niedziela, 13 września 2026

Ragtime (1981) - Miloš Forman

 

Technicznie przednia robota, tak ze strony działań wspomagających fachowców poczynając od scenografii czy charakteryzacji po samą, rzemieślniczą jednak reżyserię, jak i aktorskiej ekipy wyczyny o specyfice archaicznego jak na lata osiemdziesiąte kina. Wygląda więc znakomicie, dla oka jest przyjemnością bez wątpienia, ale jest tu mniejsze i oj duże ALE, jakie z pewnością wpłynęło na przekonanie ogólne widza i krytyki (jakie rozumiem), że jest to najmniej (z pozoru - cierpliwości, niżej wyjaśnię) ekscytująca hollywoodzka praca wielkiego Miloš Formana. Problem mój na przykład odnosi się do przez czas jakiś totalnego zagubieni w odczytywaniu o czym jest to w sumie - choć rozumiałem, że treść odnosi się do nowojorskich stosunków społecznych i ówczesnego rasizmu, z okresu pierwszej dekady XX wieku. Nie czułem mimo rozpoznania fundamentalnego przez istotny wstępny czas projekcji, dokąd narracja zmierza i nie potrafiłem dać się wpleść z uwagą w jej rytm, a wszystkie konteksty czasu i miejsca, patrząc z pozycji czysto historyczno-socjologicznej jawiły się jako takie niewyraźne, czy wręcz mdłe, a może potraktowane zbytnio z "ragtajmowym" (skocznym) dystansem. Oddając jednakże Formanowi sprawiedliwość, z czasem scenariusz zaczyna nabierać rumieńców, a marginesy i główny wątek splatać się w nawet poruszającą, zdecydowanie poważną wspólną treść - bez względu iż w założeniu jak mniemam to właściwy dramatyzm niknie w formule klasycznie pod kino lat pięćdziesiątych stylizowanej tragi chyba komedii. Przekaz w niej jasny, że sprawiedliwość to przywilej nie dla wszystkich, a uparte jej terrorem egzekwowanie, to w okolicznościach naświetlonych gigantyczne, samobójcze ryzyko i tym samym zły jak się okaże pomysł. Droga do tragedii i pozbawionej satysfakcji wendety zostaje wówczas otwarta, co nie zmienia przekonania o brutalnej i gorzkiej istocie niesprawiedliwości i ostatecznej porażce uczciwości w konfrontacji z podłością. To powyżej co na wstępie, napisałbym znając zaledwie połowę tej historii. Jest ona bowiem wielowymiarowa i ma dwa elementarne fabularne oblicza. Przyznaje iż od połowy zacząłem o niej radykalnie zmieniać zdanie, bowiem to w jakim kierunku się rozwinęła, jak eskalowała i jak została podsumowana oraz jakie wnioski z niej wynikają, to naprawdę być może unikalna w twórczości Formana sytuacja. Dlatego przepraszam za chwilowe wprowadzenie w błąd, a usprawiedliwiam się faktem, ze dałem się zwieść pozorom, żeby zdać sobie może sprawę, iż nie wszystko jest tym czym się wydaje na początku. Piszę to bardzo smutny, bowiem przez finałową klamrę bardzo przykro mi się zrobiło, bo ta Ameryka to nie taka dla wszystkich bez wyjątku fajna, jak ją od zawsze w Europie malowano. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj