Dosłownie przed chwilą donosiłem, że tak samo Troy Sanders, jak i Greg Puciato, to ostatnio najbardziej płodni i czynni muzycy na około metalowej scenie. Każdy z nich udziela się w kilku projektach, a te projekty właśnie swoją aktywność teraz ujawniają. O tym, że ekipa Gone is Gone pracuje systematycznie nad nowymi kompozycjami wiedziałem od dłuższego czasu - dokładnie od kiedy zaczęły się konsekwentnie na YT pojawiać świeże obrazki do kolejnych, zmontowanych z pasją tajemniczych klipów. Trzymali jednak muzycy w tajemnicy co może z tej pracy w dalszej perspektywie wyniknąć, a ja zastanawiałem się czy sklecą jakieś mini, bądź epkę, a może materiału w zanadrzu na tyle mają wiele, iż śmiało longplay powstanie. Ta ostatnia opcja właśnie ciałem się stała, a If Everything Happens For A Reason… Then Nothing Really Matters At All (och!), jest z każdym odsłuchem dla mnie mniejszą zagwozdką - którą na starcie była niesamowicie intrygującą, ale i trudną w odbiorze. Jest drugi long w historii (chyba na dzisiaj kwartetu) daleko bardziej wymagający od debiutu, a o piekło bardziej spójnie skonstruowany od startowego mini z roku 2016-ego. Albumem z którym zaprzyjaźnienie wymaga czasu i samozaparcia, choć przez wzgląd na frapujący charakter użytych tu dźwięków, powracanie do niego (nawet jeśli obarczone intelektualnym wysiłkiem) nosi znamiona magnetycznej i osobliwej przyjemności. Gone is Gone ewoluuje odwrotnie proporcjonalnie do tempa w jakim kompozycje z dwójki oscylują i w rejony nie bardzo z mainstreamem mające po drodze. Wspomnę tylko, że najbardziej chwytliwym numerem w programie jest mega ciężarny Breaks, a reszta nawet jeśli po detalicznym się w nie wsłuchaniu, posiada jakiś tam szczątkowy potencjał przebojowy, to do atrakcyjności "piosenek" z Echolocation im diabelnie daleko. Zniknęły całkowicie skojarzenia z brytyjską zimną falą czy innym ejtisowym syntezatorowym (plumkaniem), a na ich miejsce powstała osadzona na ospałym elektronicznym bicie i niskim strojeniu wioseł i basu fuzja własnego spojrzenia na syntetyczna muzyczną materię, przez pryzmat twórczości formacji pokroju Nine Inch Nails. Tyle że kiedy ja wciąż nie potrafię docenić dźwięków emitowanych przez legendę której dowodzi Trent Reznor, tak w nawet najbardziej nieprzyjaznych dźwiękach Gone is Gone potrafię się zatracić. Jest w nich niesamowity vibe (Breaks, to jest ku*** miazga, rzecz piekielna), coś intrygująco odhumanizowanego i apokaliptycznego. Jest w nich quasi industrialny hałas, który dla mojego wielkiego zaskoczenia absolutnie mnie nie boli!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gone is Gone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gone is Gone. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 grudnia 2020
piątek, 20 stycznia 2017
Gone is Gone - Echolocation (2017)
Narzekałem przy okazji odsłuchów epki
na wokal Sandersa, że taki niekompatybilny z dźwiękami, że niescalony tak
idealnie z muzyką jak w przypadku wokalnych odjazdów w Mastodon. Nie odrzucałem
jednako wiary w doskonalą pełnowymiarową płytę, jeżeli konsekwentnie wprowadzając poprawki muzycy
projektu pociągną ten wózek dalej. Choć marudziłem, to głęboko ukrywając wiarę
czekałem na ten album. Jest i cieszy ogromnie, bo jak się okazało w
wielokrotnym już „praniu”, to kawał dobrej muzy, niemal tak innej od tego co
robi Sanders w macierzystej formacji jak odgłosy wydobywające się z jego paszczy. ;) Wiadomo kto stoi za mikrofonem tego charakterystycznego
antyśpiewu nie da się nie rozpoznać, lecz jednak, kiedy mruczy miast krzyczeć z
wysiłkiem, zaczyna brzmieć wyjątkowo ciekawie, a to współgra z muzą doskonale.
Płynie ona równym nurtem, z wyraźnym wzburzeniem pod z pozoru gładką
powierzchnią, z odrobiną niekoniecznie ryzykownych przełomów po drodze. Rządzą
wpływy „ejtisowe”, w tym łączeniu basowego kręgosłupa z syntezatorowymi
plamami. Czuć nawiązania do twórczości The Mission, The Sisters of Mercy, Fields of the Nephilim, poniekąd też Depeche Mode czy innych gigantów tamtej dekady. Ale w
inspiracjach doszukać się można także spojrzenia w stronę klimatycznego
gotyckiego, czy bardziej ambitnego awangardowego metalu spod znaku pierwszej połowy lat 90-tych. Pewnie nie tylko ja słyszę,
szczególnie w końcówce Dublin manierę w głosie i formule Johana Edlunda. :) Wszystkie
te nawiązania nie mają charakteru ślepego naśladownictwa, a stanowią punkt
wyjścia dla zbudowania własnej onirycznej tożsamości otulonej psychodelią i intensywnie
hipnotyzującym transem, z gruzem w brzmieniu wioseł i masą smaczków wkręcających w muzyczną materię z każdym
kolejnym kontaktem. Przynajmniej mnie ten album pociąga mocniej wraz z ponownym spotkaniem, co cieszy i rysuje sporą perspektywę na długowieczność dla pełnowymiarowego
debiutu Gone is Gone.
poniedziałek, 25 lipca 2016
Gone is Gone - Gone is Gone (2016)
Od przesytu łeb nie powinien boleć,
zatem kiedy kolejnymi projektami muzycy związani na co dzień z Mastodon częstują, należałoby absolutnie nie marudzić, tylko pić z tego rogu obfitości póki
jest okazja. Szczególnie, że o jakość przynajmniej teoretycznie nie trzeba się
martwić. Taką tezę sobie wykułem, kiedy zaanonsowano powołanie do życia
ansamblu w skład którego wszedł Troy Sanders wraz z Troy'em Van Leeuwenorazem - kolejno właśnie arcyciekawy Mastodon i obecnie szczególnie bezdyskusyjnie wyjątkowy QOTSA. Skład jak domniemałem uzupełnili Tony Hajjara i Mike Zarina, mnie akurat muzycy nieznani (jak notki prasowe donoszą wielu tak :)) i dodatkowo podobno to właśnie ten duet był inspiratorem całego przedsięwzięcia. Z miejsca, przynajmniej
zaraz po tym jak na wieści o narodzinach trafiłem, zajawka w postaci
Violescent do netu się dostała, a wkrótce po niej dwa bliźniacze niemal obrazki do
Starlight i Stolen from Me. Szybko, szczególnie single z teledyskami moją
przychylność zdobyły, lecz kiedy już kompletny mini album w moje łapska wpadł
entuzjazm przygasł i do tej pory trudno o podgrzanie emocji przy kolejnych
odsłuchach. I nie mam w tym miejscu nic do zarzucenia samym kompozycjom
tworzącym zwartą i ciekawą symetrycznie chwytliwą i ambitną konstelację klimatycznej kombinatoryki na przecięciu Mastodon, Deftones i post grunge'owego grania. Problem w tym, że ten antyśpiew
Sandersa idealnie sprawdza się w macierzystej formacji istniejąc w symbiozie z
wokalami Branna Dailora i Brenta Hindsa, a wysunięty na front by dominować w tym układzie
zwyczajnie drażni. Nie pozbawia mnie mimo wszystko ten fakt ciekawości co dalej
z fantem ochrzczonym mianem Gone is Gone. Czy to jednorazowa współpraca, czy
zaczątek czegoś bardziej trwałego i rozwojowego. Czas przyniesie odpowiedź na
to pytanie, póki co uzbrojony w cierpliwość, gotowy na kolejne kontakty z
zawodzeniem Sandersa liczę, że przekonam się do tych wygibasów za mikrofonem,
które przecież nie różnią się od tych z płyt Mastodon - zaskakująca i dziwaczna to sytuacja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


