Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oliver Stone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oliver Stone. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 września 2026

Salvador / Salwador (1986) - Oliver Stone

 

Powstał w tym samym roku co słynny Pluton, lecz nie przebił się równie mocno do świadomości widza i krytyki, mimo że obiektywnie jego dramatyzm nie ustępuje temu, uznanemu za jedno z największych dzieł sztuki filmowej ever. Trudno bezspornie orzec dlaczego i można by domniemywać przyczyny natury politycznej, jeśli by uznać iż Pluton to był akurat obraz mało krytyczny wobec amerykańskiego establishmentu - co jest oczywiście kompletnie pozbawione sensu. Zatem powody leżą gdzie indziej, a możliwe że problem tkwi jednak w sposobie wpływania na emocje widza, gdy porównać silny nacisk charakterystycznej muzyki, uwalniający poruszenie i empatię w Plutonie, a znacznie mniej jej istotne oddziaływanie w Salwadorze. Po drugie postacie w obrazie o wojnie w Wietnamie, zostały zdecydowanie mocniej zarysowane, a ich cechy głębiej oddziaływały psychologicznie na widza, gdy natomiast w omawianym, trafiamy na zachowującego się/grającego, chyba z lekka upośledzoną intelektualnie postać Jima Belushiego i na pierwszym planie tropionego przez kamerę, nieźle stukniętego i nonszalanckiego degenerata jako bohatera głównego - kreowanego uważam świetnie przez Jamesa Woodsa. Człowieka nie jednowymiarowego, postaci nie fikcyjnej (na faktach bowiem ta historia), w którego przypadku pozory bardzo mylą i z czasem odsłaniają prawdziwy, kryty pod maską obraz jego wrażliwości. Z jednej strony ryzykanta motywowanego zarobkiem, sprzedaniem siebie i materiałów za dobrą kasę, a z drugiej człowieka fundamentalnie trzymającego się zasad współczucia, który nie waha się by stanąć po stronie najbiedniejszy i najsłabszych, bez ideologicznych i przeciw ideologicznym przesłankom. Mocno parszywej roboty dziennikarskiej przedstawiciela, w mocno politycznym obrazie, ukazującym prócz doświadczeń codziennego terroru, kulisy wsparcia Amerykańskiego dla ówcześnie trzymającego w Salwadorze władze prawicowego reżimu. Jest też w tym filmie jakiś chaos scenariuszowy, który być może trafnie oddaje chaos politycznym w miejscu akcji. Wstrząsające doświadczenie brutalnej walki o wpływy i widok tychże walk niewinnych ofiar. Potworności ukazane i okoliczności wyłuszczone - dosadnie i z zachowaniem przyzwoitości. Ze scenami jakim może brakuje oszlifowania hollywoodzkiego na poziomie nagradzanego Plutonu, ale w swej surowości równie wstrząsające. Góry trupów na jakie trafiają reporterzy, cykający zarówno dla sławy jak i by ukazać prawdę, makabryczne fotki, to zarówno materiał o którym trudno zapomnieć, jak i zaproszenie do głębszego zrozumienia istoty tak sprzed zakończenia Zimnej Wojny, jak i uniwersalnie współczesnych, kontrolowanych przez mocarstwa konfliktów.

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Alexander / Aleksander (2004) - Oliver Stone

 

Kiedy Aleksander Macedoński zinterpretowany według Stone’a, nie zostaje zbyt ciepło, tak przez krytykę jak i widzów bez przerostu ego w temacie znajomości kina przyjęty, ja uznaję że fakt ten był/jest wciąż jawną niesprawiedliwością, jeśli zerknąć na konkurencję w gatunku, nadmiernie myślę mimo mojej także sympatii, zachwytem obdarzoną. Mówię na przykład o fenomenalny ale nazbyt ckliwym Gladiatorze, jaki robi wrażenie, mnie też przekonuje, ale tam gdzie kończy się hollywoodzko przyjazna narracja, tam pozostaje przestrzeń dla niewykorzystanej kontekstowo głębi. Natomiast Aleksander to zupełne przeciwieństwo i narracja szorstka pozostawia kawał przepracowanego miejsca dla mnóstwa historycznych niuansów, doskonale sugestywnie kręcącej mnie psychologicznie zeschizowanej Stone’a maniery i rozhulanej teatralnie, archaicznej (także potraktowanej przez opinie surowo) gry aktorskiej. Aleksander sam wygląda rewelacyjne w tej przeczącej jego krwiożerczości cherubinkowej fizys, a do tego plan hipnotyzuje barwami i wspomniane aktorskie kreacje sprzedane z manierą sceniczną, dają więcej intrygujących wrażeń, niż teraz przeze mnie rzucone odrobinę na pożarcie Gladiatora walory. W Gladiatorze dominuje rozrywka namiętna, a tutaj ambitna sztuka nieoczywista, więc w takim starciu bieli z czernią, staje po stronie soczystego czarnego i gdy teraz skupiam się na ekscytujące treści od Stone’a, myślę o spłaszczeniu też historii Odysa przez Nolana. Obiecałem sobie zrobić weryfikację (Odyseja vs. jeszcze nie zarchiwizowane u mnie klasyki historycznej estetyki) i w tym kontekście wolę zamiast bajeczki, kawał potężnego, być może nieprzyjaznego gigantycznej popularności kino kontrowersyjnego, reżysera obecnie zasłużenie wyklętego. Coś jest w tej interpretacji kinowej życia Aleksandra Wielkiego prócz krwistych oczywistości przerażająco niepokojącego - być może rodzaj wzniosłej powagi i klasyczny syndrom powłóczysty, archetypicznego teatru w kinie z lat pięćdziesiątych. Jest z pewnością ciężar gatunkowy sfokusowany na burzliwej i brutalnej historii ukazanej z klasą, rezygnując z typowej hollywoodzkiej manii, zeszlifowywania szorstkości ku łatwiejszej chłonności dla przeciętnego niedzielnego kinowego widza. Może jestem niewolnikiem symbolicznej sekwencji, fenomenalnego między innymi ujęcia w slow motion zmontowanego, a może ten styl ekspozycji egzotyki miejsc mojemu gustowi odpowiada, tudzież w odniesieniu do postaci/do bohatera, przeprawa przez zrodzone obsesje i ambicje oraz reżysera odwaga by amok, manię niebywałą wizualnie wszczepić w obrazy krwawej grozy, przepuszczone poprzez wyobraźni i finezji najostrzejszą filtrującą optykę - to mnie trwożąc zelektryzowało. Brak więc sukcesu finansowego, jest w przypadku Aleksandra powodem do detalicznego przejrzenia genezy powodów, a tym pierwotnym i głównym jak mniemam wysoki poziom odporności na wpływy podpowiadaczy i potężna megalomania Stone’a. Miał człowiek wówczas swoje przekorne usposobienie, jakie w ostatniej grubo ponad dekadzie, nie bardzo przekładało się na mocne tytuły, ale akurat Aleksander potraktowany bez taryfy ulgowej, to być może jego finalny, a najważniejsze ostatni zasadnie skuteczny był środkowy palec pokazany hollywoodzkiemu mainstreamowi. Według mnie przekonujący, tak jakościowo, jak ambicjonalnie.

P.S. Ponadto jak tu sfilmowane są sceny batalistyczne. Na nie się gapi z rozdziawioną gębą! Rzekłem!


czwartek, 21 stycznia 2021

U Turn / Droga przez piekło (1997) - Oliver Stone

 


Przytulona w mocnym uścisku do gorzkiej ironii, brutalna przygoda na arizońskiej pustyni. Bardzo czarna komedia (oko przymrużone obowiązkowe), osadzona w anturażu kina drogi oraz stawiająca na warsztatową aktorską wyrazistość rozpoznawalnej obsady. Gdyż z przyciągnięciem gwiazdorki pierwszego sortu nie miał taki Oliver Stone wówczas najmniejszego problemu, kusząc za jednym zamachem Seana Penna, Nicka Noltego, Joaquina Phoenixa, Johna Voighta i Billy'ego Boba Thortona – jak w międzyczasie doczytałem nie takimi jednak gigantycznymi gażami. Z tak spektakularnym zapleczem aktorskim, to nawet słabszy scenariusz i poprawna tylko realizacja mogłyby się obronić. W tym przypadku jednak nie muszą, bowiem nawet jeśli jest to w formie dość luźnej nawiązanie do nieco groteskowego kina drogi opowiedzianego trzy lata wcześniej przez odpowiedzialnego za znacząco większy sukces Urodzonych morderców, to efekt ponownego szokowania jest bardzo przyzwoity, lecz już nie porażający. Wszystko niby gra, ale już nie porywa. Ciekawi galeria przedziwnych postaci z przygranicznego zadupia, gdzie mniej Ameryki a więcej latynoskiego burdelu i klimat uwspółcześnionego westernu (ach ta muzyka Ennio Morricone), lecz już nie szokuje. Intryga wciąga, lecz brak jej już świeżości oraz jej autentyzm siłą stylistycznego odpału miewa momenty słabsze. Główny bohater brodził sobie kiedyś radośnie w gównie i kiedy szambo przynoszące dotąd dobry szmal go już wciągało, spierdala przed konsekwencjami. Ale gdzieś po drodze okazuje się że zła passa się nie kończy i można jednak spod deszczu wpaść zbiegiem niekorzystnych okoliczności wprost pod rynnę. Dzieją się więc rzeczy dość dziwacznie, a formie w jakiej pokazane bardzo blisko do psychologicznej bomby z opóźniony zapłonem. Ryje ona beret skrupulatnie i konsekwentnie, oferując widzowi chwilami mocno przegiętą lekcję perfidnej manipulacji podsycanej żądzami kasy i władzy. Jak mówi jedna z postaci - tak jest na pustyni, nie wiadomo dlaczego wszystkim odbija. Nie byłem na amerykańskiej pustyni - nie mam więc powodu by nie wierzyć. Koniec dyskusji. :)

P.S. Dla kumatych - scena w barze, wchodzi Phoenix przy dźwiękach z szafy grającej. Nomen omen nucie Johnny'ego Casha i wyglądający jak młody Cash. Coś, ktoś, kiedyś w niedalekiej przyszłości? :)

wtorek, 7 lipca 2020

Nixon (1995) - Oliver Stone




Legendarny Oliver Stone sporą ilością gigantycznego metrażu swoją filmografię ubogacił i te kolumbryny autorstwa jego z pasją penetrowały nie tylko amerykańską historię, opierając rdzenie o wątki biograficzne kontrowersyjnych postaci. Nixon oczywiście formą nawiązuje do genialnego JFK, a osoba wokół której wnikliwą analizę politycznej kariery tytułowej postaci osnuwa, nieco charakterem też poniekąd może z inną (wziętą na warsztat o prawie dekadę później) i znacząco intensywniej owładniętą obsesją władzy za wszelką cenę kojarzyć. Być może wprost porównanie Richarda Nixona z Aleksandrem Macedońskim to w tym miejscu moje, kierowane wyłącznie skojarzeniami natury filmowej z odważnym aspektem psychologicznym nadużycie. Ale trudno nie wrzucić obu historycznych postaci do wora z okazałym napisem – dobry materiał filmowy, bo kontrowersyjny. Wracając jednak do samej dość luźno interpretowanej biografii Nixona (sam reżyser się do tego w czołówce niejako przyznaje), to nie można było odmówić jeszcze wówczas hollywoodzkiemu mistrzowi kapitalnej żyłki do opowiadania skomplikowanych historii w fascynującym stylu - zarówno fabularnym jak i wizualnym. Nie dam zatem powiedzieć nic złego na temat tej wielkiej produkcji i życzyłbym sobie by jeszcze kiedyś nestor amerykańskiego kina zaskoczył mnie tak świetną formą. Dzisiaj bowiem biorąc pod uwagę jakość najnowszych jego obrazów, taki Nixon jawi się jako jeden z wielu ikonicznych filmów, które zakotwiczyły na zawsze w porcie dzieł decydujących o wielkości nie tylko kina hollywoodzkiego. Wszystko tutaj u Stone’a działa bez zarzutu - od aktorskiej biegłości, po detale w postaci archiwaliów czy fragmentów/wstawek stylizowanych na kręcone sprzętem z epoki. Zabawa fakturą obrazu odbywa się na całego, obficie tłustymi wizualnymi ornamentami nafaszerowane to dzieło. Ale ona artystycznym tylko dodatkiem do ostrego politykowania i błyskotliwego psychologicznego rozpoznania złożoności osoby Nixona, w wielorakich konfiguracjach personalnych. Bowiem film sfokusowany zasadniczo na wydarzeniach decydujących o współczesnym obliczu Stanów Zjednoczonych (jak szerokie ujęcie licznych perspektyw i doskonały warsztat filmowy zobowiązuje), w tle szkicuje genezę i istotę – czyli obowiązkowo wszystko co wyczerpuje jej temat, a sprowadza się do procesu socjalizacyjnego i kształtowania osobowości. Stąd nawet, jeśli zaangażowane polityczne wycieczki Stone’a mogą budzić ideologicznych adwersarzy uwagi, to w sensie warsztatowych umiejętności udowadnia, że tłuste lata twórczości miał naprawdę zasłużenie.

P.S. Rzecz oczywista, fabuła to nie dokument, więc trudno ją rozliczać z ewentualnych historycznych nieścisłości, czy częstego jednak powstrzymywania naukowej monograficznej analizy, na rzecz kinowej rozrywki - czynionej w dużej mierze w naturalnej pogoni za uatrakcyjnieniem faktury, kosztem właśnie dokumentacyjnej rzetelności. Oświadczenie w posłowiu, jak i tekst właściwy rozgrzesza więc mistrza. Jeżeli w ogóle takiego odpuszczenia grzechów z ust niegodnego czyścić mu obuwie historycznego półgłówka potrzebuje. :)

poniedziałek, 4 marca 2019

Natural Born Killers / Urodzeni mordercy (1994) - Oliver Stone




Mickey i Mallory Knox, tak pamiętam was! Trudno was k**** zapomnieć! Parka z piekła rodem i Oliver Stone w swoim jednym z wielu klasyków, tym razem niczym Tarantino i Gilliam w jednym zderza koszmarną rzeczywistość z wizualny surrealizmem. Leonard Cohen wybrzmiewa na starcie i w finale, a pomiędzy Rage Against The Machine, Nine Inch Nails, Jane's Addiction, Cowboy Junkies, Bob Dylan i Peter Gabriel oraz sporo jeszcze dodatkowej energetycznej muzycznej erupcji i nawet odrobina czystej symfonii. Urodzeni mordercy to rozpasany stylistycznie pomysł na zdjęcia, niekonwencjonalna perspektywa kamery, coś co wówczas było w kinie czymś względnie nowym. Montaż ekspresyjny, wstawki czarno białe, przefiltrowane, animowane itd. Ogólnie chuliganeria w narracji i ustawiczna kombinacja w obrębie obrazu i jego sklejaniu. Masa detali, drobnych wtrętów na poziomie podprogowym, symboliki i gry z konwencją w rock’n’rollowych rytmach. Brutalny psychodeliczny trip, może też filozoficzno-duchowy, czytaj szamański rytuał z licznymi podtekstami, mocnym przesłaniem i nienapawającą optymizmem puentą. Barwna definicja zaburzeń osobowości, socjo i psychopatii, mrocznej ludzkiej natury oraz medialnego szału wokół negatywnych bohaterów stających się popkulturowymi idolami. Prowokacyjny, buchający ogniem piekielnym gorzki satyryczny komentarz do pojebanej rzeczywistości. Kontrowersyjny eksperyment formalny, błyskotliwa pod względem merytorycznym analiza morderczego obłędu, jego genezy czyli konsekwencji koszmaru z dzieciństwa. Siarczysty sugestywny dramat z obłędnym aktorstwem, wychodzący zdecydowanie poza schemat, aktualny ówcześnie jak i chyba jeszcze wyraźniej dzisiaj. Ktoś śmie obecnie zaprzeczyć, że jako cywilizacja jesteśmy zgubieni?

środa, 16 sierpnia 2017

Wall Street (1987) - Oliver Stone




Kultowy Gordon Gekko i jego słynna sentencja "greed is good". Money, Money, Money, można by zanucić obserwując jak działa wielka finansjera, jak po trupach stąpają królowie życia, brać cwaniaków nakręcona na jeden cel, na kasę która wszystkie drzwi otwiera ale i z człowieka pokusą i luksusem kupionego podstępnie niewolnika czyni. Jak idzie to jest git, ale w tej branży upadek bardziej prawdopodobny od długotrwałego sukcesu, a stabilizacja to absolutnie w grę nie wchodzi, bo tu trzeba zarabiać by mieć, posiadać - by na kolejne poziomy zarabiania wkraczać. Grube ryby kręcą gigantyczne wałki, gierki i manipulacje w głowach, motywacyjne sztuczki by zapalić do działania, wykorzystywać przyjazne zbiegi okoliczności i własną przebojowość – wszystko inspirowane w jednym celu. :) Klasyka kina, najwyższa półka w dorobku Oliviera Stone’a – z dziecięcą buźką Charliego Sheena, z symbolem dolara w oczach Michaela Douglasa. I nawet jeśli po latach w konfrontacji z kilkoma współczesnymi tytułami o podobnej tematyce nie lśni już tak intensywnie, blask przyblakł co nieco, tajemnica wraz z zaskoczeniem z branży została zerwana i nic już nie dziwi, to i tak przez wzgląd chociażby na kultowe zdanie wypływające z namiętnością z ust GG ikoniczna dla kina produkcja.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Snowden (2016) - Oliver Stone




O tym, iż Oliver Stone filmy ekscytujące robić potrafi z pewnością nie muszę przekonywać. Tyle, że jak niegdyś za złotego okresu swojej reżyserskiej twórczości kręcił wielowymiarowe dzieła, które oprócz podejmowania nośnych, częstokroć kontrowersyjnych tematów posiadały w sobie ogromną dawkę emocji, tak te nowe ograniczone zostały wyłącznie do rzetelnego, ale jednak opisywania rzeczywistości, bez koniecznego emocjonalnego komponentu. Tak też spostrzegam najnowszy obraz mistrza, jako warsztatowo bezdyskusyjnie poprawną próbę fabularnego zagospodarowania interesujących zdarzeń, jednak bez intensywnie podkręcanych emocji i niestety z dosyć płytką psychologią kluczowej postaci. I jestem przy okazji refleksji z filmem związanych bardzo daleko od oceny poglądów politycznych Stone’a, które nie wydają się tak jednoznaczne jakoby histeria pewnych środowisk sugerowała. Ja zwracam przede wszystkim uwagę wyłącznie na fakt powiązany ze wzbudzaniem we mnie odpowiedniego napięcia, gdy opowiadana historia przez ekran z charakterem przepływa. Przykro mi, ale w moim przekonaniu utracił Oliver Stone w którymś momencie umiejętność w tworzeniu kina najistotniejszą. Uśmiercił w sobie instynkt, dar który dawał mu przewagę nad konkurencją. Poświęcił emocjonalną głębię i dramatyzm z niej wynikający na rzecz suchego, dokumentalnego rozwijania w sobie zamiłowania do roztrząsania wszelkich spiskowych teorii, tylko po to by udowodnić stawiane tezy, przekonać widza bez możliwości swobodnego subiektywnego odczytania i interpretacji. Faktografia jednostronna, beznamiętna perspektywa zdominowała przekaz, w którym sam człowiek zatracił swoją istotną rolę, bohater został potraktowany instrumentalnie i wiara w intelekt adresata postawiona pod znakiem zapytania. Ja po seansie nie odczułem jakiegokolwiek ukłucia, bo i za gardło złapany silnie nie zostałem i uczucia z trudem przełykanej śliny nie zaznałem. Daleko ma Snowden do szczytu jaki kilkukrotnie z przytupem Stone zdobywał i biorąc pod uwagę powyższe wady trudno rozpisywać się o postaci Edwarda Snowdena, kiedy brak emocjonalnej łączności z jego filmowym wizerunkiem. Na zasadzie bliższa ciału koszula, wolę gdy historia dotyka problemów mnie względnie dotyczących, a nie przekonuje do czegoś, co wiem że ma miejsce ale mój bezpośredni wpływ na zmiany jest niemal żaden. Ta współczesna, zakrojona na ogromną skalę manipulacja i inwigilacja, to dla mnie zupełny kosmos – totalna niewiadoma i niezrozumiała etycznie forma wymuszania przekonań. Żebym źle nie został zrozumiany – jestem tych zjawisk świadomy, ale mam też pokorę wobec swojej niewiedzy. Nie mam zamiaru budować skomplikowanych wywodów, czy stawiać radykalnych tez dysponując strzępkiem wiedzy.

P.S. W fabule Stone zawodzi, natomiast w dokumencie triumfuje. Oglądana ostatnio Historia Stanów Zjednoczonych jego autorstwa to rzecz znakomita - przykuwająca uwagę nie tylko zawartością merytoryczną, śmiałymi tezami i przekonującymi argumentami oraz ogromem włożonej pracy czy konstrukcją, ale także od strony wizualnej osiągająca poziom efektowny. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Born on the Fourth of July / Urodzony 4 lipca (1989) - Oliver Stone




Dojrzewanie młodzieńca w patriotycznej atmosferze, w klimacie surowego katolickiego wychowania, kształtowanie jego postaw, charakteru pod wpływem amerykańskiego snu o potędze, gdzie ambicje prym wiodą, gdzie trzeba być zawsze pierwszym w walce z jasno zdefiniowanym, jednowymiarowo rozumianym złem. W antykomunistycznej psychozie przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku skonfrontowanych z sielanką dobrobytu materialnego pośród malowniczych przedmieść. Z tego miejsca bohater pochodzi i z takich realiów naiwny zmanipulowany przez łagodną bo sytą propagandę gówniarz, przy po części dumnej i milczącej jednocześnie aprobacie rodziców zaciąga się do wojska i z miejsca trafia w wir wojennej zawieruchy. Do piekła na ziemi, gdzie wojenne realia pełne brutalnego chaosu, obdartego z romantycznego bełkotu o chwale w walce z siłami ciemności. Tutaj w kontraście do Ameryki, kraju spełniających się marzeń Wietnam pogrążony w pożodze wojennej zawieruchy, gdzie nie ma prostych podziałów na zło i dobro, gdzie życie ludzkie traktowane instrumentalnie, a interesy mocarstw naturalnie ponad dobrem zwykłego człowieka stawiane. To nie zabawa w bohaterów dla zaszczytów i orderów, to krwawa jatka w której niewinność i szlachetne intencje giną w konfrontacji z bezsilnością wobec okrucieństwa. Powrót z tego piekła do względnej normalności wręcz niemożliwy, kiedy reperkusje natury fizycznej i psychicznej kroczą za człowiekiem. Kalekie ciało i skrajnie rozstrojona psychika, poczucie winy i ustawicznie powracające traumatyczne wspomnienia to bariery nie do pokonania. Życie weterana w kulturze antywojennej hipisowskiej retoryki wespół z własnymi gorzkimi refleksjami obrazu zniszczenia dopełnia. Rodzina i problemy dnia codziennego, powszedniej egzystencji w aureoli bohatera z jednej strony i z pogardą wobec kata z drugiej. Totalne zagubienie w skomplikowanej rzeczywistości, bez miejsca dla rozsądku, bo trudno o zimne spojrzenie, kiedy w człowieku rany krwawiące i bezradność przejmująca. Emocje dominują i one ścieżkę wytyczają, a całkowite zatracenie jej kresem. Born on the Fourth of July to więcej niż film, to przejmujący antywojenny manifest, to dzieło złożone i przenikliwe. Pełne emocjonalnego napięcia, wzruszające i przygnębiające. Bogate w sensie przeżycia i dostarczające skompresowanej wiedzy niczym kronika historyczna z szerokim kontekstem społeczno-politycznym. Majstersztyk reżyserski Stone’a i aktorski Olimp Cruise’a. Obraz którego nie sposób zapomnieć – NIGDY!

P.S. W pewnym sensie Urodzony 4 lipca to obraz bliźniaczy z Plutonem, ale tylko w mocno okrojonym rozumieniu. Kiedy dla Chrisa miejscem głównego dramatu wietnamska dżungla, to dla Rona wojna była tylko krótkim preludium, a jej konsekwencje dopiero po powrocie najbardziej druzgocące.   

niedziela, 21 grudnia 2014

Platoon / Pluton (1986) - Oliver Stone




To był ten czas w karierze Olivera Stone’a, kiedy największe dzieła popełniał. Dziś to już zupełnie innej, niestety dużo niższej klasy reżyser i jak wynika z publicznych wypowiedzi innej mentalności człowiek. Wtedy jednak potrafił za pomocą obrazu i treści ukazać często kontrowersyjne historie z bogatą warstwą emocjonalną i pełne materiału do przemyśleń. Pluton niezaprzeczalnie jest przykładem świetnego warsztatu reżyserskiego, naturalistycznego w formie i dojrzałego w wartościowe przekazanie idei celnie piętnującej bezlitosną politykę. To zapis w rodzaju dziennika przeżyć młodego człowieka, który jako ochotnik trafia na pierwszą linię walki, zdobywa doświadczenie i przechodzi błyskawiczną lekcję pokory wobec tamtejszych realiów. Okrucieństwo strachem, zemstą, bezkarnością czy instynktem motywowane staje się codziennością, ludzkie odruchy rzadkością, a bezlitosne okoliczności wojennej pożogi nieodwracalnie na psychice piętno odciskają. Największymi ofiarami wojny niewinne istoty, bezbronni cywile, zdezorientowane dzieci, czy właśnie ideowi naiwniacy – wszyscy oni zakleszczeni w uścisku politycznych rozgrywek. Ten obraz to ogromny ciężar, druzgocące przeżycie, które zmienia perspektywę spostrzegania. Widziałem go tak wiele razy, a zawsze to seans wyjątkowo intensywny - to ból psychiczny tak głęboki, iż niemal fizycznie odczuwalny. Zadbał Stone o ten efekt szczególnie dzięki poruszającej warstwie muzycznej i mistrzowskim kreacjom Dafoe, Berengera, Whitakera, Dillona, McGinleya i oczywiście Sheena.

środa, 11 grudnia 2013

JFK (1991) - Oliver Stone




Ażeby do klasyki kina od czasu do czasu powrócić, pewien impuls w postaci konkretnej okoliczności musi się pojawić. Chyba trudno o bardziej sprzyjającą sytuację niż ta nadarzająca się przy okazji 50 tej rocznicy zamachu na Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. Wrzuciłem zatem kultowy obraz Olivera Stone'a do odtwarzacza, by po raz kolejny dać się porwać wybitnemu kinu. Kapitalnie od strony technicznej zrealizowana to produkcja, z wyczuciem zdjęcia archiwalne łącząca z fabularną hipotezą, czarno - białe, klimat lat 60-tych podkreślające kadry ze stonowanym posługiwaniem się ówczesną techniką operatorską. Ogląda się go nawet po wielu latach z dużym zaangażowaniem, pozwalając porwać się wielowątkowej zagadce. Atutem jego oczywiście plejada wybitnych aktorskich indywidualności, które oprócz przez życie napisanej fascynującej polityczno-kryminalnej historii, czy sprawnego montażu podtrzymującego dynamikę, ale i nie zaburzającego płynności przedstawianych autentycznych relacji i domniemań autorów scenariusza, potrafią wybornym warsztatem dodać do finalnego efektu dodatkowy walor. I nawet taki sztywny, kwadratowy aktorsko Kevin Costner trzyma tu poziom, dzięki roli idealnie dobranej do naturalnych aktorskich jego możliwości. Może ta jego satysfakcjonująca postawa zmotywowana dzięki towarzystwu takich mistrzów klasycznego kina jak Jack Lemmon, Walter Matthau wspieranych przez ikony bardziej współczesne w osobach Sissy Spacek, Tommy Lee Jonesa, Kevina Bacona czy fenomenalnych Joe Pesci'ego i Gary'ego Oldmana. A teraz do dokumentalnej wartości produkcji Stone'a nawiąże, jednocześnie podkreślając ograniczoną oczywiście wiedzę moją dotycząca wydarzeń z 22 listopada 1963 roku. To co tego dnia miało w miejsce w słonecznym Dallas do dziś budzi ogromne kontrowersje i nie podejmę się próby jednoznacznego stawiania twardych tez, bo tak naprawdę podpierając się szczątkowymi informacjami, domniemaniami czy hipotezami byłoby to aroganckim szaleństwem. Jedno jednak nie daje mi spokoju, choć daleko mi do bycia zwolennikiem spiskowych teorii dziejów, że w tak zawiłej sytuacji politycznej, sfrustrowany typ, samodzielnie podejmuje się zabicia prezydenta USA, po czym błyskawicznie zostaje zlikwidowany. Podstawą dla scenariusza JFK nieoficjalne śledztwo prokuratora okręgowego Nowego Orleanu Jimma Garrisona, sklejające przede wszystkim w logiczną całość przedstawione fakty i podparte mocnymi argumentami świadków. Twarda podstawa dowodowa plus racjonalna dedukcja, jednak to mało w starciu z oficjalną machiną śledczą komisji Warrena. Co tam jeszcze w aktach komisji się znajduje dopiero za kilkanaście lat w większych fragmentach ma być ujawnione. Wtedy to MOŻE bliżej prawdy będziemy. 

P.S. I jak tak mocno udokumentowane fakty dotyczące zamachu na Kennedy'ego mają się do tego co w naszym grajdołku wokół smoleńskiej katastrofy się dzieje! U nas bezwartościowe spekulacje, twardogłowych, radykalnie "zeschizowanych" pseudo ekspertów wśród fanatycznego betonu bez najmniejszych podstaw racjonalnych poklask wzbudzają, a oficjalni śledczy są wobec tych rewelacji bezradni, często przez swoją niekompetencję. Jedno akurat tutaj w tych dwóch nieporównywalnych sprawach jest tożsame. Skrajne poglądy - równają się gigantycznej hipokryzji!

Drukuj