Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2026

The Dog Stars / Gwiazdozbiór psa (2026) - Ridley Scott



Jeśli wszystko co poniżej zostało spisane w formie okrojonej do średniej wielkości tekstu, ale jednak sprowadzonego do opisania podstawowych podstaw i umiarkowanie krytycznie ocennie, to naturalnie nie będzie oznaczało, iż nie warto sobie „strzępić pióra” na najnowszej produkcji Ridley’a Scotta. Bardziej wiążę obraną z premedytacją strategię refleksji z przekonaniem kluczowym, że podsumowując za dużo w tym barszczu grzybków pływało, a ilość finałów przed kolejnymi finałami, przez co seans nie mógł się zakończyć była nieco irytująca, pomimo że momentami była to naprawdę udana ballada post-apo, w jakiej skutecznie umieszczono w tle nutki które nie przeszkadzały się autentycznie wzruszyć. Problem jednak istotny, podniesiony na wstępie, iż ogólnie powstała dziwna, choć w miarę spójna hybryda tak rzeczonej ballady wespół z elementami kojarzonymi z refleksyjnymi westernami, ale i scenami niczym z zombie jatki i terroru „plemiennego” jakich moja pamięć zawsze doszukuje się w ikonicznych Mad Maxach, a na koniec niemal jeszcze, żeby już kompletnie widzowi we łbie zakręcić, czegoś w rodzaju horror scie-fi, z totalnym obłędem. Ja nie wiem czy bardziej zawalił człowiek od adaptacji powieści Petera Hellera (podobno bestseller), czy może sam autor poczytnego tekstu przesadził, ale nie trzeba było może by poruszając opowiedzieć o przyszłym czasie, gdy maska cywilizacji zostanie zerwana, w tak nabity po korek „atrakcjami” sposób. Tym bardziej, iż to co wyssano z książki i poddano interpretacji aktorskiej, gdzie doskonały casting rzuca się najbardziej w oczy (szczególnie Brolin i Pearce - super super), do połowy projekcji świetnie oddawało specyfikę brutalnych zasad w świecie bez norm i twardych warunkach wyłącznie dla silnych, szybko przystosowujących się do wymagań charakterów, a strona wizualnie ilustracyjna (krajobrazy i lokacje) naprawdę dobrze współgrały z anomijnym/anomicznym charakterem. Gdyby nie nadmiar nadgorliwości z „grzybkami” i poniekąd jeszcze w jednym z finałów męcząca gadka moralizująca, to byłoby zaskakująco zajefajnie, a tak to niby tak, a niby nie i cholera wie co.

P.S. Poza tym nie robi się takich numerów wiernemu psu (pobudliwy Malinois) - kiedy film ma tytuł The Dog Stars i ta relacja Higa z Jasperem, to pośród "grzybków" najbardziej szlachetny borowik!

środa, 2 września 2026

Straw Dogs / Nędzne psy (1971) - Sam Peckinpah

 

Kulminacyjnym punktem, prowokująco dwuznaczna, brutalna zarazem scena gwałtu, kiedy sumie od początku od seksualnych i przemocowych prądów, napięcie było zgęstniałe. Ona młodziutka, bezpośrednia i napalona, świadoma swoich kobiecych atutów, ale i naiwna, gdy faceci wokół niej z mentalnością szowinistycznych brutali, rozbierających ją wzrokiem twardzieli wychowanych w warunkach spartańskich. Typów swoich u siebie, w społeczności zupełnie odmiennej od miejsca pochodzenia jej tkwiącego z nosem w książkach męża Amerykanina. Pogrywała blondynka zazdrością, z męża bezczynnością i swoim seksapilem ryzykowała jak się okaże bezpieczeństwem własne i partnera (okularnika bez cech z początku wirażki) raczej intelektualisty kulturalnego, dobrze wychowanego, niż jakby się z pozoru zdawało gotowego na wszystko furiata w obronie skutecznego. Przewrotny rozwój dalszych wydarzeń jednak mnie zaskoczył, bowiem coś na kształt archetypu dla najbardziej szokującego, flagowego dzieła Haneke’go prognozowałem. Zatem ta gruba eskalacja w kierunkach jakich raczej nie łatwo byłoby dokładnie przewidzieć, do finałowego oblężenia i próby linczu sprowadzona, byłą niespodzianką. Bardziej węszyłem kierunek na zazdrość i ambicje samcze - samce alfa skłonne do bitki dla rozrywki kontra pod kołnierzykiem w pulowerku ofiara losu, a uderzony zostałem obuchem przez pomysł na postać zmieniającą kompletnie pierwotne moje odczucie, z inicjatywą na obronę niczym Kevin McCallister, tylko w wersji total hardcore. Oczywiście odsuwając żarty na bok i rozpatrując sytuację akademicko psychologicznie, to myślę że w teorii taka przemiana jest możliwa do zaistnienia, gdy człowiek przyparty do muru i zdeterminowany do użycia wszelkich środków w defensywie, więc i obraz drastyczny na ekranie jest usprawiedliwiony. Poza tym robiąc pierwsze świadome i pełne podejście do tej filmowej klasyki (fragmenty mi przez lata rzecz jasna przed oczami w TV migały), dotarło do mnie, iż Peckinpah kojarzył mi się nietrafnie jedynie z kinem skierowanym do mniej wytrawnego widza, bo mógłbym wymienić przecież jego widowiskowe westerny i nie byłbym wówczas aż w takim błędzie, a tu taki myk - okazuje się być specem od kina bardzo daleko od wyłącznie ułagodzonej, umownej brutalności. W przypadku Nędznych psów delikatny kompletnie nie jest, dając widzowi twarde kino bez wytchnienia. Kimś kto mógłby śmiało zainspirować Smarzowskiego, robiąc na nim za młodu gigantyczne wrażenie.

wtorek, 1 września 2026

The Passenger / Zawód: Reporter (1975) - Michelangelo Antonioni

 

Pozbawiony tła muzycznego, wyłącznie z dźwiękami otoczenia, w zasadzie (szanując oczywiście inne role) jednoosobowy i neoczywisty (ach ten dominator Nicholson) polityczny dramat śledczy, a w fazie drugiej już rodzaj ballady o ucieczce wyreżyserowany klasycznie autorsko przez Antonioniego. Może się cholera dłużyć, nie posiadać zbyt wiele kulminacji i może przez to niezbyt ekscytować, ale są za to przeciągane w nieskończoność (nawet bez finalizacji) kumulacje i ta narracja surowa ma swój wdzięki wytrawny, szczególnie gdy kamera konsekwentnie tropi takiego mistrza diabelskiego uroku jakim Jack Nicholson. On tu z ekranu karty rozdaje, operując własnymi atutami przyspawanymi do fizyczności i mimiki, a sama historia i jej turystyczny wymiar (sporo zwiedzania poprzez podróżowanie) jest niczym dodatek do magnetyzmu Nicholsona. Ja jak już dałem poczuć szanuje zarówno giganta Jacka jak i sposób filmowania bez nadmierności - ascetyczny ale nie ubogi oczywiście i daje się z łatwością kupować klimatom jaki budowano w amerykańskim kinie z szorstkich z lat siedemdziesiątych. Niech mi świadkiem mój nieposkromiony zmysł krytyczny, że w to się transowo wciąga i tym można się zaciągnąć, pomimo iż metody i narzędzia z pozoru mało chwytliwe i nośne. Pozostaje jednak czynnik zasadniczy, mozolny flow i jakaś może jeszcze fascynacja brakiem odpowiedzi na rodzące się pytania oraz wiercąca we łbie ciekawość, a głównie to wiarygodna gra aktorska, pobudzająca do sączenia z tego ekstraktu warsztatowego, składniki odżywcze maksymalnie stężone.

P.S. Po spisaniu własnych odczuć doczytałem, że to film jaki „nakazuje być czujnym” i to tak niezdarnie wyżej próbowałem dać podświadomie do zrozumienia.

niedziela, 30 sierpnia 2026

Kontinental '25 (2025) - Radu Jude

 

Widzę w sobie duży potencjał na sporą, graniczącą z gigantyczną sympatię do twórczości Rude Jadu, jakbym nie był w tym jego świecie mało jeszcze obeznany i wciąż bezskutecznie próbował odnaleźć dostęp do wszystkiego co nakręcił, zanim powstał jego poprzedni, obfity czasowo hit dla bardzo wtajemniczonych - mowa o Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata. Znam na dzień dzisiejszy jedynie tytuły dwa, ale to już mi wystarcza abym czuł że sposób jego rozumienia kina społecznie zaangażowanego oraz bogactwo powiązań kontekstowych pod pozornie skromnym obliczem zewnętrznym, mega mi odpowiada i imponuje. Kręcenie półreportażowe, jak można w notkach doczytać w przypadku Kontinental '25 za pomocą osobistego iphone’a Jude Radu, mocno wkręcone w rozwijanie neorealistycznej historii mozaikowej. Kamera smartfona statyczna, ustawiona na szerszy plan, na rożnych płaskich płaszczyznach i charakterystycznie wykorzystana podczas ujęć w samochodach. Na poziomie treści właśnie społeczno-politycznej, wprost z życia, nieco dla pikanterii przerysowane dylematy, moralne deliberacje w świecie kapitalizmu niedojrzałego etycznie i moralności fasadowej, gdzie publiczne zadośćuczynienia stanowią formę uspokojenia sumienia, w systemowym wykorzystywaniu warstw niższych przez uprzywilejowane - tak tak, okazale socjologicznie to zabrzmiało i zaraz jeszcze zabrzmi. :) Kwestie nacjonalistyczne, nierówności społecznych i oceny w świecie internetowego opiniowania stereotypowego, przez które przemawiają frustracje i wylewana hektolitrami żółć. Być może lajtowa akurat hipokryzja i absurdy w formule kina formalnie po taniości zrealizowanym, lecz z mocnym przesłaniem analitycznym - politycznym, socjalnym. Ponadto kilka innych wtrętów, w tym metaforyczna i symboliczna filozofia Zen głoszona przez absolwenta mało atrakcyjnego na rynku pracy kierunku humanistycznego, zaistniała w dalszej części rozwijania inaugurującego przez tragedię wydarzenia oraz na tym samym levelu dyskusji objawiona nawijka znajomego narcystycznego Popa, a wszystko w sumie tak pokręcone aby opowiedzieć dosadnie i finezyjnie o wschodnioeuropejskiej patodeweloperce. Donoszę już wprost, iż bardzo mi leżało to kino bez ustawiania planu, z grubą przygodą nocną empatycznej i szanowanej Pani komorniczki po mocnym upojeniu. :)

piątek, 28 sierpnia 2026

The Rivals of Amziah King / Wszyscy moi wrogowie (2025) - Andrew Patterson

 

Szczególna sytuacja kiedy idziesz do kina, w ciemno raczej po plakatu wstępnej interpretacji przewidując coś w rodzaju retro kina sensacyjnego, bądź soczystego dramatu, a trafiasz na totalnie zaskakującą hybrydę wielogatunkową, w której w połowie następuje wyhamowanie nagłe, zwrot i aktor który do tej pory ciągnął całą historie charyzmą własną i odgrywanej postaci po prostu znika - niemal rozpływając się w powietrzu odchodząc do aniołków, ale tak silnie rezonuje na dalszy rozwój wątków, że nawet po wyparowaniu i zmianie środka ciężkości gatunkowej, jego obecność jest odczuwalna. Donoszę tajemniczo, trochę bardziej niż trochę spojlerując, ale nie przewiduję aby kulminacyjna zdrada fabuły powodowała u kogokolwiek kto najpierw zasięgnie tu języka, a później obejrzy film Andrew Pattersona odczucie rozczarowania. Bowiem fabuła jest tak skonstruowana, iż dramatyczno-sensacyjne oblicze przełomu tego niezwykle ludzkiego, wrażliwego w sposób elementarny obrazu, nie stanowi jego sedna. Więcej w nim płaszczyzny czułej niż surowej, a obie zostają z wyczuciem oryginalności otulone folk-country-bluesową (tak, to fachowo bluegrass) warstwą muzyczną w postaci tak stałego tła towarzyszącego interakcjom i dialogom (ten południowy redneckowy akcent), jak i między innymi plumkającego banjo czy innej mandoliny oraz przeplatania rytmu muzycznymi „performansami” w warunkach okoliczności amerykańskiej wsi sielskiej, ale i brutalnie surowej. Jest zatem pozytywnie i dla równowagi smutno, a wszystko co się wydarza kręci się wokół związku człowieka żyjącego i napędzanego prawdziwym wspólnotowym życiem, z przyrodą, a uporządkowanym dokładnie światem pszczół – wzorców życia społecznego. Zapamiętana zostanie na pewno poetycka scena przyciągania czułym spokojem i zrzucania z ramienia roju przez kapitalnego tutaj, urzekająco autentycznego, ze wspaniałą aurą roztaczaną Matthew McConaughey'a, czy ta finałowa cudownie alegorycznie określająca wartość lojalnego, z zasadami człowieka w kontakcie z potencjalnym zagrożeniem ze strony natury. Sama sekwencja z napisami początkowym robi już spory apetyt na nasycenie się doskonałym kinem, korzystającym z wielu inspiracji, ale osobliwie jak się okaże odnajdującym się w estetyce kina autorskiego – wymykając się łatwemu szufladkowaniu. Do końca z łatwością utrzymując moje zainteresowanie, bowiem trudno z sercem pod zbroją wrażliwym, nie dać się przekonać pozytywnemu tripowi w poszukiwaniu najbardziej wonnego nektaru życia dla samej przyjemności aktywnego, pracowitego i satysfakcjonującego istnienia. Tripowi w dość dynamicznym tempie, gdyż narracja opowiadając tak pozytywnie jak na smutno, wspomnianym bluegrassem podkręca rytm, a film może kojarzyć się z gigantycznym rozmiarami teledyskiem przerywanym scenami gadanymi, jakie wraz z każdym elementem składowym przybliżają jego wydźwięk przesłania, ku osobliwemu quasi moralitetowi.

P.S. Wyróżniłem Matthew, ale też na odpowiednią dawkę komplementów zasługuje cała obsada i pojawiający się w doskonałej formie w drugiej połowie, mega doświadczony hollywoodzki filmów akcji weteran w osobie Kurta Russella. 

czwartek, 27 sierpnia 2026

The End of Oak Street / Koniec ulicy Dębowej (2026) - David Robert Mitchell

 

Kapitalna przygoda - przygoda VERY nostalgiczna. Doskonała zabawa - fajne kontrolowane lęki i poczucie humoru w doskonałych proporcjach dla mojego pokolenia szczególnie sentymentalnie związanego z okresem, gdy kategoria filmów rozrywkowych dla dorosłych i młodzieży była spójna, czyli zajebistego kina ejtisowego, więc MEGA frajda. Być może to nowa wersja klasyki pokroju Parku Jurajskiego i Powrotu do przyszłości nawet bardziej - jeśli nie uznawać krwiożerczych dinusiów za atrybut decydujący. Koncepcja brawurowo daleka w teorii od poważnego kina, a wyszło w praktyce fajnie mądrze, prawdziwie i naprawdę emocjonująco oraz zaskakująco głęboko wzruszająco - jedna scena taka że po reakcji Anne Hathaway serce miałem pokrojone. Fantastycznie technicznie wyprodukowane kino może nieco trącące myszką, ale w rzeczywistości dzięki reżyserskiej nerdowskiej pasji, świetnie przeniesione w świat technologii XXI wieku. Wiążące znakomicie uznane wzorce z finezją i umiejętnościami, gdy przykładowo widzimy inspirowane już daleką przeszłością ujęcia w pierwszym planie twarzy bohatera, a w drugim lokacji z partnerami danej interakcji - zobaczycie zrozumiecie, nie muszę wszystkiego wyjaśniać jasno. :) Relaks i ekscytacja, gdy członki odgryzane i wyrywane przez ptako-gady są ofiarom tajemniczego zjawiska przerzucania dzielnicy w czasie, ale i soczysta dawka humoru popularnego zapodanego w bardzo obrazowej formule - patrz kopulujące sierścio-włose diplodoki. Warto było skoczyć na seansik i dać wciągnąć się w kino archetypiczne, czyli w bajzel pozostawiony niczym po ataku zombiaków! Polecam gorąco, choć to klisze, ale jakie uroczo wdzięczne klisze i jaki słodziaśnie charakterny burek Starbuck!

P.S. W sumie nie miało prawa nie zagrać, kiedy za taką konwencję zabrał się David Robert Mitchell.

piątek, 14 sierpnia 2026

Mænd og høns / Mężczyźni i kurczaki (2015) - Anders Thomas Jensen



Szalony naukowiec i jego pokiereszowani synowie, obciążeni porządnie genetycznie, czyli do sportretowania z maksymalnym dystansem i poddania potęgowaniu patoli w manierze quasi tarantinowskiej, totalnie pojechany “gang Olsena” na dziedziczonym śmietnisku wychowywany. Wpierdzielają tony tych tytułowych kurczaków (sceny posiłków są akurat wyśmienicie nieapetyczne) i w sumie większego ani tym bardziej głębszego sensu w tej warsztatowej wprawce reżyserskiej (mogli sobie pozwolić na rozwinięcie skrzydeł kolorowych, też ucharakteryzowani przekomicznie aktorzy), raczej trudno się doszukać. On (gdyby nie dało się z kontekstu wychwycić, chodzi o sens :)) jakiś naturalnie jest, nie odbieram przecież prawa makabrycznej grotesce do kamuflowania pod właściwą odpychającą stylistyką przesłania czy czegoś w tę mańkę. Tylko jakby mnie nie łaskotało abstrakcyjne poczucie humoru, to na większość makabresek jestem przed hura heheszkowaniem uodporniony. Takie duńskie poczucie humoru, nie jest nawet wyzwaniem, bowiem nie chodzi tutaj o dojrzewanie do jego skumania, lecz o z natury chyba jego ekstremy kminieniu. Były momenty że jakieś oko mnie obserwujące podczas seansu wychwyciłoby grymas wyduszonego uśmiechu. Bez względu jednak na to ile by było takich incydentów zarejestrowanych, ani raz bodaj zdrowo nie parsknąłem, a częściej robiłem wielkie oczy - konsternacji smak w rozdziawionej gębie czując. Nie wiem dokładnie co obejrzałem, mimo że jakby mnie zapytano o jakieś szczegóły, to jest duże prawdopodobieństwo iż je zapamiętałem. Konkretnie szczególna jest to produkcja - wyraziście upstrzona czarna komedia, jaka zostanie we łbie, ale powtarzam, za cholerę więcej z niej ponad przekraczanie granic dobrego smaku poprzez darcie łacha z wynaturzeń ja nie doświadczyłem. Najgorsze, iż mając apetyt na Madsa w fazie, Mads tu jak jakby pierwowzór, powtórzenia z ostatniej dotąd jego roli u Jensena.

P.S. Dopiszę (bo przy Skandynawach to obowiązek), iż gdyby Lalu znalazła chwilę by mi więcej streszczenio-refleksji pod ryjek podstawić, to pewnie zakrzyknęła by z zachwytem, że kolejna perełka od zakręconego Jensena! Z obsadą z półki najwyższej, wymiatającą, że aż pióra lecą - dosłownie. To i sporo więcej by mi do słuchu dała, Lalu „skandynawowa”. :)


czwartek, 13 sierpnia 2026

Italiensk for begyndere / Włoski dla początkujących (2000) - Lone Scherfig

 

Urocze, nieco absurdalne i naiwne małe ciepłe kino. Skromne zwyczajne historie skromnych zwyczajnych ludzi, połączone równie absurdalnie zwariowanym kursem języka włoskiego. Forma odarta, ludzie odarci z dodatkowych zakłócających odbiór właściwy warstw, wpływających na wszystko tylko nie na najbardziej życzliwą istotę. Tym razem surowy paradygmat Dogmy (przez te standardy, jest to film naturalnie jakby półamatorski), daje nam optymistyczną opowieść, nie dołując zbyt mocno skandynawskim chłodem, choć nie znaczy to, że jej surowizna nie dostarcza nam smutnych refleksyjnych poruszeń. Małe gesty i ludzie słabi, samotni, oczekujący na przełom, zainteresowanie, niosąc długotrwale w pokorze krzyż oczekiwań i obowiązków. Dogma 95 zawsze blisko człowieka, bez zbędnych wyszukanych efektów, ubarwień - czysty naturalizm oraz skupienie na twarzach i grymasach. Urok i magia tego manifestu tkwi w każdym najdrobniejszym szczególe - subtelnym geście, głębokim spojrzeniu, przelotnym dotyku. Fajna człowiecza plecionka, pełna życzliwości, empatii, tak silnej potrzeby obecności drugiej osoby, rozmowy, bliskości, miłości. Ponura kopenhaska rzeczywistość zostaje subtelnie i po cichutku ocieplona grubym kocem wrażliwości i już nie taka osamotniona w tłumie. Tenże smutny, a jasny film dla optymistycznych pomimo trosk smutasów, może mniej smutnych i wrażliwych odbiorców nieco śmieszyć, bo w rdzeniu się nie odnajdą, dryfując podczas seansu na fali małych lub większych groteskowych niuansów, tak mnogo w zachowaniach osobliwie wyobcowanych postaci obserwowalnych.

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Alexander / Aleksander (2004) - Oliver Stone

 

Kiedy Aleksander Macedoński zinterpretowany według Stone’a, nie zostaje zbyt ciepło, tak przez krytykę jak i widzów bez przerostu ego w temacie znajomości kina przyjęty, ja uznaję że fakt ten był/jest wciąż jawną niesprawiedliwością, jeśli zerknąć na konkurencję w gatunku, nadmiernie myślę mimo mojej także sympatii, zachwytem obdarzoną. Mówię na przykład o fenomenalny ale nazbyt ckliwym Gladiatorze, jaki robi wrażenie, mnie też przekonuje, ale tam gdzie kończy się hollywoodzko przyjazna narracja, tam pozostaje przestrzeń dla niewykorzystanej kontekstowo głębi. Natomiast Aleksander to zupełne przeciwieństwo i narracja szorstka pozostawia kawał przepracowanego miejsca dla mnóstwa historycznych niuansów, doskonale sugestywnie kręcącej mnie psychologicznie zeschizowanej Stone’a maniery i rozhulanej teatralnie, archaicznej (także potraktowanej przez opinie surowo) gry aktorskiej. Aleksander sam wygląda rewelacyjne w tej przeczącej jego krwiożerczości cherubinkowej fizys, a do tego plan hipnotyzuje barwami i wspomniane aktorskie kreacje sprzedane z manierą sceniczną, dają więcej intrygujących wrażeń, niż teraz przeze mnie rzucone odrobinę na pożarcie Gladiatora walory. W Gladiatorze dominuje rozrywka namiętna, a tutaj ambitna sztuka nieoczywista, więc w takim starciu bieli z czernią, staje po stronie soczystego czarnego i gdy teraz skupiam się na ekscytujące treści od Stone’a, myślę o spłaszczeniu też historii Odysa przez Nolana. Obiecałem sobie zrobić weryfikację (Odyseja vs. jeszcze nie zarchiwizowane u mnie klasyki historycznej estetyki) i w tym kontekście wolę zamiast bajeczki, kawał potężnego, być może nieprzyjaznego gigantycznej popularności kino kontrowersyjnego, reżysera obecnie zasłużenie wyklętego. C jest w tej interpretacji kinowej życia Aleksandra Wielkiego prócz krwistych oczywistości przerażająco niepokojącego - być może rodzaj wzniosłej powagi i klasyczny syndrom powłóczysty, archetypicznego teatru w kinie z lat pięćdziesiątych. Jest z pewnością ciężar gatunkowy sfokusowany na burzliwej i brutalnej historii ukazanej z klasą, rezygnując z typowej hollywoodzkiej manii, zeszlifowywania szorstkości ku łatwiejszej chłonności dla przeciętnego niedzielnego kinowego widza. Może jestem niewolnikiem symbolicznej sekwencji, fenomenalnego między innymi ujęcia w slow motion zmontowanego, a może ten styl ekspozycji egzotyki miejsc mojemu gustowi odpowiada, tudzież w odniesieniu do postaci/do bohatera, przeprawa przez zrodzone obsesje i ambicje oraz reżysera odwaga by amok, manię niebywałą wizualnie wszczepić w obrazy krwawej grozy, przepuszczone poprzez wyobraźni i finezji najostrzejszą filtrującą optykę - to mnie trwożąc zelektryzowało. Brak więc sukcesu finansowego, jest w przypadku Aleksandra powodem do detalicznego przejrzenia genezy powodów, a tym pierwotnym i głównym jak mniemam wysoki poziom odporności na wpływy podpowiadaczy i potężna megalomania Stone’a. Miał człowiek wówczas swoje przekorne usposobienie, jakie w ostatniej grubo ponad dekadzie, nie bardzo przekładało się na mocne tytuły, ale akurat Aleksander potraktowany bez taryfy ulgowej, to być może jego finalny, a najważniejsze ostatni zasadnie skuteczny był środkowy palec pokazany hollywoodzkiemu mainstreamowi. Według mnie przekonujący, tak jakościowo, jak ambicjonalnie.

P.S. Ponadto jak tu sfilmowane są sceny batalistyczne. Na nie się gapi z rozdziawioną gębą! Rzekłem!


niedziela, 9 sierpnia 2026

Kingdom of Heaven / Królestwo niebieskie (2005) - Ridley Scott

 

Po sprawdzeniu praktycznym, rozhulanej promocyjnie nolanowskiej Odysei, postanowić mi się zachciało, iż luknę na nowo na kilka może historycznych i quasi historycznych tytułów (jakie jeszcze tutaj nie zagościły) i tym samym będę miał też jakieś porównanie i odpowiedz między innymi na pytanie - czy w ostatnich dajmy trzydziestu, może skrajnie czterdziestu laty, robiono też super produkcje w gatunku, jakie z dzisiejszych hitem box office’u mogą pójść w szranki? Nie pod względem kultowości, bowiem co stare i głośne było, to często z czasem zdobywa dodatkowe uznanie w formie właśnie kultowości. Chodzi mi bardziej o to, czy przykładowo technicznie jest lepiej i czy takie możliwości obróbki komputerowej popsuły kwestie wizualnej wiarygodności, czy może dodały jej wartości. Na pierwszy rzut biorę Ridley'a Scotta Królestwo niebieskie, czyli klasyczne kino bitewno-przygodowe, rycerskie znaczy - ze szczękiem żelastwa i rżeniem koni w galopie. Wszelkiej pierwotnej maści oręża dominacji, więc krwi i flaków charakterystycznie szołmeńsko z zadawanych ran tryskających, nader natężenia. Może to nie ta kategoria porównawcza, bo w mitach więcej umowności i ugrzecznienia, a gdy pod lupę bierze się wydarzenia w większym stopniu realistyczne, to należy wprost pokazywać jak krzywda, nawet w przyjętych za usprawiedliwione działaniach mogła być zadawana. Batalistyczne jest w Królestwie konkretnie i potęga wojsk robi wrażenie. Epickie zacięcie wynosi widowiskowość na najwyższy z możliwych wtedy, a może i wciąż obecnie poziom, lecz wizualna technologia sterylna nie czyni Królestwa niebiańskiego odpornym na wady. Chciałoby się aby ziarno filmu jakieś istniało, bo jego kompletne spłaszczenie, czyni efekt soczystym, lecz nazbyt klinicznie myślę efektownym. To chyba w tym segmencie punkt dla Nolana, który mniej z wygładzeniami przesadza, ale przegrywa w moim przekonaniu na poziomie dynamiki, bowiem Królestwo jest znacznie intensywniej dynamiczne, spektakularne i efekciarskie, mimo że „osadzone bliżej ziemi”. Zastanawiając się po seansach (kinowym i domowym), w którym przyjemniej jako widz oczekujący wkręcającego efektu się odnalazłem, to jednak nie mam jasnego stanowiska. Dochodzę do wniosku, że trudno w sumie porównywać oba hity i każdy z nich stoi przed konkurentem w pewnych wąskich kategoriach, a całościowo trzymają równy poziom, a że ten Scotta o ponad ćwierć wieku starszy, to chylę czoła, że mimo na pełnej korzystającego z technologii, wciąż ogląda się wyśmienicie. Mówię o oddziaływaniu całej warstwy ilustracyjnej, a najmocniej kluczowego szturmu na Jerozolimę, gdzie maszyny oblężnicze i szerokie kadry robią super wrażenie. Ale na pewno pomimo włożonego wysiłku, trudno mi również Królestwo Niebieskie uznać za dzieło wybitne. Zabrakło drenującej siły psychologicznej relacji pomiędzy bohaterami i intrygi porażającej emocjonalnie. Zamiast tego nacisk położony na potęgę produkcji i dla oczu wizualna efektywności, nieco oczy zamydla. Tak jak podobnie do obecnej wciąż na ekranach Odysei, trudno mi się przyczepić do przesłania, gdyż ono celne, pozbawione jednakże odrobiny chociaż kontrowersji, dostosowane do możliwości intelektualnych szerokiego grona widzów, z tezami oczywistymi, bez większego zniuansowania. Tu i tu (zwyczajnie górą ponad istniejącą, lecz niewykorzystaną treść przygoda) - chociażby każdy bardziej wnikliwie analizujący sznyt historyczny zauważy coś ponadto, co reżyser wprost chciał dać do zrozumienia. Okej, może jak dobiorę następny typ, to będzie bardziej trafiony. Czekają między innymi Aleksander, Trzynasty wojownik i oczywiście Troja. 

piątek, 7 sierpnia 2026

The Odyssey / Odyseja (2026) - Christopher Nolan

 

Byłem i odbębniłem, a w tym drugim słowie kryje się mnóstwo przekory, bo na kilka dni przed premierą, a i w trakcie pierwszych dni wyświetlania burza w szklance wody hulała na całego, co okazało się zjawiskiem błyskawicznym i chwilowo rozruszającym zasięgi tam, gdzie ich brak, to tragedia dla mącicieli. Pojawili się znienacka eksperci od greckiej mitologii i najczęściej tacy, jakich o czytelnictwo czy w dzieciństwie czy w dorosłym życiu raczej bym nie podejrzewał. Ocenili surowo, często nawet przed seansem, uznając najważniejszym w tej premierze jest kolor skóry Heleny Trojańskiej. Mieli prawo, ja nie mam obowiązku słuchać ich rasistowskiego pieprzenia i chyba jestem okej, że jedynie do krótkiego wstępu złośliwego, żenujące okoliczności startu wyświetlania w naszym grajdołku spodziewanego hitu Nolana mnie natknęły. Niżej już być może bez goryczy zakamuflowanej się obędzie i tylko prawda prawda i cała prawda maksymalnie subiektywna białe tło, czarnym drukiem wypełni. O czym jest Odyseja i poprzedzająca ją Iliada, gdybyś czytelniku ani tej wiedzy z lektury, ani z seansu ekranizacyjnego nie posiadał, zapytaj AI, a BROŃ CIĘ BOGOWIE radykalnych prawaków teraz nie pytaj, bo się ekstremalnie w szambie wybitym utopisz, lub co i tak Ci zrobi młyn we łbie pogubisz w domniemaniach i interpretacjach. Od siebie tylko w temacie fundamentu przekleję suche info, że dla Nolana interesu finansowego, Odyseja „przedstawia wydarzenia mające miejsce po upadku Troi. Jej fabuła skupia się na wieloletniej tułaczce Odysa (Odyseusza), który wraca do swojej ojczyzny Itaki - mierząc się z potworami, czarownicami i gniewem boga Posejdona. Równocześnie opowiada o wiernej żonie bohatera, Penelopie, która czeka na niego w domu”. Nolan mega świadomy z jakim materiałem nośnym przyszło mu pracować, od strony technicznej stworzył w moim przekonaniu coś na skrzyżowaniu trylogii Władcy Pierścieni i obecnie Diuny, więc same te tytuły mówią nieomal wszystko o stronie wizualnej przedsięwzięcia. Powstał (jak na możliwości współczesne warsztatowe) produkcyjny sztos, pełen rozmachu, ale bez zaskoczenia, w postaci finezji większej realizacyjnej. To mnie lekko rozczarowało, chociażbym miałem przed seansem bardzo realistyczne oczekiwania - pozbawione huraoptymizmu na poziomie finezji kreacji. Nie odnosząc się do interpretacji treści (w przestrzeni sieci zatrzęsienie tegoż przecież), a tylko oceniając siłę oddziaływania obrazu i wymiaru przygodowego, to potężny gigantyczny epos hollywoodzki, grubo techniką filmową PRZE-ARANŻOWANY. CGI oczywiście w akcji i jak nie znoszę takiej sterylne instrumentach, to w tym przypadku jednak jest znośnie, a i tak ta konwencja się zestarzeje już wkrótce, daje gwarancję. Podobały mi się tyle o ile koty, a najbardziej to widowiskowe lokacje, staranne dekoracje i ogólnie moc nazwisk z topu hollwoodzkiego - grających mocniej, bądź z ograniczonym impetem, ale na poziomie od wysokich stanów średnich, do niższych stanów wysokich. Szczegółowo to, z raczej przyjemnego letargu otrząsnąłem się podczas sceny wizualizującej podstęp makabryczny czarownicy Kirke oraz zawitania drużyny nie-pierścienia do Hadesu. Patrząc w szerszym wymiarze, to z początku zdystansowany, dałem się wciągnąć, a uniwersalizm symboliczny tejże grubo podbitej kontekstami opowieści-przestrogi do mnie przemówił. Bowiem zgadzam się z przekonaniem pewnego azjatyckiego twórcy gier komputerowych (właśnie podczas spisywania na nią trafiłem), że w formule przede wszystkim literackiej (to mój akurat przytyk) Odyseja, to „intymny, głęboko ludzki dramat” oraz że „zamiast po prostu patrzeć na ekran, czułem się, jakbym był tam przez cały czas - to było coś więcej niż oglądanie, byłem świadkiem, dzięki wyjątkowo płytkiej głębi ostrości i eleganckim przestrzeniom kierującym uwagę na najdrobniejsze szczegóły, nieustannie podążają za cierpieniem i losem bohaterów”. Tyle iż mój problem, to ani nie wyraźny heban Heleny, czy niedostosowanie obrazu postaci do moich własnych wyobrażeń względem ich charakterów, a wprost napiszę - brak odpowiedniej wrażliwości abstrakcyjno-baśniowej, do odczytywania mitologii z płaszczyzny legendy, na płaszczyznę rzeczywistości. To jakbym rozumiał ludzki charakter głębokiej treści, ale postaci świata „Bogów” mi ją zaburzały. Inaczej, gdyby to był epos o ludziach bez „Bogów”, to ja bym był w tym bardziej, a że ja nie sięgam wciąż tego poziomu podatności, jak i nie zatraciłem się za łebka w szkolnym materiale, to miałem dystans, który myślę Lalu jako entuzjastka, powinna przed projekcją odpowiednio sprytnie zlikwidować, wprowadzając mnie w choć odrobinę stan czucia więcej i mocniej. Niestety wolała mnie przetestować, a ja ją zawiodłem swym stonowanym stanowiskiem dotyczącym entuzjazmu po obejrzeniu przygód Odysmariusza. :)

P.S. Musisz Odysmariuszku zawierzyć Bogom, a wrócisz! Żółwik!

wtorek, 4 sierpnia 2026

Palindromes / Palindromy (2004) - Todd Solondz

 


Gdybym nie miał pojęcia kto to tak bez "katolickiej" wrażliwości sypie przy okazji sól na intymne ofiar rany, to byłbym w szoku, trudno i długo się kończącym. Wiem jednak na co stać Solondza, choć zaledwie jego sztandarowy Happiness jedynie widziałem, lecz mi to wystarcza z okładem aby być przygotowanym na kino brutalnie cierpkie, prowokacyjne i bezkompromisowo testujące granice "dobrego smaku". Groteskowo niby straszno, a w rzeczywistości pod jedynie cienką warstwą w miarę „normalnej” obyczajowości, jest na poważnie straszno, straszno i jeszcze bardziej straszno. Jak Solondz wymyśli i ogarnie reżysersko historię, to musi być grubo, a nawet ekstremalnie grubo. Tylko grubo poprzez podkręcanie podstępne, zwracając na PROBLEM uwagę, ale tylko oszukańczo i może za bardzo psychicznie wyczerpująco - może dlatego że obrzydliwie prawdziwie. To nie jest satyra, ani nie jest to ośmieszanie. To uwypuklanie przez kanciaste ciosanie i wykorzystywanie skrajnych sytuacji, zachowań czy wręcz patologii jako materiału, do okrutno-smutnej analizy narzędziami bardzo ostrymi, obosiecznymi, patosfer zakamuflowanych. W ch** Palindromy (ukryta symetria) inteligentne, ale i równie nieprzystępne. Napieprza Solondz kontrastami, aranżuje coś niewiarygodnie nieakceptowalnego, by otwierać oczy. Niestety chyba tylko tym co mają już otwarte, więc być może to sztuka dla sztuki, para w gwizdek itp., itd. Może czuję się totalnie niekomfortowo oszołomiony w kontakcie z takim chaotycznym nieco podbródkowym, ale tą odwagę Solondza, aby w ten sposób podnieść rękę na widza SZANUJĘ.

P.S. Bardzo chciałbym w nawijce z autorem (byłoby to mocne przeżycie) poznać końcowe intencje Todda. Czy to prowokacja anty czy proaborcyjna? Przekornie zastanawiam się czy można być aż takim idiotą, by od początku tego nie wiedzieć.

piątek, 31 lipca 2026

Heldin / Bohaterka (2025) - Petra Biondina Volpe

 

Film z misją, społecznym problemem motywowany, bowiem jak końcowa informacja głosi dotycząc akurat Szwajcarii, lecz w oczywisty sposób problem europejski uwypuklając, to wkrótce będzie brakowało mnóstwo w systemach opieki zdrowotnej pielęgniarek i co z tym fantem władze zrobią, cholera wie. Kamera zatem od startu zasuwa za siostrą z oddziału, a BOHATERKA w coraz intensywniejszy tempie wykonuje obowiązki, starając się ogarnąć kolejne stresujące sytuacje, a muzyka w tle dodaje napięcia, podkreślając coraz szybsze tempo i odpowiedzialność wyzwań codzienności w pracy. Presja ustawiczna, stresujące na maxa, pretensje i anielska cierpliwość w mrówczej pracy siostry Lind. Codziennym znoju i niepokoju, z gigantycznym obciążeniem psychicznym, na emocje na grubo oddziałującym. Ciśnienie-obciążenie i wręcz upokorzenie, bo wokół ludzie w lęku, cierpiących, sami przeżywający psychiczne tortury, cierpliwi bo pokonani bezradni, ale i co niektórzy do końca uprzykrzający życie personelowi szpitala. To w sumie mógłby być dokument, taka wprost surowa paradokumentalna być może relacja, a jest pełnometrażowa fabuła świetnie zagrana - autentyczna, więc nie mam pytań o wiarygodność w kontekście realizmu. Kino życia - bez owijania w bawełnę i pieszczenia się z otoczką artystyczną. Tylko treść podrasowana klimatem thrillera. Treść w dużym stopniu tak wprost, jak i pomiędzy wierszami.

czwartek, 30 lipca 2026

Fuori / Wolność po włosku (2025) - Mario Martone

 

O Goliardzie Sapienzy, bohaterce tego obrazu rysy historyczny króciutki by się tutaj przydał, ale nie będę z Wikipedii słów przeklejał, więc zachęcam by kilka zdań które fundamentem, gdybym nie zachęcając jednak zachęcił, przed seansem w jakimś informacyjnym miejscu "przyhaczyć". Piszę tak tajemniczo niespójnie, bowiem to co zobaczyłem mnie nie zaangażowało - było raczej fabularnie obojętne, bowiem opowiadało całkiem uroczo jedynie obrazami, a bez charyzmy treścią, więc można było patrzeć, lecz czy koniecznie jednocześnie w poczuciu ciekawości analizować. Temat zdaje się miał większy potencjał, a najgorsze nie tkwi w tym, iż doświadczony autor scenariusza i reżyser w jednej osobie, nie wykorzystał go lepiej, ale że paradoksalnie wykorzystał społeczne (feministyczne) i nostalgiczne przesłanie, bez narracyjnej niestety ekscytacji. Stąd nie potrafię zbytnio wypełnić interesująco i rekomendująco kilku jeszcze linijek, zatem wesprę się (proszę wybaczyć) opisem z netu, aby zabłąkany czytelnik nie dostał jedynie suchego ostrzeżenia, a ja kiedyś, gdy możliwe iż będzie mi dane na Fuori wpaść jeszcze raz, dowiedzieć się więcej, niż mi teraz w głowie pozostało. Zatem proszę bardzo, wciskam poniżej cytat długi, iż portret Sapienzy, to ilustracja jednego ze schyłkowych i newralgicznych zarazem momentów z życia „złodziejki, kochanki, więźniarki, niepokornej ikony wolności, a także jednej z najwybitniejszych współczesnych włoskich pisarek. Ta dojrzała, wyzwolona kobieta w świecie przemocy i politycznych napięć nie traci z oczu swojej wrażliwości i pasji, a przede wszystkim nie daje sobie odebrać prawa do życia na własnych zasadach. W swoim filmie Martone pokazuje sprzeczności, które łączyła w sobie jej bohaterka - intelekt i zmysłowość, brawurę i czułość, melancholię i bunt. Na tle burzliwych realiów Włoch lat osiemdziesiątych, w cieniu ideologii, represji i rozczarowań, Martone stawia pytanie o możliwość autentycznej wolności. Czy kobieta może odnaleźć swoje miejsce w świecie, który próbuje ją zamknąć w jednej z patriarchalnych ról?”. Jak widać wygląda w teorii interesująco i być może potencjalnie tak jest, gdy spojrzy się na to co przygotował Martone - uwagę jednak dając swoją przyciągnąć i spożytkować. Ze mną nie wyszło i na ten moment Fuori zapamiętam jedynie przez pryzmat bardzo solidnej roli Valerii Golino, niegdyś w hollywoodzkich latach filmowych osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, między innymi dziewczyny Charliego Sheena w kultowej serii pastiszowej i przede wszystkim Toma Cruise’a w szczodrze uhonorowanym i ikonicznym obrazie z Dustinem Hoffmanem w roli tytułowej. Pamiętam ją doskonale i jej bardzo udaną za oceaniczną karierę, bowiem uroda jej w oczach wówczas dorastającego smarkacza, była bardzo atrakcyjna. :)

wtorek, 28 lipca 2026

Le cose non dette / O czym sobie nie mówimy (2026) - Gabriele Muccino



Okej, okej, jestem zdecydowanie bardziej na tak, niż na nie, gdy należy podsumować efekt oddziaływania tejże włoszczyzny na gust filmowy, te słowa w klawiaturę wbijającego kolesia. Muccino raz mi leży i jestem nieomal zachwycony, innym razem z jego sposobem filmowego spostrzegania mi nie po drodze, a jeszcze pojawiały się do tej pory sytuacje, gdy raczej jego obraz z początku rezonując, to finalnie z czasem przelatywał, gdyż dostosowywał mocne tematy do poziomu hollywoodzkich stanów przeciętnemu widzowi przyjaznych - patrz przykładowo na Siedem dusz i W pogoni za szczęściem. Obecna produkcja, na potrzeby tekścicha nazywana bieżącą, jest bliżej tego co ponad ten stan wyrastało, a kojarzy mi się z takimi fajnymi rzeczami jak W domu wszystko ok. i Najlepsze lata, a i w moim odczuciu na pewno stanowi rodzaj rekompensaty za katorgę podczas ostatniego jak dotąd od rzeczonego seansu Do samego końca. Zaczyna się niewinnie, dalej wiarygodnie eskalując. Włoskie emocje narastają i potrafią w momentach newralgicznych wręcz zdmuchiwać, bo to też rodzaj makaroniarskiego ekspresyjnego chaosu, w którym swoje miejsce naturalnie posiada poetyka namiętności, fikuśnie zmysłowo melodramatyczna - może dla wrażliwców o wyższych potrzebach artyzmu, nieco przesadna. Z pozoru, gdy lukamy z perspektywy startowego rozwijania tematu, więcej w nim lajtu, niż siarczystego dramatu, ale należy dać czas fabule by nabrzmiała i od kulminacji poczęła wybrzmiewać ekstatycznie poruszająco-przestrzegająco. Bowiem Muccino bieżący jest dobrze napisany, rozpędzający się i wbijający z impetem w finale świadomie w spodziewaną ścianę. Kończy się wówczas już stanowczo, zabawny jego charakterek, jakaś przekorność i puls urlopowej beztroski - bez rezygnacji jednako z piękna egzotyki miejsca i czaru światła. One pozostają i do ludzkiej tragedii, dodają kontrastowego kolorytu, tak jaskrawo metaforycznie, jak wprost dobrze sytuowani, dobrze ubrani i zadbani, ideolo (wzory zadowolenia) bohaterowie, tracąc grunt pod nogami i stając się bezbronnymi, bezradnymi pośrednimi ofiarami własnych zaniedbań i pokus. To jest mocne, to jest intensywne i to sprawia, że postaci dosłownie, a alegorycznie lokacje, celnie odzwierciedlają labirynty ludzkich emocji.

P.S. Dla Caroliny Crescentini nominacja do większych laurów w kategorii mega dobrze zagrana histeryczka by się należała, a dla Muccino obok uznania ogólnego, jeszcze plus duży za konkretne wyciągniecie przed orkiestrę figury bystrej i pyskatej ofiary jej nadopiekuńczości.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Der Spatz im Kamin / Wróbel w kominie (2024) - Ramon Zürcher

 

Więcej cech teatru telewizji w plenerze, czyli nowoczesnego swobodnego spektaklu, niż charakteru typowej produkcji fabularnej. Powodem zapewne ograniczone fundusze, jak i związana z założeniami wizja artystyczna, by nie odciągać uwagi od rodzinnej dramaturgii, na rzecz rozwiązań stylistycznych. Dlatego jest kameralnie i oszczędnie pod względem artyzmu, za to bogato i gęsto od kumulujących się w relacjach emocji. Opanowanych z przyzwyczajenia, pulsujących pod powierzchnią, rezonujących do wnętrza ale niekoniecznie niezauważalnych, bo przecież gesty, mimika a przede wszystkim spojrzenia zdradzają wszystko co pozornie dla niepoznaki oswojone. Kilkoro równorzędnych postaci, muzyka raczej standardowo podkreślające niepokoje i rosnący poziom intensywności interakcyjnych konsekwencji. Niby wszystko w miarę gra, ale NIBY robi różnicę i reżyser wydający polecenia lub po prostu sugerujący aktorom, dzięki dobremu ich warsztatowi (gra szczera wiarygodna, buzująca jadem, ale i potrzebą ciepła, zrozumienia, uwagi, zauważenia siebie nawzajem) uzyskuje efekt właśnie czegoś wiszącego w powietrzu. Nazbierało się traum, indywidualnych obsesji i namiętności i porozjeżdżało w relacjach, aż do poziomu obojętności czy ekstremalnie prowokacji i nienawiści. W tej lepkiej zawiesinie złożonego, przesiąkniętego brakiem uwagi i oczekiwanego miejsca quasi paranoi, każdy próbuje na własną rękę odnaleźć sposób na trwanie, z małymi przyjemnościami, w skrywanych tajemnicach - a nad całą tą psychologicznie autoagresywną, w finale jednak artystycznie alegorycznie zeschizowaną harmonią, unosi się duch nieobecnej już, ale przez wiele lat skutecznie składającej w głowach córek larwy zaburzeń, toksycznej matki. Ktoś mógłby uzasadnienie nazwać taką familię patologiczną, ale tylko gdy jego dzieciństwo i historia rodzinna oszczędziły mu przeżyć makabrycznych. Wtedy wszystko łatwiej jednoznacznie oceniać, a i spojrzeć na skrzywiony portret rodzinny, zamknięty w popękanym lustrze, na odpowiednim poziomie celnie przy-uważającej wrażliwości, nie ma raczej mowy.

wtorek, 21 lipca 2026

Glorious Summer (2025) - Helena Ganjalyan, Bartosz Szpak

 

Eksperyment formalny, futurystyczny się zdaje. Rzecz inna, w której poetyce baletowej, z początkowej fazy się zatracasz i przy okazji pogubisz, bo interpretacja tej choreografii (opowiada ruchem, rytmem i alegorią), czy innego ćwiczenia aktorskiego, intensywnie wspomaganego natężeniem dźwięków muzyki i odgłosów zwyczajnych czynności, jest na otwarcie niejasna i trzeba być może (aczkolwiek później staje się to zbędne - symbolika zmętniała staje się klarowna), podeprzeć się czymś więcej niż wyłącznie swoją wizją wstępnego rozumienia. To bardziej teatr nowoczesny, awangardowy, niż stricte film, a z filmem wiąże go w pierwszym około kwadransie jedynie technika, czyli przenoszenie lokacji z wnętrz do przestrzeni otwartych. To merytorycznie wizja zaakceptowanej tresury, przysposobionej lekcji o sobie w warunkach izolacji ale i o własnych potrzebach, pragnieniach, a precyzyjnie afirmacji życia w przestrzeni bańki, wizualny esej. Terapeutyczny sztos (na koniec w punkt bezpośrednie pytania), jaki trafia zupełnie nową, świeżą, ascetyczną drogą, do mojego często jeszcze zbyt zamkniętego na doświadczenie szczęścia, łba zakutego. :)

P.S. A może ja tu w tekście, z wymruczanymi pod nosem spostrzeżeniami, pozwalam sobie na lekceważenie kontekstu manipulacyjnego, w sensie sekciarskiego (bo afirmacji koszty, to w tym ilustracyjnym wykładzie lęk i gniew), a intencją szefów przedsięwzięcia było stworzenie mrocznej satyry na przeterapeutyzowanie, gdzie skojarzenia z intelektualnie proekologicznym (pure nature) “bigbrotherem” są uzasadnione. He he. :)

poniedziałek, 20 lipca 2026

The History of Sound / Historia dźwięku (2025) - Oliver Hermanus

 

Na pozór tylko rzewnie śpiewają, tęsknią okrutnie, a wizualna strona wystylizowana na brązy i czernie, wprost dołującej atmosferze dostarcza według intencji reżysera waloru. Miłość między dwoma młodzieńcami w czasach konserwatywnego (proszę rozumieć archaicznego) spostrzegania norm moralnych i kulturowych, takim fotograficznie ilustracyjnym zabiegiem stylistycznym, staje się w pierwszej chwili opowieścią, jaka potrafi mimo wszystko lekko znudzone oko przytulić. Niby snuja charakterem hipnotyzuje i artyzmem dopracowanej formuły oraz świetnie dobranych aktorów urokiem (Mescal, O’Connor), czy ciekawością, co z tej historii bardziej wrzącego, w sensie kontekstowo poruszającego wypełznie wciąga, ale gdybym w to ostatnie nie wierzył i atmosfera by mnie nie kupiła, błyskawicznie dałbym się porwać sennym majakom. Nuda i prostota (czytaj pierwszy odruch na slow motion) i niski poziom złożoności (główny wątek jeden i pozostałe uczynne wobec kluczowego), przyczyniły się jednak paradoksalnie u mnie do wyzwolenia ciekawości, zarazem skutecznie unikając odpływu w sen lub inne czynności. Gdy się bohaterowie widzą, dużo rozmawiają, zaglądając sobie głęboko w oczy, docierając do najgłębszych poziomów własnych intymności, a scenariusz przechodzi w naturę bardziej przygnębiającej wersji Brokeback Mountain - w czym się z Lalu niemal telepatycznie zgodziliśmy. Wtedy Lalu mi zaczyna do uszka opowiadać (a ja słucham jak należy, zaklęty), że dla niej to melodramatyczna opowieść o wzajemnej pasji, miłości i fascynacji, zanurzona w naturalnych dźwiękach natury, zapachu lasu, szumie drzew, śpiewie ptaków, powiewie wiatru - ukrywająca się w ciepłych nieśmiałych spojrzeniach, subtelnych gestach, gorącym dotyku bliskości. Urocza (dla kobiet mniemam zapewne intensywniej) wędrówka dwójki zakochanych w poszukiwaniu muzyki ludowej przekazywanej z pokolenia na pokolenie, na tle dramatycznych wojennych rozstań i powrotów. W celu utrwalenia obyczajowości, dziedzictwa, by ocalić od zapomnienia - głos, śpiew, słowo, dźwięk, melodię, historię. Wyprawa kształtująca uczucia, budująca przyjacielską relację w namiętnym splocie miłosnym. Romans niespełniony, niezaspokojony, tęskniący, melancholijny z bolącym, rozciągniętym, przenoszonym w czasie, finalnie aż w kierunku starości zakończeniem. Świetny duet na ekranie: nieco wycofany, empatyczny, o cichej wrażliwości Lionel (Mescal) oraz fascynujący kryjącą się w oczach tajemnicą i mrokiem w pięknej duszy David (O'Connor). Skradli serce Lalu i dzięki Lalu wrażliwości, mnie też połechtali, obowiązkowo po hetero męsku tam, gdzie pod warstwą ochronną czyste, nieskażone serduszko.

niedziela, 19 lipca 2026

The Virgin Suicides / Przekleństwa niewinności (1999) - Sofia Coppola

 

Debiut Sofii Coppoli ponownie w kinie, a dla mnie w kinie po raz pierwszy, bowiem nie przypominam sobie, iż byłem te ponad ćwierć wieku temu zainteresowany, by udać się w kierunku ówcześnie jeszcze miejscu, które dzisiejszych multipleksów nie przypominało. Jedna duża, tudzież ogromna sala i kolejka szczególnie w weekend aby bilet zdobyć długa, więc i nie było mowy aby grymasić miejsca wyszukując, tylko brało się to co jeszcze wolne było i z każdej perspektywy sali, seans musiał być w satysfakcjonujący sposób widoczny. Przekleństw w takich warunkach nie wciągałem (jak zauważyłem), nie będąc najzwyczajniej zainteresowanym jakimś dziewczęcym filmem o dziewczęcych problemach. Inaczej dzisiaj, gdy tytuł zdobył uznanie, a ja szerzej i bardziej detalicznie spostrzegam kino, a szczególnie te filmowe produkcje, które nie boją, bądź nie bały się wkraczać na terytoria trudne tematycznie - często i gęsto kontrowersjami i zjawiskiem tabu przesiąkniętymi. Tak jak poczatkująca Sofia swój pierwszy pełny metraż oficjalnie zatytułowała, dla dystrybutorów jak widać było już trudne do zaakceptowania - lęk przed spłoszeniem widza wygrał potyczkę zapewne z rozkręceniem prowokacyjnego szumu. Rodzime Przekleństwa niewinności były znacznie łagodniejszą wersją oryginału i w przeciwieństwie do niego niewiele o fabule mówiły. Czy ja w ogóle nie jestem rozczarowany tym co zobaczyłem, a na co po przestudiowaniu kilku opinii liczyłem - chciałbym krótko natychmiast odpowiedzieć. To uczucie nie jest jednoznaczne, kłębią się w moim łbie dwie skrajne bazy myśli, więc nie stanę po żadnej ze stron barykady i nie opowiem się radykalnie za, czy przeciw, bowiem uznaję (i tutaj już wejdę w zamaszysty ton wyjaśniający), Przekleństwa niewinności posiadają cechy zarówno kina autorskiego obiecującego, jak i nie unikają potknięć, które formę finalną stawiają w świetle dyskusyjnym. Wszystko mi tutaj gra pod względem specyfiki obsady, a ona jest raz niezwykle przyjemna dla oka, jak i doskonale wymierzona charakterem pod osiągnięcie efektu starcia rzeczywistości lajtowej, gdzie młodość, dojrzewanie jest estetycznie wzrok przyciągające, a wyzwania, sytuacje trudne do przepracowania, bądź na zasadzie akcji reakcji ogarnięcia, bez doświadczenia wiedzy, czy dojrzałego wsparcia świata dorosłych niezwykle obciążające psychicznie. Wydaje się, iż dobór castingowy to strzał w dziesiątkę, i szczególnie postać Lux i jej talent aktorski wraz z wdziękiem, odpowiadają temu co chciałby nakreślić zapewne autor pierwowzoru, na fundamencie jakim zbudowała własną wizję Coppola. Tylko że trochę jest tak, że aktorzy w pełnej palecie postaci grają bez większego oddziaływania autorytetu reżysera na to co finalnie zostaje kamerą uchwycone. To są kreacje bez większych uwag, ale miałem wrażenie, iż wpływ Coppoli był (i tu skrajne jednak tezy) za mało ingerujący, bądź sama reżyserka oczekiwała tej naturalności złamanej pewną irytującą pozą nie do końca autentyczną. Tego nie wiem, do Sofii kontakt zgubiłem więc nie zapytam, a nawet jakbym numer znalazł gdzieś w wizytówkach sławnych i bogatych, to nie zadzwonię, bo jak to tak nagle z biegu wcinać się w kogoś dzień powszedni z banałami, a może wręcz zarzutami. ;) Nie dowiem się kropka, a i nie chcę być źle zrozumiany, gdyż oprócz już przytoczonych uwag jakie są jednocześnie zaletami jak i wadami, mam jeszcze dużo dobrego do powiedzenia o zbudowaniu interesującej atmosfery przedmieść oraz użyciu kilku niecodziennych form wizualnych, aby oddać zarówno oniryczność, jak i gęstniejący stale od startu, wpisany w codzienność, masochistycznie pociągający urok makabry. Niewiele mam za to wiele do wyartykułowania o sile oddziaływania procesów zobrazowanych, na stan psychiczny młodych, wzrastających w poczuciu izolacji i presji wymagań kobiet - wiadomo dlaczego. Dlatego nie poddaje wartościowaniu, czy taki finał byłby możliwy, a jedynie mogę się domyślać, że moc wpływu poczucia nieszczęścia na smarkate dusze, jest nieporównywalnie większy niż na te sprawdzone już wielokrotnie w ogniu walki i poddawane systematycznie próbie wytrzymałości. Dramatyzacja, przesadne tragizowanie jest równolegle problematyką ekstremalnie subiektywną, tak w wydaniu dorosłych jak tym bardziej jeszcze istotnie młodocianych jednostek - jeśli rozumiecie co mam na myśli, a pewnie kminicie, bo czujecie intensywnie czasem, iż ktoś nie do końca poważnie traktuje wasze wewnętrzne uniesienia, lub wy na histerię innych patrzycie w poczuciu zażenowania, z niesmakiem. W tym kierunku ja najsilniej odbieram przesłanie zawarte w powieści autorstwa Jeffreya Eugenidesa i zaadaptowanego tak, a nie inaczej przez Sofię Coppolę. Abstrahując być może niepotrzebnie od całej otoczki o jakiej źródła paplają, że wrażliwość młoda kobieca, że kulturowe uwarunkowania, że rówieśnicy, że środowisko wychowawcze, ale nie dyspozycje psychiczne - ich nie będę traktował lekko zdystansowanie. Fakt, cała paleta problemów wymienionych na siebie współoddziałujące i prowadzi do czasem brutalnych rozwiązań, jednako kręgosłupem jednostkowa wrażliwość, niezależna od części z nich, a innymi wręcz gigantycznie nasiąkająca. Kończąc "mundrowanie" (temat jak Amazonka szeroka), uważam iż jak na debiut, to młoda reżyserka dokonała ciekawej syntezy zmiennych, nie broniąc się mimo wszystko od zarzutu wyciągania też wniosków na skróty, przejaskrawienia i szukania stereotypowych, a przez to łatwych i nośnych źródeł tragedii oraz głównie to wyszła zwycięsko z trudnej sztuki łączenia skrajności, bez poczucia że obcuje się z grubo szytą groteską. Za to szanuję. 

Drukuj