Gdybym nie miał pojęcia kto to tak bez "katolickiej" wrażliwości sypie przy okazji sól na intymne ofiar rany, to byłbym w szoku, trudno i długo się kończącym. Wiem jednak na co stać Solondza, choć zaledwie jego sztandarowy Happiness jedynie widziałem, lecz mi to wystarcza z okładem aby być przygotowanym na kino brutalnie cierpkie, prowokacyjne i bezkompromisowo testujące granice "dobrego smaku". Groteskowo
niby straszno, a w rzeczywistości pod jedynie cienką warstwą w
miarę „normalnej” obyczajowości, jest na poważnie straszno,
straszno i jeszcze bardziej straszno. Jak Solondz wymyśli i ogarnie
reżysersko historię, to musi być grubo, a nawet ekstremalnie
grubo. Tylko grubo poprzez podkręcanie podstępne, zwracając na
PROBLEM uwagę, ale tylko oszukańczo i może za bardzo psychicznie
wyczerpująco - może dlatego że obrzydliwie prawdziwie. To
nie jest satyra, ani nie jest to ośmieszanie. To uwypuklanie przez
kanciaste ciosanie i wykorzystywanie skrajnych sytuacji, zachowań
czy wręcz patologii jako materiału, do okrutno-smutnej analizy narzędziami bardzo ostrymi, obosiecznymi, patosfer zakamuflowanych. W ch** Palindromy (ukryta symetria) inteligentne, ale i
równie nieprzystępne. Napieprza Solondz kontrastami, aranżuje coś
niewiarygodnie nieakceptowalnego, by otwierać oczy. Niestety chyba
tylko tym co mają już otwarte, więc być może to sztuka dla
sztuki, para w gwizdek itp., itd. Może czuję się totalnie
niekomfortowo oszołomiony w kontakcie z takim chaotycznym nieco
podbródkowym, ale tą odwagę Solondza, aby w ten sposób podnieść
rękę na widza SZANUJĘ.
P.S. Bardzo chciałbym w nawijce z autorem (byłoby to mocne przeżycie) poznać końcowe intencje Todda. Czy to prowokacja anty czy proaborcyjna? Przekornie zastanawiam się czy można być aż takim idiotą, by od początku tego nie wiedzieć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz