Wieść przynosząc o osobistej opinii, ja rymując donoszę, że już totalnie akcji typu podwójny krążek studyjny nie znoszę! Zdzierżyć jeszcze dość bez oporu potrafię, jeśli nadprodukcja kawałków powoduje, iż grupa wydaje dwa osobne krążki pod tym samym tytułem, w kilku lub kilkunastomiesięcznym odstępie czasowym. Najlepiej oczywiście gdy proces twórczy tak doskonały, że oba wydawnictwa trzymają ten sam kapitalny poziom, bowiem wtedy rozumiem problem urodzaju i trudności w podjęciu decyzji, że coś równie dobrego jak coś innego ma wylądować w szufladzie. Znaczy to ni mniej ni więcej w kontekście informacji o formie nowego wydawnictwa Corrosion of Conformity tyle, że usłyszawszy ją, nie byłem happy i z góry podchodziłem do niego z gigantyczną rezerwą. Stało się jednak tak, iż jakość w moim przekonaniu Good God / Baad Man usprawiedliwia szeroką koncepcję, ale ciesząc się zespołu formą, nie mam jednocześnie odczucia wystrzelenia ekipy firmowanej facjatą Peppera Keenana ponad wysokie, ale zawsze gdzieś o pół albo poziom poniżej tego co równolegle robił Down standardy. Piszę tu rzecz jasna o tych materiałach gdzie stylistyki wybrzmiewają raczej bliźniaczo, a akurat najnowszą kolumbrynę (jest długa i bujając miażdży) jednoznacznie z tą gatunkową przynależnością identyfikować należy. Pójdę wręcz dalej z tezą, że gdyby ktoś mi powiedział o odpale Anselmo i niechęci do ponownego nagrywania z ziomami (wiem że tak nie jest), a jego miejsce na przedniej flance zajął Pepper, to mógłbym uwierzyć że to zapowiadany jest z hukiem powrót legendarnej super grupy. Nie uważałbym jednak tego ponownego przyjścia w chwale za nawet najlepsze dokonanie od czasu zamykającej lata temu studyjne pełnowymiarowe wydawnictwa trójki. Przyklasnąłbym że są i na powrót i bez trzymania się przyrzeczenia o nagrywaniu wyłącznie epek chwycili za instrumenty, ale na kolana bym nie padał, bo jak dla stonerowej ikony byłby to szczebel niżej od wszystkiego długo-grającego co dotychczas podarowali. Natomiast na układzie odniesienia CoC zawartość Good God / Baad Man trzyma się miary podobnej dwóch poprzednich (z naciskiem na No Cross No Crown), a na plus tego co obecnie na dwupłytowcu słyszę działają takie urozmaicające instrumentalne perełki jak Bedouin's Hand czy Mandra Sonos - wiążące ze sobą znakomicie te wokalne numery. Wygląda więc to tak, iż wszystko jest względne, a najistotniejszy jest układ porównania, stąd mój stosunek do nowego przysadzistego jest może całkiem stabilny, lecz odrobine różny w zależności w jakiej dyskografii to usadowić. :)
P.S. Jest przychylny, ale gdyby zmontować jednak z czternastu indeksów krążek dziesięcioindeksowy, to byłbym jeszcze przychylny bardziej! Tylko co bym wywalił to teraz nie wiem. Znaczy wiem, ale nie wiem czy jutro czy pojutrze nie byłoby to coś innego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz