niedziela, 12 lipca 2026

Tramhaus - The First Exit (2024)

 

Był czas odrodzenia retro rocka, klimatów szczególnych na przełomie lat sześćdziesiątych i w dalszej wówczas perspektywie jeszcze całkiem długo siedemdziesiątych i jest czas odrodzenia punka, pod oczywiście gatunkowym szyldem dzisiejszym post post (he he) punkowym, którego renesans pokrywa się ze znakomitym też czasem dla młodych w zimnej fali się pluskających. Zasuwają więc trendy odhaczając kolejne dziesięciolatki i ja już nie mogę się doczekać (być może już czuć cos w powietrzu), że klimaty okołorockowe i metalowe przykładowo spod znaku Roadruuner Records, już wkrótce trysną świetnymi smarkatymi bandami, mocno sceną z mojej młodości zainspirowani. Póki co przechodzę jeszcze kolejny etap zachłystywania się tym, czego gdy byłem smarkaczem, z oczywistych powodów jeszcze świadomie odpowiednio nie miałem szansy przyswajać. Poznaję kolejne znakomite ekipy i Tramhaus jest jedna z tych, które zakładam, nawet jeśli moda przeminie, nadal karmić mnie będą kapitalnymi numerami, z systematycznie wydawanych i za każdym razem oferujących w coś ciekawie dosmaczającego ich styl numerami. To moja wizja racjonalna przyszłości, bo podobnie mam bowiem z retro rockowymi perełkami, jakie przetrwały i dzisiaj często potrafią nagrać materiały jeszcze lepsze, niż wtedy, gdy wstrzeliwały się w nowe przyjście w chwale własnej, a zarazem klasycznej stylistyki. Na Tramhaus trafiwszy dzięki algorytmom Youtube'a (kilka kawałków i obrazków do nich prze(ch)zajebistych), natychmiast wbiłem w notkę biograficzną i tak na uszach zawisł The First Exit i ja to piszę bum cyk cyk tak jak było, wystartował z animuszem (The Cause) jaki przyprawił mnie o zawrót głowy, gdy w samotności w czterech ścianach poddałem się ochocie na w rytm nutki tejże taneczne pływanie. Wspaniały to był moment i trzymał mnie do końca debiutanckiego longa, a jak już sobie popląsałem, to posadziłem zadek i zapisałem sobie co poniżej. Zapisałem między innymi, iż wokal typa przypomina mi sposób artykulacji gościa ze Squid, ale muzyka jest bardziej bezpośrednia, łatwiejsza, a przez to bardziej zdatna do czystej zabawy, mimo tego co skojarzeniowo skonfrontowanego usłyszałem na przykład w A Necessity, stąd w kolejnych fazach dopatrzyłem się poprzez dosłyszenie, iż jakby ktoś w Semiotics wpasował mruczanki mega przekozaka z Viagry Boys, to byłby to numer Szwedów plus Amerykanina - prawda? :) Nie powodują jednak owe rozpoznania, jakobym miał potrzebę napisać, że Tramhaus kopiuje tego czy tamtego, bo to nieprawda i Tramhaus jest bezwzględnie Panem własnej twórczości, a style może nieco się mieszają. To po prostu wysokiej jakości, kreatywna nuta tętniąca życiem, którą rzecz jasna można bez problemu definiować przez pryzmat ejtisowych wielkich gatunku, ale ja tego nie zrobię. Być może dlatego, że ja wielkich gatunku, gdy wielkimi byli nie słuchałem, bowiem lat miałem za mało, albo nie otaczało mnie środowisko starszego brata, w punku i zimnej fali po szyję tułów trzymającego. Taki los starszego rodzeństwa, że ono szlaki przeciera i ślepia młodszemu otwiera, stąd niewykluczone że ja mogłem też wpłynąć (choć jak jak wiem zaledwie przez moment :)) na to co do uszu siostra moja wciągała. Tak czy inaczej i ten tego... jak chcecie to czym jest Tramhaus sprawdźcie, albo w sumie mi wszystko jedno - ja znam, słucham i czekam z wypiekami na już zapowiadaną studyjną dwójkę. ZA-JE-BI-ŚCIE!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj