Dzisiaj ani Lacrimosa nowa, ani stara raczej mnie nie jara, ale jakbym miał już wybierać, to zdecydowanie w tej do właśnie Stille bym jeszcze mógł zagustować, bowiem popłynięcie za trendem, z nurtem rozbuchanych orkiestracji spowodowało, że na początku XXI wieku rozstałem się z grupą Tilo Wolfa. W tym co wypełniło już Eloide nie potrafiłem się zaprzyjaźnić, gdyż za dużo filharmonii, a za mało oryginalnej natury wiązania twardych riffów z subtelnymi, kameralnymi partiami klawiszy i smyczków, w nowym wizerunku muzyki Lacrimosy było. Stille jako ostatnia trzyma piękny balans pomiędzy wymienionymi i daje poczuć, iż Lacrimosa to nie z muzyki symfonicznej, a ze szczególnie inaczej rozumianej wizji "pierrotowatego", surowego gotyku się wywodzi. Z undergroundu do w miarę szerszej świadomości słuchacza, dzięki pracy i rozwojowi, zdobywaniu miłośników małymi krokami, na Stille Lacrimosa stworzyła tak ciekawą kreację, iż przebiła się ze środowiska czysto gotyckiego, do umysłów maniaków z innej nieco bajki, wkradając się także w łaski sympatyków metalu - tych oczywiście, którzy słuchali i się zasmucali przy wówczas święcących triumfy albumach całego desantu doom-gotyckiego. Tak właśnie na Wolfa za sprawą promocji wydawcy trafiłem i później wertowałem kasety wystawiane tak w muzycznych przybytkach, jak i na giełdach wszystkiego, aby zdobyć i poznać co grali zanim Stille wydali. Może było to chwilowe zauroczenie (patrz przypomniany casus Eloidy i zaraz potem jeszcze mocniej odpychający Fassade), ale ile miałem z kompozycji wcześniejszych Lacrimosy wyciągnąć, to w szybkim tempie esencję konsumując wyssałem. Zatem pamiętam sporo bardzo dokładnie i szczególnie takie perełki oryginalności jak Not Every Pain Hurts, a też zmierzyłem dość głęboką przepaść pomiędzy Stille i Inferno, a może też Inferno, a Saturą. Inaczej mówiąc kierunek na niemal metalowe aranżacje - w sensie wykorzystania brzmień wioseł. Jak luknąłem w prasę muzyczną z tego okresu, Lacrimosa była chwalona, a ta droga pozwalała jej zaistnieć we wspomnianych sercach gotyckich metali. Sam Tilo zagajany, dawał jasno do zrozumienia że nie ma w tym premedytacji, a jest naturalna ewolucja, potrzeba nieuświadomiona aby grać mocniej i na bardziej bogato. Kreowania światu utworów dojrzalszych, bardziej spójnych, przemyślanych i emocjonalnych, nie tylko na poziomie cierpienia duszy, ale też wyrzucenia z siebie frustracji - złej krwi upuszczenia, a to (tak domniemam od siebie dodaje) bardzo skuteczne narzędzie osiągnięcia równowagi poprzez chwilowe przełomowe silne katharsis. Stille jest po prostu rzewna, ale i w klimacie stylistyki zaskakująco agresywna. Piosenki (kompozycje, utwory - potrzebowałem pierwszego z brzegu synonimu :)) "potrafią zaczynać się w bardzo łagodny, pogodny, romantyczny sposób, by z biegiem czasu nabrać zwierzęcej brutalności, ale mimo to nie jest rozbijana spójność całego albumu". Zgadzam się z Tilo i ze sobą. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz