak i Clean My Wounds. Gdyby cały long wypełnili numerami z podobnym ofensywnym zacięciem, wtedy na ówczesnej grunge'owej fali by wypłynęli, a ich nazwa obok największych tuzów byłaby wymieniana. Wtedy jednak Corrosion of Conformity nie posiadałby swej odrębnej tożsamości, tej charakterystycznej mocno krętej historii i być może dla własnej zguby nie uniósłby ciężaru jaki z mega rozpoznawalnością jest związany. Może chcieli być wielcy, ale takich rozmiarów przybrać nie "umieli", albo "umieli" ale na przekór oczekiwaniom nie chcieli? :)

wtorek, 6 lutego 2018

Corrosion of Conformity - No Cross No Crown (2018)




Dziwna to zaiste, a na pewno niecodzienna sytuacja, że bez jednego ogniwa w składzie zespół całkowicie zmienia tożsamość. Jak pośród muzyków Corrosion of Conformity Pepper Keenan zaistnieje, to z miejsca numery pełne są tej południowoamerykańskiej duszy, bujają i w stronę stonera się zwracają? Kiedy zabraknie Peppera, zrazu muzyka skręca na tory hardcore’owe z punkowym sznytem i zamiast kapitalnego groove’u dostajemy totalną surowiznę. Jest to poniekąd zrozumiałe, bo każdy fan grupy wie, że zanim lata temu gość do grupy dołączył, to ona surowym łojeniem się parała, a stery w łapach innego wodza były trzymane. Inną sprawą jest zaś to, iż każda rejterada Peppera zmienia formułę muzyczną, ale pozostawia ten sam szyld i finalnie, co kilka lat ukazują się na przemian krążki w poszerzonym i zubożonym składzie. Chociaż nie wszystko to co z Keenanem nagrali okazało się złotem, to nie mam wątpliwości, iż filozofia grania z nim dużo bardziej mi pasuje i te właśnie klasyczne albumy w rodzaju Deliverance i Wiseblood cenię dużo bardziej od wściekłych Eye for an Eye, Animosity czy też tego, co spłodzili w okrojonym składzie już w XXI wieku. Cieszy mnie zatem okrutnie fakt, że No Cross No Crown, to jawny ukłon w stronę grania z tego okresu i jest dla mnie on tym większym zaskoczeniem, że za cholerę nie spodziewałem się tak kapitalnie luzackich i przez to niewymuszenie przebojowych numerów. To niby te same chwyty, te same pomysły na aranżacje, ta sama witalna chemia pomiędzy muzykami, ale jednocześnie że tak niespodziewana, to tak bardzo świeża. Niby nic nowego, czasem nawet nieco topornego bo klasyka rozwiązań dominuje, ale w jakiś sposób magnetycznego przez co nienużącego. Bo swoje robi też konstrukcja krążka, znaczy powrzucanie pośród numerów z twardych riffów zbudowanych, miniaturek istotnie album urozmaicających. I nawet zamykający cover (tak Queen) idealnie wpisuje się w tą intuicyjną linię, pasuje w tej formie doskonale do całości, zamykając No Cross No Crown” z klasą. Cóż, Down śpi obecnie, to i Corrrosion of Conformity wykorzystując tą ciszę, w tej gatunkowej przestrzeni króluje. :)

Drukuj