Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ari Aster. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ari Aster. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2025

Eddington - Ari Aster

 

Eddington Eddington, tutaj zdania są mocno podzielone, a i krytyka lubująca się w promowaniu prymatu bełkotliwej psychologicznej ambicji nad dobrą zabawą, (rozrywką przede wszystkim, a w drugiej kolejności wyższej wartości intelektualnej), podnosi głosy, iż z Astera zrobiono nader wysoko trzymającą głowę młodą nadzieję, a on pod wpływem sugestii o własnej wybitności, mocno się w niezrozumiałej dla masowego widza, a może pozbawionej rdzenia, czy rozmytej twórczości właśnie zafiksował. Chyba już podobną opinię tej przebijającej się właśnie obecnie sugerowałem na wysokości Midsommar i jeszcze wyraźniej Beau Is Afraid, a teraz ponownie idąc raczej pod prąd zauważę (max max subiektywnie), iż Eddington mnie wkręcił dla odmiany i okazuje się w moim przekonaniu najbardziej zrozumiałym, znaczy przejrzystym obrazem pośród powyżej wymienionych. W tym przypadku przypisana do stylu Astera szarża aż tak nie boli, a nawet w tym satyrycznym ujęciu i o cechach gry aktorskiej Phoenixa bardzo mi leży. Fakt oczywiście podkreślę, że gdyby nie charyzmatyczne, specyficzne, a najbardziej przyciągające uwagę ku wrażeniu zabawnemu aktorstwo, to być może całość nie zostałaby mi tak w głowie, ale i to co za sprawą Eddington chce mi reżyser powiedzieć, nie jest tak silnie powyginane analitycznie, że jasny wydaje się przekaz o kierunku w którym zmierza współczesna Ameryka, a być może często nieodporna na jej oddziaływanie reszta globu. Covidowe realia i echa prawicowego oszołomstwa, w politycznie naturalnie puszczającym oko do w zachodni sposób postrzeganych lewicowych przekonań quasi manifeście politycznym, istotnie satyrycznym - ironicznym, a może pod powierzchnią ironii tak naprawdę poprawnie politycznie napuszenie przewrażliwionym. W tytułowym miasteczku i postawach bohaterów, jak w soczewce kumulujące się wszystkie obecne społeczno-polityczne procesy myślowe i praktyczne ich reperkusje, a Aster zbiera je i oczywiście odrobinę interpretacyjnie nimi manipulując, dając do wchłonięcia widzowi pozorny chyba tylko chaos, w którym zwarcie pomiędzy teoriami spiskowymi i zdrowym rozsądkiem, jak i między nieco lekceważącym możliwe niebezpieczne skutki dystansem i troską zahaczającą o psychiczną obsesję - wszystko w postaciach na pierwszy rzut jednowymiarowych i łatwych w ocenie, w głębszym kontakcie wielowymiarowo zeschizowanych i trudnych jednak do jednoznacznego osądzenia. Podsumowując - ja bardziej na tak niż w ostatnich dwóch ekspresjach Astera, ale może jednak się odrobinę waham czy to nie dzięki doskonałemu graniu aktorskimi pauzami, mimiką i ruchem wspólnie współegzystującymi, a nie dlatego że to analityczna perełka, bo tutaj nie spotyka się jednak geniusz interpretatorski z analityczną i filozoficzną błyskotliwością. Porządne, bardzo mięsiste kino, estetycznie jak to u Astera wyjałowione z większych emocji, o kierunku bardziej wstrzemięźliwym w sensie nie puszczonego w samopas obłędu. Fajnie, ale poza tym nic więcej. 

środa, 30 sierpnia 2023

Beau Is Afraid / Beau się boi (2023) - Ari Aster

 

Urósł nam Ari Aster na zaledwie przestrzeni kilku lat do roli artysty wielce ambitnego i równie chyba popularnego, jak tylko można być hajpowanym, kiedy robi się kino trudne i intrygujące zarazem, w formule dreszczowco-horrorowatym. Tak myślę że obok Robera Eggersa (wiadomka) to z tego nurtu dwa nazwiska z fejmem ponadstandardowym i budzącym mnóstwo emocji za każdym razem, kiedy nowy tytuł zapowiadają. Tym razem sięga Aster po typa aktorskiego mega już topowego i postać z galerii sław jaka niemal na sto procent zapewnia wysokie ciśnienie u koneserów kina, często nawet bez doskonałej historii potrafiącą stworzyć ekscytującą czy przejmującą kreację. Zatem jeśli Beau się boi nie okazałoby się fenomenalne, to istnieje szansa w razie czego, że Joaquin Phoenix strzeli taki koncert, iż nominacja oscarowa gwarantowana. Sprytnie, prawda? :) Uwaga po obowiązkowym wstępie to następUJE, że poniżej grubo spekulUJE i z bezradności interpretacyjnej chyba dryfUJE w nazbyt obfite dygresje, bo to co się we łbie Astera odpierdziala, to ciężko ogarnąć na poziomie tzw. umownej definicyjnej normalności. Wszystko kręci się wokół domniemam zespołu psychoz i terapeutycznego oddziaływania, które ma w konsekwencji co najwyżej uświadomić pacjentowi z czego wynikają jego problemy, a nie pomóc realnie i kompleksowo, choć odżywają się teraz pewnie oburzone głosy, że same zrozumienie etiologii jest już ratunkiem dla osoby z problemami emocjonalnymi. Na ten poprawny politycznie slogan zaraz chóralnie odpowiadają zwolennicy tezy, iż przecenia się możliwości terapeutycznego wpływu, a jest ono niczym innym jak napędzanym terapeuty poczuciem wyższości rozgrzebywaniem traum, a nie ich łagodzeniem, czy tym bardziej ich leczeniem. Ot, sytuacja klasyczna, spięcia się ze sobą skrajnych teorii, które może i kierują i posiłkują się rożnymi filozofiami, ale w zasadzie chodzi im o skuteczność ponad kosztami, tylko w rożnym stopniu intensyfikacji, bądź ekstremalnie kiedy fachowiec (w cudzysłowie rozumiany), więcej szkód swoimi metodami praktycznymi uczyni, posiłkując się sprawną i sprawdzoną u podstaw teorią, ale kompletnie bez intuicyjnie wprowadzaną. Zna świat takich szarlatanów i zna losy ich ofiar, więc co by Pan miał mnie w swojej opiece, albo obym nigdy na głowę nie upadł by zaryzykować zdrowie i ciężko zarobione pieniądze zainwestować w tak karkołomny interes. Wracając jednak (prawdę mówiąc w końcu kierując się) do meritum, to sprężyną jest u Astera farmakologia i pewien stan wywołany przez tajemniczy środek oraz pewne (ekstremalnie osobliwe) otoczenie, czyli między innymi świat ludzi zombie, trwających w koszmarze swoich psychicznych aberracji. Agresja z frustracji, czy z bezradności depresyjne stany - problemy też komunikacyjne, różnice dyspozycji psychicznych, cech osobowościowych i niezrozumienie intencji często po prostu fundamentalne, czyli życie w mniejszym lub większym stopniu nasze powszednie. Lęki, lęki, lęki! Psychozy lękowe i wszystko co z nimi współistnieje, więc obowiązkowo komplet zmiennych utrzymujących je w doskonałej formie, aby człowieka pognębić optymalnie. Technicznie natomiast mnóstwo smaczków i precyzji wykonawczej, zatem jest możliwość artyzmem warsztatowym się zachwycić, bo klimat wygenerowany przez speców, a przepuszczony przez filtr kontroli kierownika zamieszania o poziomie mistrzowskim. Oczu miłe te animacje i tekturowe scenografie, ale efekty graficzne co niektóre nawet bardziej niż z lekka przerysowane. Ponadto całkiem poryta, nieźle zeschizowana galeria postaci i sytuacji, jakby koktajl z mnóstwa składników zblendowanych niestarannie, bo przeżuwając wyczuć kawałki można i masa homogeniczna z tego nie powstała, a w zakresie treści jeszcze przemycone do poukrywania metafory, odnośniki do kontekstów i interpretacyjne pętle bez jasnych sugestii. Traumy z dzieciństwa w megalomańskim artystycznym tonie przepracowywane, więc teoretycznie to nie mogło się spójnie i przez bite 3 godziny angażująco udać i chyba tylko połowicznie się udało dobijając do poziomu rozbudowanej niestety farsy - groteskowo rozbudowanej psychoanalizy nie lada cholera niejakiej. Koniec komentarza! Teraz się boję zaprosić do dyskusji, także o konsekwencjach tego filmowego przebodźcowania. :)

P.S. Nienawidzę tego właściwego plakatu i nie zawaham się go tutaj z tego powodu nie użyć!

sobota, 5 października 2019

Midsommar / Midsommar. W biały dzień (2019) - Ari Aster




Dziesiątki wyczerpujących analiz od kilku miesięcy wpychało się na fejsa ścianę. Może jeszcze więcej ich zapewne naturalnie w szerokiej perspektywie czasu do mnie dotrze, a ten ich sprzed momentu natłok to tylko co najwyżej połowa kropel w morzu wszystkich, które powstają i powstaną. To siła popularności, to moc oddziaływania marketingowego popartego, co istotne klasą debiutu Ari Astera, ale czy moc zainteresowania idzie w parze z jakością wykonania i siłą rzeczywistego oddziaływania? Korzystając już dziś z osobistego doświadczenia, lecz i podpierając się po trosze spojrzeniem innych par oczu i interpretacją intelektualną innych umysłów stwierdzam, że tak od strony efektu wizualnego będącego wynikiem pracy między innymi operatora o polskim pochodzeniu, to kapitalna robota i jedna z najlepszych produkcji nie tylko tego roku. Rzecz w tym jednak, że walor obrazu oparty o przewrotne wykorzystanie pełnego słońca do uzyskania, może nie przede wszystkim, ale jednak również przerażenia, to zbyt mało by było aby wraz z chórem komplemenciarzy piać z zachwytu. To też myślę, iż Aster wiedział i oprócz doskonałego warsztatowego rzemiosła względnie jeszcze młodego speca od zdjęć, sam poszedł szerokim gestem w stronę atrakcyjnej zabawy formą. W niej bowiem dostrzegam pierwszoplanową rolę i świadomą motywacje twórcy, aby w gruncie rzeczy stworzyć mistyczny spektakl o dość rozbudowanym widowiskowym charakterze. Może nieco zaszokować aranżując rodzaj spirytystycznego horroru z obfitym wykorzystaniem pogańskich guseł, tudzież okultystycznej symboliki w formule jednocześnie dramatycznego i groteskowego quasi misterium. Pod tą chwilami mocno szokującą i dogłębnie hipnotyzującą warstwą tajemniczych obrzędów kryje się jednak też intrygująca, choć tak jak myślę i dałem to do zrozumienia powyżej niefundamentalna warstwa do intelektualnej analizy. Sprowadzająca się w zasadzie do próby odnalezienia wsparcia i sensu poprzez docenienie znaczenia wspólnoty i czerpania z siły grupowej empatii w przeżywaniu gniewu i żałoby będącej wynikiem potężnej traumy. Chciałbym przez to półżartobliwie powiedzieć, że w pewnym, zapewne częściowym rozumieniu (być może tylko moim) film Astera zachęca do korzystania w sytuacjach kryzysowych ze wsparcia terapii grupowej, jak i przestrzega przed zagrożeniami sprowadzonymi do bezpośredniego sensu stwierdzenia "podziel się z grupą". Wspólnota pomaga i wykorzystuje, inaczej daje i odbiera, a jak każdy średnio ogarnięty pięciolatek już wie, kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera. ;)

środa, 5 września 2018

Hereditary / Dziedzictwo (2018) - Ari Aster




Już początkowe finezyjne ujęcie pobudza zaciekawienie, a odpowiednio do kina grozy dobrana muzyka równolegle książkowo nakręca wymagane w tej estetyce poczucie niepokoju. Seniorka rodu schodzi z tego świata i zrazu coś wisi w powietrz. Historia zaczyna się rozkręcać, nabierać wyrazistej motoryki, a ja jestem już błyskawicznie wyrwany ze strefy komfortu, bo nerwowo zerkam w zaciemnione miejsca mieszkania czy coś aby się tam z innego świata nie czai. No przyznaję, że ściskało mnie w gardle - szczególnie w tych bardziej dramatycznych niż straszących scenach. Zmroziło krew w żyłach i na zmianę ją rozgrzewało, przez całe dwie godziny właziło pod skórę, utrzymując w stanie zwiększonego pobudzenia i zmuszając permanentnie do wysiłku intelektualnego, by cholera rozkminić w końcu o co tutaj właściwie biega. W gatunku zasadniczo horrorem nazywanym, to obraz który trzyma klasę i jest w tej straszydeł lidze czymś niezupełnie wtórnym. Niby korzystając z oklepanych pomysłów (jak podpowiadają koneserzy azjatyckiego horroru) stosując klasyczne sztuczki by budzić przerażenie, też ośmielę się stwierdzić, iż ma w sobie jakąś wyjątkową aurę która hipnotyzuje i momentalnie zaciera granicę pomiędzy rzeczywistością, a wyobraźnią. Nie ma co porównywać go do typowych amerykańskich popcorn-owatych pierdów, które zamiast wywoływać strach, skutecznie rozśmieszają żenującymi próbami budzenia festynowych demonów. Dziedzictwo idzie w inną stronę i poniekąd tylko wychodząc poza schemat, uwalnia demony siejąc w mojej głowie absolutne przerażenie. Jak mam oglądać kino horrorowate, to tylko strachu takiego.

P.S. Studio A24, zakodowano!

Drukuj