Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian De Palma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian De Palma. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2026

Blow Out / Wybuch (1981) - Brian De Palma

 

Klasyczny motyw, przypadkowy człowiek w okolicznościach które wciągają go w poważną dramatyczną intrygę. Punkt wyjścia z którym można w kinie w różne kierunki pójść i zbudować bardzo ciekawą, angażującą historię, opowiadaną tak schematyczną, bądź oryginalną narracją. Dowolność na wyciągnięcie ręki, a De Palma mając tą świadomość decyduje się na zmieszanie w tyglu wielu cytatów z różnych reżyserskich styli (proszę sobie wpisać kogo skojarzyliście), jak i wizualnego czy związanego z pomniejszonymi ambicjami kina klasy B, z wysokiej precyzji kinem najwyższych dramatycznych lotów. To zarówno bardzo wyraziste kolorystycznie i dźwiękowo, z tego rodzaju sensacyjną stylistyką powiązane kino, jak i całkiem interesująco skomplikowany scenariusz, z wciągającym i zmuszającymi do kombinowania, rozwiązywania tajemnicy wątkami. Obyczajowo-polityczny skandal związany z okolicznościami śmierci gubernatora, w atmosferze thrillerowej dusznej presji, w oddychającej sztucznym światłem neonowej oprawie wielkiego, pełnego ruchu i zgiełku miasta. Sklejony ze sprzeczności, kiczu świadomego i warsztatowej finezji, w takiej konfiguracji i w takiej metodzie zaskakująco spójny i wart komplementowania. Klasycznie wykorzystujący poezję złożonego ruchu i dynamiki, choreografię postaci centralnych i mrowia statystów, według starej szkoły i w obrębie dostępnych w owym czasie technik oraz narzędzi operatorskich, montażowych. Patrz scena z wirującą kamerą, obracającą się wokół własnej osi, czy częsty u De Palmy rzut z perspektywy sufitu, bowiem lubi on widowiskowość i też jak widzę od zdaje się tego momentu przywiązał się do przestrzeni dworca, bo pamiętam ją przecież z Nietykalnych i Życia Carlita bodaj, więc sobie skojarzyłem, gdy rozbudowane sceny z napięciem w takiej lokacji tutaj też nakręcił.

piątek, 2 sierpnia 2024

Body Double / Świadek mimo woli (1984) - Brian De Palma

 

Brian De Palma po fenomenalnym uwspółcześnionym remaku Człowieka z blizną robi film. Robi film zaskakujący, odważny, niepoważny, campowy i wychodzi mu film na dwoje babka wróżyła, bo opinia się podzieliła. Powstaje obraz bardzo specyficzny, przyjęty nieszczególnie gorąco i raczej z perspektywy czasu zapomniany w filmografii reżysera. Trochę w połowie hitchcockowskie kino (nie tylko przez to podglądactwo z okna jednak nie na podwórze), bowiem w zupełnie innych okolicznościach miejsca i czasu, a i skupione jednak na odmiennych też niuansach (ta zamierzona estetyka kiczu) i w ogólności gdyby nie druga faza, niczym odcinek telenoweli przeniesiony w bardziej szerokie, wypasione plenery, lokacje, bądź Colombo czy innego Kojaka jeden z epizodów (Kojaka nie, wróć!) - taka tu aktorska przesada. Efekt uzyskany jest zwyczajnie groteskowy, przerysowany i tandetnie naciągany. Akcja niby względnie wartka, a nudą irytującej maniery jednak trąca. Pomysł niby sztampowy (faza pierwsza), a jednak w połowie rozwija się w kierunku takim o jejku włochatym i robi się z tego dziwaczny misz masz konwencji. Poza tym odważnie na golaska Melanie Griffith i przez moment w garniturku Frankie Goes to Hollywood ze swoim największym wyluzowanym hitem w pikantnej klubowej oprawie się pojawia. Dużo tego za dużo, choć w stu procentach intencjonalnie, stąd też wręcz budzący uśmieszek, ale nie aż tak gigantyczny by z poczuciem politowania mieć do czynienia. Mógł krytyków w sumie podzielić, a gdybym był jednym z nich, to bym się długo nie wahał i stanął pomimo wszystko po stronie nie zachwyconych, bo trochę bez sensu.

wtorek, 5 marca 2024

Carrie (1976) - Brain De Palma

 

Sławna obecnością golizny i krwi menstruacyjnej kontrowersyjna czołówka w jednej z najbardziej znanych wczesnych produkcji Briana De Palmy. Nakręconej na podstawie poniekąd najintensywniejszej z bestsellerowych powieści Stephena Kinga - cholernie makabrycznej, ale i przez udział artystycznego spojrzenia De Palmy na obraz, także posiadającej charakterystyczny mroczno-krwisty urok wizualny. Siódma (jeśli dobrze policzyłem) z drugiej dekady pracy filmowa robota zasłużonego hollywoodzkiego reżysera, który zdaje się prawdziwą sławę zdobył dopiero w latach osiemdziesiątych i debiutancka powieść najgłośniejszego mainstreamowego prozaika, zapewniająca mu już od startu ogólnoświatową sławę oraz opinię speca - autora w przyszłości przede wszystkim tworzącego w segmencie literatury grozy. Powieść bardzo bezpośrednia i jednoznaczna gatunkowo, jednako z głębszym przesłaniem traktująca o upokarzaniu, przez pryzmat udręki jaką przynosi w rożnych formach (nastolatki, matka), bowiem jak domniemam King ukazując takież dręczenie jako zło rodzące zło, pragnie powiedzieć, iż upokarzanie jest instynktowne i takie bardzo niestety ludzkie. Plastycznie i operatorko jako film sugestywna (wirujące ujęcie od którego praktycznie zakręciło się w głowie), doskonale zagrana (młodziutka Spacek przede wszystkim) historia klasycznie dramatyczna i zarazem odważnie brutalna opowieść fantasy o nieśmiałej, odrzuconej i prześladowanej przez grupę rówieśniczą dojrzewającej uczennicy posiadającej zdolności telekinetyczne, wychowanej ku swojej zgubie dodatkowo przez ekstremalnie religijnie nawiedzoną matkę wariatkę. Rozrywkowa produkcja w założeniu z lekkimi ambicjami, lecz za bardzo nie wychodząca poza gatunkowe ramy młodzieżowego kina z dreszczykiem. To też więc dowód, że większość tych bestsellerów Kinga, to taka taniocha ekranizacyjna, często powielająca schematy i skupiająca się na infantylnym fasadowo szokowaniu. Nawet jeśli sam King nie jest jako intelektualista pozbawionym błyskotliwości nudnym oratorem, a Brian De Palma pierwszym lepszym jego książki przekładającym na język filmu wyrobnikiem.

wtorek, 2 lipca 2019

Casualties of War / Ofiary wojny (1989) - Brian De Palma




Tak z perspektywy więcej niż chwili od momentu, kiedy po wielu latach na nowo seans z Casualties of War odbyłem, zadaje sobie pewnie bez większego dla aktywowanych emocji znaczenia pytanie. Czy to była swego rodzaju odpowiedź De Palmy na genialny Pluton Olivera Stone'a? Jest bowiem w niewątpliwie równie poruszających Ofiarach wojny sporo podobieństw, zaczynając od uniwersalnego dla sytuacji umieszczenia w centrum narracyjnym młodego mało świadomego chłopaka, rzuconego w sam środek wojennego koszmaru, po czysto antywojenną wymowę dzieła. Film zaczyna się bez zbędnych rozbudowanych wstępów i legendy na prędko postaciom skleconej, od sceny, która z miejsca przenosi nas do czasu i miejsca właściwej akcji. Ujęcia kamery właściwie są takie jakich można się od zawsze po stylu De Palmy spodziewać - pomimo to charakterystycznych dla ręki reżysera ekspozycji postaci jest mniej, bo może konwencja wymagała większej ostrożności w wykorzystywaniu tychże podręcznikowych pomysłów. I chociaż poza samą treścią z miejsca uderzającą w wrażliwość, to zdjęcia wraz z muzyką Ennio Morricone stanowią największy atut obrazu De Palmy, to wstydem byłoby niezauważenie jednorazowo względnie skutecznej próby zrzucenia z siebie przez Michaela J. Foxa łatki aktora jednej kultowej dla kina rozrywkowego roli oraz niedostrzeżenie potencjału jaki tkwił już wtedy w zaledwie dwudziestodziewięcioletnim Pennie, jak i wreszcie niewychwalenie niestety jak się okazuje niespełnionego w wielkim i ambitnym kinie Dona Harvey’a. Dobre aktorstwo i poruszająca historia opowiedziana z wyczuciem materii i szacunkiem dla formy, która naturalnej dla kina głębokich emocji egzaltacji nie sprowadziła do tandetnej manieryczności, mimo że momentami balansowała na granicy prześladujących mnie wątpliwości. Finalnie jednak w moim subiektywnym odczuciu jej nie przekroczyła, a ukazała autentycznie potworną wojenną rzeczywistość, z zatraceniem człowieczeństwa wyeksponowanym w pierwszym rzędzie, zarówno w mikro skali jednej żołnierskiej drużyny jak i skali makro, w znaczeniu zdyscyplinowanego zamiatania pod dywan okrucieństw przez dowództwo. Młodzi, kompletnie niedojrzali żołnierze w obliczu permanentnego stresu, napięcia i strachu przed śmiercią, w przekonaniu, że przetrwać mogą wyłącznie bardziej zdeterminowani (więc my was zabijemy, albo wy nas życia pozbawicie), z wdrukowaną teoretycznie i potwierdzoną w praktyce codziennego obcowania z zajadłością, bezkarnością w obliczu prawa i nienawiścią do wroga, odbierającą mu atrybuty istoty czującej. W wymiarze pragmatycznym czyste barbarzyństwo, w sensie obłędu wojennej pożogi i całkowitej kapitulacji wartości, na rzecz moralnego upadku. Instynkty w roli głównej, siła przemocy i argument siły. Niska świadomość podłego czynu i usprawiedliwiająca rola okoliczności. Ale jednocześnie i nadzieja w totalnym zdziczeniu zwykłych ludzi funkcjonujących przez moment w niezwykłych uwarunkowaniach, niczym głos prawdziwej odwagi z ciała o jeszcze nieprzetrąconym kręgosłupie moralnym. Skądinąd też w poruszającym scenariuszu opartym na autentycznych relacjach świadków jedna fundamentalna i niepodważalna prawda – w konfliktach zbrojnych nie ma zwycięzców i przegranych, są wyłącznie ich ofiary. Ofiary wojny. 

piątek, 26 kwietnia 2019

The Untouchables / Nietykalni (1987) - Brian De Palma




Pierwsze moje spostrzeżenie sprowadzone do przekonania, iż film z 1987 roku obejrzany w roku 2019, to jak obejrzany w 1987 obraz z 1955. :) Zatem natychmiast uświadamiam sobie jaki szmat czasu od premiery The Untouchables upłynął i w jak licznych okolicznościach już go oglądałem - stąd jak mocno z tymi seansami emocjonalnie jest powiązany. Bowiem jest to ten rodzaj klasyka, który był tak samo atrakcyjny dla kilkunastolatka, potem młodzieńca już względnie dojrzałego, jak i obecnie dla człowieka poniekąd już wiekowego. Nie dziwi więc, iż moja osobista więź emocjonalna z nim jest szczególnie silna, a krytyczny zmysł w kwestii oceny znacznie osłabiony. Historia ujęcia Alfonso Capone’a, najpopularniejszego mafijnego gangstera okresu amerykańskiej prohibicji, przez młodego nieopierzonego agenta federalnego, potraktowana jest według wymogów kina hollywoodzkiego z rozrywkowym dystansem, lecz też niepozbawiona poważnego wymiaru i kapitalnie, wręcz szkoleniowo wykorzystująca podatność widza na bezpośrednie bodźce emocjonalne. Pozwolę sobie w przypływie nostalgii zauważyć, że kiedyś to potrafili genialnie żenić dramaturgię wydarzeń z czystą rozrywką i nawet, jeśli przez wzgląd na płytko potraktowane fakty można mieć pretensje do zgodności "prawdy czasu i prawdy ekranu", to widz w kinie i tak przeżywał fantastyczną przygodę i wychodził z seansu z poczuciem silnej identyfikacji z pozytywnymi jej bohaterami. Potrafił to robić swego czasu doskonale Brian De Palma, a Nietykalni bezdyskusyjnie stanowią obok okrutnie na serio nakręconych Ofiar Wojny i Człowieka z blizną znakomity przykład kina, które było skazane na sukces, gdyż w tym konkretnym przypadku właśnie miało aspiracje typowego blockbustera, czerpiącego pełnymi garściami z klasycznej receptury kina gangsterskiego z lat trzydziestych i czterdziestych. Są tutaj sceny brutalne, są też takie o wymiarze kultowym i symbolicznym, a i słodyczy oraz subtelności w kilku momentach bez większej przesady też doświadczamy. Wszystkie je łączy jeden wspólny mianownik wiążący się ze skutecznym, autentycznie zaangażowanym ich odbiorem, będąc rzecz jasna świadomym, że jest to rodzaj manipulacji emocjami z wykorzystaniem standardowych w branży filmowej metod oddziaływania. Mimo to są one po pierwsze sprawnie zaaranżowane artystycznie i warsztatowo, po drugie wyraziste i po trzecie idealnie wyważone, aby nie wzbudzały poczucia natrętnego sterowania emocjami. Gwiazdorska obsada jadąca niemal gremialnie na tzw. autopilocie nie przeszkadza w uzyskaniu doskonałego efektu, a barwna paleta muzycznego wspomagania skomponowana przez wielkiego Ennio Morricone potrafi w niejednym fragmencie uchwycić widza na totalnym zatopieniu w ramionach opowiadanej historii. I żeby nie było zbyt idealistycznie i w oderwaniu od współczesnych trendów recenzenckim mało krytycznie, dodam tylko, że dzisiaj największe dzieła przygotowuje się z większą pieczołowitością i przywiązaniem do roli detali, ale z drugiej strony już w nie tak mocno przemawiający do wyobraźni sposób. To jest właśnie ta przewaga ambitnego kina współczesnego, ale tylko w jego wymiarze intelektualnym, gdyż akurat dzisiejsze przeboje kasowe nie mają właściwie startu do tych ze złotej ery kina. Nawet jeśli akurat oblicze Nietykalnych jest chwilami świadomie mocno przerysowane (bo trudno obecnie o pełną powagę, gdy stróże prawa to niemal postacie z super mocami, a sceny z ich udziałem traktowane są z przesadzoną atencją godną opery) to jako część mojego dzieciństwa i dorastania nie podlegają racjonalnej krytyce (za co na wstępie przepraszałem :)). Tak jak nie czepiam się nigdy zjawiska jakim są przygody Indiany Jonesa, tak nie mam powodu by docinać takiej walce o sprawiedliwość w wykonaniu Eliota Nessa. :)

wtorek, 4 grudnia 2018

Carlito's Way / Życie Carlita (1993) - Brian De Palma



Górna półka klasycznego kina gangsterskiego, chociaż oglądana dzisiaj już nie kopie tak mocno, jak niegdyś pamiętam czyniła - niegdyś, kiedy byłem dojrzewającym, kształtującym intensywnie gusta młodzianem, biegającym z zapałem do wypożyczalni po vhs-y. :) Wtedy to ekranowe odkupienie Carlito Brigante, latynoskiego oprycha na emeryturze uciekającego bezskutecznie przed przeszłością, przed którą (jakżeby inaczej) zbiec się nie da, bo ona jak bumerang powraca poprzez stare znajomości, dawne zaszłości i koneksje, które wówczas atutem, a dziś już tylko kulą u nogi mogącą w każdej chwili zatopić w bagnie półświatka lub w konfrontacji z ambitnym stróżami prawa. Produkcja z obfitych dla gatunku lat dziewięćdziesiątych, sygnowana nazwiskiem legendarnego Briana De Palmy, z aktorstwem pierwszorzędnym, gdzie głównie rola Pacino stanowi zachwycający popis jak grać, robić to niby jak zawsze, ale robić to za każdym razem z nową świeżością, ogromną energią i przekonującym autentyzmem. Z kilkoma twarzami w obsadzie, wtedy jeszcze z dalszego planu, które wkrótce same swoją popularnością będą ciągnęły na szczyty box office’ów hollywoodzkie super produkcje. Wreszcie z genialnym Seanem Pennem, z tą efektowną fryzurą fryzur. Dającego taki koncert zawodowstwa, że miejscami, mimo iż podtrzymuje to co dwa zdania wyżej napisałem, to jednak Pacino schodzi na plan dalszy i przez plugawy charakter kreowanej postaci Davida Kleinfielda, dla równowagi w filmie nie jest na szczęście w stanie się przebić. Obraz jak na czas powstania przystoi pozbawiony irytująco forsowanego efekciarstwa - względnie surowy i sugestywny, z tą charakterystyczną dla filmów De Palmy zawsze podniosłą epicką muzyką i oczywistymi skojarzeniami w sposobie pracy kamery z autorskimi klasykami z lat osiemdziesiątych. Zakładam, iż nie tylko ja widzę, że zdecydowanie dominuje w The Carlito’s Way własne spojrzenie na formę kina gangsterskiego, które dzisiaj może się zestarzało i nie robi już takiego wrażenia jak te kilka dekad wcześniej, posiadając jednak ikoniczną wartość i koneserską klasę. Nie ma się co oszukiwać, współcześnie kino jest bardziej dynamiczne albo bardziej dosadne, przez co z większym impetem, bądź realizmem robi wrażenie. Ale te klasyki (nie tylko de Palmy) posiadają coś, czego już współcześnie się w kinie nie odtworzy i to jest ich walorem podstawowym. Tym czymś właśnie romantyczna wizja i pełna wdzięku poetyka narracji nawiązująca charakterem do amerykańskiego kina z lat czterdziestych. Jeśli jesteście świadomymi kinomaniakami, to wiecie co mam na myśli.

sobota, 9 września 2017

Scarface / Człowiek z blizną (1983) - Brian De Palma





Zmroziła mnie informacja, że powstać ma remake tego klasyka, który nota bene sam swobodnym remake’m filmu z lat 30-tych. Mając świadomość, że to dla Hollywood bardzo smakowity kąsek, a odmładzanie, bądź uwspółcześnianie ikonicznych obrazów rodzajem naturalnej tradycji, czasem tylko przybierającej finalnie formę równą pierwowzorom obawa moja tym bardziej spora. Ciężko sobie wyobrazić kto z brawurą taką jak Al Pacino mógłby pociągnąć rolę Tony'ego Montany i oddać równie sugestywnie jak Brian De Palma klimat opowieści. Zresztą jak projekt zostanie zrealizowany będę się w temacie uzewnętrzniał, teraz o obrazie z 1983 roku będzie. :) Nie ma wątpliwości, iż bohaterem pierwszoplanowym jest tutaj Al Pacino i nie tylko ze względu na odgrywanie roli głównej, lecz przede wszystkim przez pryzmat jakości tej kreacji, która szczytem i gigantycznie wysoko ustawioną poprzeczką dla wszystkiego co później aktor miał zagrać. Tony Montana w jego zuchwałej interpretacji, to człowiek ogarnięty obsesją kontrolowania niemal wszystkich obszarów w których funkcjonuje. Gangster bezwzględny, bandyta z gorącą głową, pobudzany monstrualnie rozbudzonymi ambicjami ale i w głębi duszy człowiek prostych zasad, odpowiedzialności za najbliższych i niestety decyzji zbyt pochopnie podejmowanych. Tego dominującego samca mania wielkości, zepsucie bogactwem, mocno kamuflowane słabości, życie w permanentnym poczuciu zagrożenia, frustracja w bezczelności i zgubna w skutkach pewności siebie wraz z narkotycznym uzależnieniem prowadzi do zguby, czyniąc go postacią jednoznacznie tragiczną. Brian De Palma natomiast na sposób charakterystyczny dla swego stylu z lat osiemdziesiątych nadaje opowieści atmosfery dramatyczności potęgowanej sugestywną muzyką, w której wątki społeczne, polityczne i rodzinne wzajemnie kumulują się w rozbudowanym psychologicznym portrecie człowieka przegranego w starciu z osobistymi aspiracjami i wypieranym poczuciem bycia nikim, które w młodych latach zostało w nim zaszczepione. Nad wszystkim zaś, jak trafnie zauważono w jednej z nieprawdopodobnie licznych recenzji, zawiesza gorzko szyderczą, pobłyskującą intensywnie puentę w postaci sloganu „Świat należy do ciebie”. 

Drukuj