piątek, 17 lipca 2026

Following / Śledząc (1998) - Christopher Nolan

 

Na naszych ekranach, od kameralnie studyjnych po mega-hiper multipleksowe, debiutuje właśnie Nolana być może opus magnum (takie wieści ocenne płyną z zachodu), a w ramach prawdopodobnie podgrzania też wokół twórcy atmosfery, jeszcze dni kilka temu śmigał debiut jego - jak na szybciocha rozpoznałem, od lat u nas wcale, bądź co najwyżej trudno dostępny. Korzystając zatem z okazji, poświęciłem jeden z wieczór i co następuje, mam kluczowy wniosek własny, iż Nolan przeszedł cholera prawie trzydziestoletnią drogę, od startu do wciąż przecież jeszcze nie mety (typ ma dopiero 55 wiosen), co oznacza w jego przypadku dryf od kina autorskiego, do gigantycznych produkcji blockbusterami nazywanych, a ja doceniając awanse w hierarchii, bardziej chyba obecnie kminie Nolana sprzed lat, niż współczesnego. Oppenheimer fakt potężny i widowiskowy, tak jak wszystkie spod jego łap superprodukcje, lecz w tej sekundzie mojej sympatii do kina, to ja poproszę więcej treści, a mniej postprodukcji i takich tam akcji pod tytułem „wy E biemy taki epos trzygodzinny, że widz z uśmiechem Jokera wypełznie z kina, ilością plus jakością przemielony. Odyseja więc Odyseją, a Following na tapecie i korzystając z fragmentów ostatnio w przestrzeni internetowej propsowanej, pięćdziesięciopięciolatka biografii/monografii filmowej chcę dopisać, iż Following korzysta z sytuacji z życia prywatnego Nolana, ale nie jest oczywiście ono wprost podstawą dla scenariusza. To incydent, może incydenty wplecione w fabułę, rozpisaną autorsko przez reżysera, na tej samej maszynie, która w filmie jest rekwizytem. Czerpiąc z finansowego źródła, którym premia dla Krzysztofa za dorywczą bodaj pracę jako operatora kamery, bezskutecznie zabiegając o wsparcie dofinansowania od w założeniu szczodrych dla artystów podmiotów/instytucji, kręcił Following długo. Cały proces był żmudny i spotykał się z oporami nie tylko materii nieożywionej, a jak donosi rzeczone opracowanie książkowe, inspiracją dla pociętej chronologii były prace oczywiście mistrza zza oceanu w osobie Tarantino. Powstały tym samym trzy różne osie czasu, a z porozrzucanych puzzli montaż skleił bardzo intrygującą opowieść, wizualnie nawiązującą do najbardziej szlachetnych wzorców kina noire - jednako osadzonego współcześnie. Struktura narracyjna w niej przypomina matrioszkę, stanowiąc przykrywkę dla kilku zwrotów akcji, które następują w ostatnich dwudziestu minutach filmu i wybuchają jak granaty, powodując reakcję łańcuchową - to parafraza cytatu z Nolana. Natomiast odniesienia do stylistyki noire, powiązane są z przekonaniem, iż cała istota estetyki noir, związana jest z tym, że powinna przemawiać do lęków i neuroz, a tu tak się dzieje – wystarczy he he „pół-przeklejania”. :) Chciałem tylko tym sposobem donieść, że mimo iż Nolan nie jest dla mnie tak wielki, jak wielkim się go uważa, to lukając w opracowanie o nim i jego filmografii, złapałem się raz na ciekawość, dwa na formę, więc raczej szybciej niż później ogarnę całość, a Following sam spostrzegam jako kino niezależne najbardziej wysokich standardów. Lekko perwersyjny, zaspokajający wbrew przeszkód potrzebę przykład, obrazujący jak błyskotliwość, pasja, upór i rzemieślnicza praca zamienia się w dzieło ponadczasowe. O czym jeszcze bardziej się przekonamy (jak nam będzie jeszcze dane), gdy Odyseja z całym swoim rozmachem narzędzi i technik się zestarzeje, a Following wbrew przeciwnie, jak wino wciąż dojrzewać będzie. To jest właśnie ta prawdziwa moc dobrego kina. Szach i mat! :)

P.S. W takim razie proszę się teraz (tuż tuż) spodziewać, na moje Memento oddanie sprawiedliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj