O tym iż uznaję i szanuję nowy krążek Zakka i spółki niech zaświadczy fakt, iż waham się czy po kilkunastu latach przesunięcia zainteresowania BLS na niewielki margines, w końcu nie dorzucę z takim logiem świeżynki do kategorii dłuższego korzystania i być może pozostania jej na dobre pośród klasyków ekipy, do której rzecz jasna wracam ochoczo choć nie wtedy naturalnie, gdy mam ochotę na nutę przełamująca stereotypy. Może też powrócę do wydanej aż osiem lat temu Grimmest Hits, którą nawiasem pisząc także swego czasu przyjąłem ciepło, mimo że po czasie (jak chyba przeczuwałem) ześlizgnęła się na owy marginesik. Z tym że być może teraz przez dłuższą przerwę wydawniczą jestem bardziej stęskniony za stylem BLS, więc i może szybko Engines of Demolition nie podzieli losu poprzedniczki (cholera wie!) i nie wiem, wyciągnie ją z cienia, aby przekonać się czym mnie tak przyciągnęła, a potem się z codziennej eksploatacji wykluczyła - nie trudno sobie w sumie na to retoryczne pytanie odpowiedzieć! Wiem tylko bez gdybania i opierania się na automatyzmach myślowych, że oprócz obowiązkowych nieco jak zazwyczaj miałkich, bo od kalki komponowanych ballad (wystarczyłaby jedna, uzasadniona w hołdzie dla Ozzy'ego) cała reszta huczy jak należy, będąc motorem napędowym dynamiki płyty. Liczy się fajny nośny i ciężki zarazem riff oraz wraz z jednowymiarowym ospałym charczeniem wokalnym, przeplatanym jedynie w miejscach ukajania serduszek nudą, rzecz jasna solówkami w ilości obfitej o typowej charakterystyce nasiąkniętego southern rockiem heavy metalu. Wiadomo było że Zakk przełomowej formuły muzycznej nie zaproponuje (prochu na nowo nie wymyśli), bo jest tradycjonalistą, potężnie owłosionym zawiasem przyszytym do jeansu i skóry. Mógł tylko potwierdzić dobrą, prawidłową formę i to uczynił. Między innymi harleyowcy wznoszą za Engines of Demolition toasty, a ja jak będę kiedyś w jakimś barze podchmielony też może jeden zaproponuje. Nie chadzam od lat nazbyt często do takowych alko przybytków, choppera nie dosiadam, a tym bardziej nie trafiam do tych pod które podjeżdżają i sieją trwogę odrodzeni starcy po szychcie w korpo, to i mogę z takimi odważnymi deklaracjami się wychylać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Label Society. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Label Society. Pokaż wszystkie posty
środa, 8 kwietnia 2026
poniedziałek, 6 grudnia 2021
Black Label Society - Doom Crew Inc. (2021)
Ten sam w sumie, poniekąd od pierwszego albumu odgrzewany kotlet, który do momentu wydania Mafii w roku 2005, był na tyle dobrze doprawiany brzmieniowymi, aranżacyjnymi wprawkami i żarem wykonania, że to co w zasadzie podobne, a nawet bliźniacze, potrafiło się od siebie odróżnić. Jeszcze dwa kolejne albumy (Shot to Hell i Order of the Black) mogą być podciągnięte pod fazę wzrostową i szczególnie do pierwszego z nich mam sentyment wielki. Lecz później, kiedy wręcz sam siebie przekonywałem, że Grimmest Hits i trochę mniej Catacombs of the Black Vatican jest w zasadzie tak dobry jak każdy je poprzedzający, to podświadomie czułem, że nie ma już nadziei dla ekipy prowadzonej przez brodatego Jankesa i przyjdzie niewątpliwie taki moment, kiedy powiem dość! Dziś następuje przełom - wystarczy kredytu zaufania, który zakładał, iż muzyce tworzonej przez Zakka Wylde'a zastrzyk świeżości zostanie zaaplikowany. Nie może bowiem BLS stawać w jednym rzędzie z AC/DC czy Motörhead i nagrywać wciąż to samo, mając zagwarantowane iż zostanie to przyjęte zawsze z gigantycznym entuzjazmem przez zagorzałego fana. Wróć, może i nic nie stoi na przeszkodzie, aby BLS trwał przez kolejne lata z grupą oddanych maniaków i oni nie mieli pretensji o stagnację, a nawet wstecznictwo. Jednak jak mnie takie miałkie mielenie z Doom Crew Inc. nie wzrusza, to aby pozostać wciąż związanym z krążkami jakie wywołują u mnie pozytywne emocje, trzeba radykalną decyzję podjąć i już nie zacierać ich wrażenia bieżącą sromotą. Bo ja chwalić chciałem, źle się nie nastawiałem i kilka fragmentów z najnowszego longa mnie tak mini mini na plus zaskoczyło, lecz większość materiału brzmi tak ospale i nijako że litości. W śpiewie Zakka nie ma ani mocy, ani entuzjazmu, a to próżne do mikrofonu mamrotanie i riffy ciągnące się niemożebnie wypełniające proste/przewidywalne konstrukcje sprawiają, iż nie przysypiam z nudów, ale wręcz życia mi się odechciewa. A to nie jest przecież żadna stylistyka dołująca, tylko hard rock siarczysty co ma napędu dostarczyć, a nie resztek napędu pozbawiać. Stąd zamiast się męczyć po raz piąty, tego piątego odsłuchu sobie nie zaaplikuje. Wrócę jednak do starszych rzeczy i nie ma obaw, jak Zakk nagra łebską płytę komplementów nie będę szczędził.
środa, 27 czerwca 2018
Black Label Society - 1919 Eternal (2002)
Programowo surowy,
oparty o wyraziste brzmienie wioseł i sekcji - piski, zgrzyty, masę gitarowych smaczków. Poniekąd toporny, używając
określenia mniej dosadnego oszczędny, bo to zaledwie kilka dość prostych riffów
na kawałek. Tyle, że ta bezpośrednia formuła chwyta za jaja, gdyż jej brzmienie
jest nośne i wraz z wokalem Zakka tworzy monolit hołdujący tradycji grania
prawdziwie testosteronowego. Grania z łapy, bez zbędnych kombinacji, pustych
fajerwerków, a jak nawet fragmentami bardziej balladowo, to i tak bez
pościelowych zapędów. Masywnego, ciężkiego, z wściekłości naładowanego energetycznie,
osadzonego w sensie konstrukcji w heavy/hard rockowej tradycji, ale bez pardonu odartego z gatunkowego szołmeństwa na
rzecz brutalnej dosadności. Pamiętam, że kiedy 1919 Eternal pojawił się we
wszystkich "dobrych sklepach muzycznych", nim to właśnie rozpoczynałem znajomość
z dyskografią BLS i przyznaję, że przez jego pozorną toporność szybko nie
przebiłem się do rzeczywistego sedna. Album cierpliwie odczekał swoje, do czasu aż doceniłem
jego wartość, gdy sam ponad chwilowo atrakcyjne eksperymentatorskie
poszukiwania właściwą istotę rocka postawiłem. :)
piątek, 9 lutego 2018
Black Label Society - Grimmest Hits (2018)
Dobra muza to nie wyścigi, chociaż aby była ciekawa i wymagająca dla słuchacza, a przez ten fakt pozostawała w głowie na dłużej niż kilkanaście przesłuchań i wracała do niej po latach, jako rzecz wartościowa ponadczasowo, to trzeba by muzycy coś atrakcyjnego napisali, ale i potrafili to co sobie na papierze założą, odegrać czysto i z pasją na żywca. Zdaje się, iż Zakk Wylde od zawsze z nikim się nie ścigał, bo jakby nie patrzeć na albumy Black Label Society, to nigdy nie były to krążki przełomowe, łamiące zasady czy wytyczające świeże terytoria do eksploracji. Jednak to cholernie klasyczne, a może i zachowawcze granie, od strony wykonawczej było pierwszej klasy, wysokoenergetycznym wykopem. Faktem jest przecież, że Zakchary wirtuozem instrumentu może być nazywany, bez obaw jakichkolwiek, bez względu na to iż to jego wiosłowanie poza schematyczne w technice, ale i autorskie w feelingu szarpanie strun nie wychodzi. Znalazł gość dla siebie spore terytorium i tą zagarniętą przestrzeń od wielu już lat zagospodarowuje kolejnymi płytami z taką samą zawsze zawartością, a mimo to bardzo przyjazną dla uszu formułą rubasznego rocka, z odrobiną zadumy w balladowych odsłonach. Wstęp przydługi, a rozwinięcie i punkt kulminacyjny z puentą treściwą, może nazbyt zdawkowe, ewidentnie rzekłbym nieefektowne. Bo co ja mogę napisać o kolejnym albumie Wylde’a, oprócz tego, że mnie cieszy zwyżka formy po naprawdę bezbarwnym Catacombs of the Black Vatican. Jednakże nie ma na Grimmest Hits żadnego zaskoczenia, jest wszystko to za co cenię brodacza i niestety wszystko to, co powoduje iż za każdym razem zastanawiam się dlaczego ma on u mnie taką taryfę ulgową? Robi to co zawsze, prawie jak zawsze wzbudza poczucie niedosytu, a ja i tak na kolejną porcję jego riffów oczekuje niecierpliwie. Tym razem z większym optymizmem patrzę w przyszłość, gdyż te dwanaście nowych odsłon ma w sobie więcej ognia, surowej i ponurej aury, aranżacyjnych urozmaiceń i w tych prawie akustycznych fragmentach, co najbardziej raduje, męskiej zadumy, a nie banalnego łkania, niż lichota sprzed czterech lat. To tak po prostu fajny album, bez fajerwerków, ale i szczęśliwie bez miałkiego plumkania. Zbiór bardzo dobrych kompozycji, których największym atutem dojrzałość w wykorzystywaniu samczej melancholii, ubieranej w skóry, ćwieki i naszywki. Przepoconej, nieogolonej, może i po kilku już browarach. Jadącej na potężnym Harley’u, pośród pustkowia, w stronę zachodzącego słońca. :)
P.S. Puenta, puenta, puenta, ona być musi, jak ją odważnie zapowiedziałem. To bardzo dobra odsłona w dyskografii Zakka, ale mimo tego na krakowski koncert nie pojadę. Poczekam (a może się złamę) aż forma wzrośnie do poziomu Mafii!
czwartek, 7 września 2017
Black Label Society - The Blessed Hellride (2003)
The Blessed Hellride od startu wpada w ucho i nie daje powodów do kręcenia nosem, bo pomimo ekstremalnie jak na gatunek chwytliwej formuły wszystkich bez wyjątku numerów, zawarł w nich Zakk Wylde także sporo ciekawych, chociaż w żadnym razie przełomowych czy eksperymentalnych rozwiązań. Słucha się albumu kapitalnie chociaż może się przy odrobinie złej woli wydać nieco zbyt prostacki, bo taki ofensywnie przyjazny dla ucha. Ma na szczęście w sobie wystarczający ładunek emocji i żaru, a umiejętność wtłaczania do kompozycji bujającego groovu jaki posiada brodaty gitarzysta, dodaje mu dynamiki pobudzającej ciężkie riffy do odpowiednio rączego i płynnego galopu. Czy to akurat suniemy rytmicznie wraz z otwierającym Stoned and Drunk, względnie kolejnymi Stillborn, Funeral Bell czy Destruction Overdrive czy też w marszowym rytmie dumnie kroczymy (Suffering Overdue, Final Solution i Doomsday Jesus) jak i po męsku (bo to nie jest rock dla bab :)) w balladach typu Blackened Waters, Dead Meadow, The Blessed Hellride się zatapiamy - to zawsze czujemy, że to co nas wkręca jest przebojowe ale nie przesadzone/przesłodzone. Nawet We Live No More, który w formie strasznie ubogi, bo oparty przede wszystkim na cholernie nośnej linii wokalnej nie powoduje uczucia spłaszczenia formuły do wyłącznie potrzeby wkroczenia na listy przebojów. Nawet jeśli Wylde miałby takie ambicje, to nie miał szans w konfrontacji ze współczesnymi hiciorami, bo one do zupełnie innych już potrzeb konsumenta się odwołują. Jaka by chwytliwa propozycja BLS nie była, to zawsze w niej sporo testosteronu i wysokooktanowego paliwa, przez co do ogłady nawet gdy śpiewna i lepi się do ucha wiele brakuje. Może i ten krążek przy tych kultowych pozycjach z dyskografii ekipy BLS wygląda na gładko ogolony, to jednak nie traci właściwego ducha, a wyłącznie wizualnie wypielęgnowany się zdaje.
środa, 12 lipca 2017
Black Label Society - Stronger than Death (2000)
Ostatnio nie bardzo idzie Zakkowi - muzycznie
jest dosyć licho, niewiele spod jego masywnych łap rasowego materiału wyszło, a
jak już raczył się ze snu wybudzić i w studiu nagrywać to na posuchę dobrych
pomysłów te produkcje cierpiały. Raczej powtarzalnością zawiewało, niedostatkiem
oryginalności i na brak większej dynamiki działań sfinalizowanych kapitalną porcją
mocarnego riffowania szansy niestety i teraz nie dostrzegam. Szczególnie Catacombs of the
Black Vatican, czyli krążek sprzed trzech lat nie napawał optymizmem, że coś
drgnęło i szarpnęło do przodu. Przewidywalność, odcinanie kuponów i nawet jeśli
we względnie poprawnym jakościowo stylu (bo o upadku nie ma mowy) to jednak bez
śladu progresji. Nie bardzo więc wierzę w przełom choć im mniej nadziei tym większa
zapewne radość będzie, gdy mylić mi się przyjdzie. :) Wracam zatem z tęsknoty
za rasowym Wyldem przede wszystkim do przeszłości i w starociach odnajduje
ukojenie - w tych albumach w rodzaju Stronger than Death, gdzie świeżość w
spojrzenia na przecież klasyczne pojmowanie ciężkiego riffu na hard rockowych
resorach dominuje. Dynamiczne pełne groovu konstrukcje tutaj królują z pysznymi
solówkami i surowym szlifem w znaczeniu brzmienia i ciężaru. Kilka solidnych
kopów dla rozkręcenia, zaś na przełamanie i dla kontrastu testosteronowe
ballady w których zamiast ckliwości męska twarda refleksja. To krążek idealny
do samczych spotkań przy browarze, by rubasznie obśmiać rzeczywistość,
ponarzekać może nieco kontemplacyjnie i przede wszystkim złapać dystans do
codzienności. Tak sobie kojarzę, gdy druga w dorobku płyta Zakka się kręci, że
gdybym był wojownikiem szos ujeżdżającym połyskującego chromem Harleya, to z
pewnością ze Stronger than Death w długich trasach bym się nie rozstawał,
rozmyślając po drodze jak osiągnąć idealną proporcję w byciu prawdziwym
mężczyzną. To znaczy jak odnaleźć ten złoty środek pomiędzy wrażliwością
przytulnego misia, a siłą dającego poczucie bezpieczeństwa niedźwiedzia. :)
środa, 7 maja 2014
Black Label Society - Catacombs of the Black Vatican (2014)
Nic
nowego Zakk nie wymyślił, bo i nikt przełomu pewnie od niego nie wymagał.
Maksymalnie przewidywalnie zatem postąpił i nagrał krążek esencjonalnie
reprezentatywny dla ostatnich jego dokonań. Powielił charakterystyczne riffy w
nowych numerach i po raz kolejny mimo szablonu satysfakcje daje. Cieszy i miłe
poczucie przebywania w dobrze znanym miejscu i okolicznościach daje. Od tego
jest i jeśli jest w tym dobry to git! Ja mam słabość do tych pioseneczek i
tyle! Wolę gdy on gładko smuci niż inni się szarpią bez opamiętania – kilka
dźwięków, jego głos i solówka, taka gitarowa matryca, a porywa. Są grupy, są
artyści od których wyraźnych wyłomów się nie wymaga i tyle. Pytanie tylko czy
nie jest to już łabędzi śpiew tego Pana – problemy ze zdrowiem, świadomość
odjeżdżającej w przeszłość młodości swój znak myślę już dają. Dojrzałość ma
zalety jednak okupiona ona zawsze witalności osłabieniem, a w rockowym
rzemiośle jej brak, jak doświadczenie uczy ku nędzy energetycznej często
prowadzi. Czy doczekam się studyjnej kontynuacji, czy ona nie rozczaruje miałkością.
Są pytania, czas dopisze odpowiedzi. :) Taka refleksja jeszcze – jest Zakk z
BLS dziś w miejscu, w jakim jego współpraca z Ozzym została zakończona. Świeżą
krwią Osbourne swojego pupilka zastąpił widząc, że podgryzanie własnego ogona
ku mieliznom prowadzi. Okręt Wylde'a niebezpiecznie blisko nich się dzisiaj
znalazł, zakotwiczy w nich bezradnie, zatopi flagową jednostkę i pod nową
banderą w dziewicze rejony wypłynie lub też po generalnym remoncie w starym kadłubie ożywczą inspiracje
odnajdzie. Lubię Catacombs of the Black Vatican, ale trochę więcej chyba jednak
od legendy oczekuje.
piątek, 24 stycznia 2014
Black Label Society - Shot to Hell (2006)
Dotarła do mnie ostatnio, za
pośrednictwem sieci wszystkowiedzącej wiadomość, że na kwiecień tego roku Zakk
z sobie wrodzonym entuzjazmem nowy, mrocznie zatytułowany album zapowiada. Z
nadzieją zatem patrząc na zatarcie nie do końca pozytywnego wrażenia, jakie po
sobie w moim odczuciu Order of the Black pozostawił, oddałem się korzystaniu z
uroków jakości kapitalnej jaka na wcześniejszych jego albumach zawarta. Ta
świetna passa jaką BLS miało, na Shot to Hell zakończona. Może i strzał ten
odrobinę zbytnio balladami wytłumiony, jednako te bardziej energetyczne numery
sporym hukiem, jakim powietrze rozpruwały, równowagi finalnie całości przysporzyły. Co tu dużo filozofować – to nadal jest konkretna dawka motorycznej
rockowej jazdy, może z większą ilością finezyjnego groove’u, jednako bez
zbędnych udziwnień z charakterystycznym przebojowym szlifem na fundamencie
gitarowej maestrii mistrza ceremonii zbudowanym. I być może taki nazbyt
chwytliwy sznyt odrobinę na ówczesne recenzenckie kręcenie nosem wpłynął - z
drugiej strony przecież głuchy chyba ten, co na The Blessed Hellride tej
tendencji do porzucania surowej maniery już nie dostrzegł. Ona tam zainicjowana, z
precyzją rozwijana była na kolejnych albumach, aż po krążek z tymi szczególnymi
zakonnicami na okładeczce. Może właśnie przez wzgląd na to, że po piekiełku ta
ścieżka porzucona została, by na powrót do surowości powrócić, ostatnia
studyjna produkcja ekipy Zakka mnie nie przekonała. Zmienił brodacz
priorytety, z rytmu się wybijając, mam jednako nadzieje, że już przy okazji
Catacombs of the Black Vatican do swojego naturalnego rytmu skutecznie powróci.
Co będzie, to będzie – kichy nie przewiduje, bo jak dotąd nigdy poniżej
pewnego, zawsze względnie wysokiego poziomu nie zszedł.
wtorek, 27 sierpnia 2013
Black Label Society - Mafia (2005)
Czas nadszedł by podzielić się opinią o tym legendarnego Zakka Wylde'a wytopie. Buczy, dudni, kąsa, w popisową manierę się wbija, parska, czasem wzdycha, nawet szlocha, taka to doskonale skondensowana esencja dobrego ciężkiego rocka, kołyszącym groovem i kurzem amerykańskiego południa przesiąknięta. Brodacza skrzekliwie zaciągający wokal ani mierzi, ani olśniewa - idealnie w konwencji, wśród instrumentalnej masy funkcjonuje. Z powodzeniem całościowo ta machina prowadzi mnie po rytmicznych zakrętach i gitarowych wywijasach. Riffowa marka Zakka oczywista i pełno w niej tych charakterystycznych pisków i zgrzytów. Tam gdzie kopać zady ma, tam skutecznie je obija, gdzie natomiast łzę z wnętrza twardziela ma wydobyć, z równą konsekwencją to czyni. Wysoce przyjemne z grubiańskiej jak i tej wrażliwej strony obcowanie z Mafią, jak w kinowych wersjach włoskiej rodziny, gdzie brutalność i bezwzględność z ciepłem i przywiązaniem do najbliższych koegzystuje. Zaiste istotą funkcjonowania tej ekipy fani się wydają, rozpieszczani szeroką gamą merchandise'u, we wdzięczności i oddaniu grubą gotówką formacji wsparcia udzielają, także koncertowe sale wypełniając po brzegi. Wiem ja co mówię z autopsji, zdarzyło mi się w jednym z takich rytuałów uczestniczyć. ON w centrum i mafia wokół!
P.S. Za oddanie hołdu Dimebagowi osobny szacunek!
P.S. Za oddanie hołdu Dimebagowi osobny szacunek!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








