Wiadomo że Coenowie za jaki gatunek się nie zabiorą, to dodają jemu konkretnemu i skrupulatnie wybranemu, szczególny sznyt własny - zawsze zachowując jednakowoż tegoż gatunku wydestylowany idealnie płynny stylistyczny rdzeń i nie inaczej jest w przypadku Ścieżki strachu. Gangsterka tradycyjna tutaj poszła pod groteskowy filtr coenowy - kapitalny przekornie kolorowy noir, nabrał cech nieco innych niż za czasów, gdy takież gatunkowe kino święciło największe triumfy. Mafia włoska i irlandzka w policyjno-politycznej siatce układów i indywidualnych kiwek. Co kto komu zawinił i jakie w związku nastąpią ruchy na zdradzieckimi posunięciami opanowanej szachownicy, gdzie gra się niekoniecznie oczywiście czysto o wpływy, finansowe korzyści oraz namiętności. Oczywiście też o katalogu prostych gangsterskich zasad, lojalności w zasadzie w świecie teoretycznie zasad pozbawionym. O miłości ślepej, zaborczej w praktyce i w kontrze teoretycznie prawdziwie odwzajemnionej, tak jak i o zdradzie, w którą wkomponowują się te wszystkie powyższe. Wszystko podkreślone, najwyraźniej jak możliwe dookreślone poprzez przesadę, jaka nie wynika wyłącznie z groteskowego oblicza coenowskiego kina, ale jest częścią gatunkowej tradycji i ogrywania powszechnie dostępnych klisz gatunkowych. Tak więc pojazdy dziurawione są z rozmachem, trup się ścieli gęsto, pada pod gradem pocisków wystrzeliwanych z legendarnego pistoletu maszynowego marki Thompson. Jedno charakter stylu, drugie dbałość o sceniczne szczegóły, znaczy że na tej scenie gdzie wystawiany jest spektakl filmowy zwraca się mocno uwagę na scenografii detale, a trzecie umiejętność wpływania na jakość gry zatrudnionej obsady, a ona to poziom hiper i mega wyrazisty. Poetyka kreowania obrazu w Ścieżce jest obłędna, organizacja sceny ale i dla niej tła zasługująca na wszelkie entuzjastyczne uznanie, tak samo jak wyczesane kreacje hollywoodzkiej ówczesnej aktorskiej śmietanki - w tym ulubieńców braciszków. Zgadzam się że Ścieżka to kwintesencja czarnego gangsterskiego kryminału i dodaje, iż też dobrej kinowej (rozrywkowej) zabawy synonim. Bo to Coenowie przecież!
sobota, 28 grudnia 2024
środa, 5 czerwca 2024
Drive-Away Dolls / Żegnajcie laleczki (2024) - Ethan Coen
Połowa
coenowskiego duetu wbija
z lesbijskim
kinem
drogi o ironicznym rozkminaniu nie tylko życia seksualnego (dildo walce z hipokryzją), tyle że
w nieco
kreskówkowym
wydaniu z gangsterami, dekapitacją
oraz rzecz jasna
z
bardzo odjechanym poczuciem
humoru. Rodzaj z wierzchu absurdalnej, formalnie kameralnej odysei na podstawie scenariusza Ethana i kogoś kto jest
braciszków prawa ręką od montażu od wielu laty. Nie wiadomo czy
zarys
scenariusza
to pomysł jego czy Tricii
Cooke,
skoro jednak
młodszy z braci
poświęcił czas i w dość skromnym wydaniu (bo pieniądza tu
hollywoodzkiego nie czuć) zdecydował
się pójść w projekt, musiał w nim widzieć dla wyrażenia swych przekonań potencjał, a co
najmniej jakiś urok.
Akurat
efekt jaki uzyskano nie wzbudził entuzjazmu krytyki, ani chyba też
statystycznego widza nie zachwycił, bo recenzje i oceny raczej do z
dumą noszonej głowy Ethana nie zobowiązały, a wręcz przeciwnie
jeśli naczytał się ów opinii i
wziął je do siebie (nie wierzę :)),
to ze zwieszonym łbem przysiadł zapewne na kanapie. Nie pocieszę
zbytnio jednej drugiej nieraz docenianego tandemu, ale daje do
zrozumienia, iż ja w tym urok dostrzegłem, nawet jeśli kojarząc
się z lekka z Arizona Juniorem, znacznie skromniej i z mniejszą swadą, bowiem bez tej
petardy w realizacji wypada, to w
sumie „laleczki”
są
fajną
jazdą
bez zobowiązań, gdzie na przykład
psychodeliczne marzenia senne oraz
wiele sprośnych
i dosadnych powodów do poczucia niesmaku dla konserwy, jaka jestem
pewny najnowszym filmem Ethana się nie zainteresuje - zatem bez obaw.
Może miała wyjść grubsza satyra - pastisz własnego stylu, który odbije się
szerszym, a przynajmniej pozytywniej opiniowanym echem, bądź nie
było jakichkolwiek oczekiwań i mistrzunio chciał zrobić film na
pełnym luzie, odnoszący się do, a może wręcz świadomie
podpierający się niedosłownymi ale autocytatami za symboliczne
pieniążki. Jestem zaskoczony w
sumie, bowiem nie należę do największych fanów tych najbardziej
niepoważnych filmów Coenów i nie piałem z zachwytu po seansie na
przykład Bracie gdzie jesteś? (a tu też czuć tenże), a jednak
„laleczki” zdobyły moją sympatię, prawdopodobnie trafiły do
mnie aktorsko (uważam że świetnie dziewczyny wypadły), a i grube dowcipasy oraz ten szlif kolażowy też fajny. Nie droczę się, nie jestem przekorny, chociaż lubię. :) Niech miłość ugryzie Was po prostu w dupę!
wtorek, 4 października 2022
Raising Arizona / Arizona Junior (1987) - Ethan Coen, Joel Coen
P.S. Jak chcecie rozbijać dzieło Joela i Ethana na atomy, roztrząsać kogo te więzienne sceny i wizyta szwagra tfu majstra z roboty z dzieciakami zainspirowały jak i doszukiwać się czym się inspiruje i do czego nawiązuje i zamiast skoncentrować na tym co kluczowe, dokonywać filmoznawczych analiz w atmosferze intelektualnej deliberacji, to idźcie stąd na przykład tam, albo tam, bowiem jest mnóstwo miejsc zdatnych bardziej do rozkminiania i jeszcze więcej przemądrzałych dupków, którzy zamiast się uczyć pragną pouczać, popisując się swoją żałośnie ślepą elokwencją. Skończyłem! :)
piątek, 27 maja 2022
The Hudsucker Proxy (1994) - Ethan Coen, Joel Coen
Kąśliwa satyra na korporacyjną rzeczywistość. Bliska orwellowskim wzorcom, ale wprost nawiązująca do klasycznego hollywoodzkiego kina Franka Capry. Malowniczo zainscenizowana, tak że dla oczu przyjemności nie szczędząc, fantastycznie w ten bogato dekorowany świat wciąga. Tak nie tylko po coenowsku wszystko architektonicznie i charakterologicznie zaaranżowane, bo czuć inspiracje burtonowskie, także oczywiste skojarzenia z fantazjami gilliamowskimi - jakby forma miała dominować nad treścią pozornie, a przekornie treść tu równie istotna, bo to przecież film zacnych i szczwanych intelektualistów. Postaci intensywnie jaskrawą kreską szkicowane, więc i mocno groteskowo przerysowane, aż po skrajnie wręcz karykaturalna pozę, aby wyraziście wyciągnąć z nich ich immanentną absurdalność i poddać dosadnie prześmiewczej interpretacji. To nie jest jednak to co Kosy najbardziej u Coenów lubią, bo lepiej kiedy mniej symbolicznego szaleństwa komedyjkowego, a więcej surowego realizmu. To jest bezdyskusyjnie gites i w punkt, ale aby nie poczuć w trakcie seansu znużenia i nie doświadczyć poczucia niezrozumienia, trzeba się zawsze na taką formułę przestawić i odpowiednio do niej i od niej zdystansować. Wtedy jest fajnie i można się doskonale wyluzować wciągając w daleką od banalności satyrę oraz rozkoszować genialnym mimicznie aktorstwem.










