Nie zamierzam się rozpisywać na temat efektów bieżącej pracy studyjnej ekipy Mustasch. Już od wystarczająco wielu (wydawanych z zegarmistrzowska precyzją, znaczy w równym odstępach czasowych) płyt daje do zrozumienia, że dzisiejszy Mustasch to nie taki Mustasch jakiego oczekuję i nawet jeśli każda jego kolejna propozycja w sporej już dyskografii nie wzbudza we mnie powodu do panicznej ucieczki, a kręci się jeszcze przez chwilę po premierze (szczególnie podczas podróży autem), to NIE, NIE, NIE - NIE tego od nich chcę! Nie ma bujającego stonera, a są jakieś kwadratowe patataje, czasem z lepszym, czasem gorszym riffem, ale zawsze z bardzo ograniczona jego przydatnością do konsumpcji. Na A Final Warning - Chapter One po omacku jakiś urozmaiceń poszukują - aranżacyjnie starają się kombinować, ale wychodzi lipnie, bo kwadratowo. Trochę maszynowej riffiady, basowych pochodów, niezwykle szablonowego piosenkowego też sznytu, o fuck i mdłości wywołująca mini ballada. Nieco jakichś elektronicznych "nie wiem po co, nie wiem, nie wiem" oraz coraz bardziej irytujący w tej konwencji (przecież niegdyś znakomity) wokal Ralfa. Sześć słabowitych prób (a myślałem że jeszcze gorzej nie będzie) zaadresowanych pewnie do niemieckiego odbiorcy, bo tylko on może się zachwycić teutońskim sznytem ostatnich płyt niegdyś rewelacyjnych Mustasch.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mustasch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mustasch. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 6 maja 2021
czwartek, 29 kwietnia 2021
Mustasch - Powerhouse (2005)
Za ciosem oo premierze RatSafari Mustasch poszli i całkiem sprawnie już po niecałych dwóch latach "złoty" następca tego "zielonego" na rynku zaistniał. Nie była to wówczas nawet najmniejszym stopniu praca pod ogromnym ciśnieniem, bowiem nowe numery przygotowano raz naturalnie podążając wyznaczonym wcześniej szlakiem, po drugie jak się okazuje z tercetu w którego skład wchodzi tutaj opisywana plus dwie wcześniejsze płyty, żadna nie wychodzi poza szereg, ani w konfrontacji z innymi nie stanowiła powodu do zmartwienia w kwestii jakości. Powerhouse to pełny żaru album, w którym witalna energia rock'n'rolla fantastycznie współistnieje ze stonerowym bujaniem, jednocześnie znakomicie korespondując z ówczesnym zapotrzebowaniem na pustynna nutę, paradoksalnie z dalekiej Skandynawii. :) Ktoś by rzekł że w te stonery to tylko Jankesi tak potrafią i by się typ głoszący tego rodzaju przekonania srogo zaskoczył, gdyby wyżej wymieniony tercet albumów Szwedów skonsumował. Poczułby wtedy że to może nie ta hipnotyzująca transowa aura co Kyuss i nie ten zblazowany luz, który wszyscy stonerowi amerykańce w krążki wbijali, ale z pewnością ze szczęką zbieraną z gleby poczułby, że to jednak wikingowie potrafią energetyzującym riffem podbrudek skopać nie gorzej, a często nawet lepiej niż wspomnieni Jankesi czy ich najwięksi rywale w osobach rubasznych Brytoli. A jeżeli miałbym wymieniać swoich faworytów z niniejszej genialnej płyty, to musiałbym tu zasugerować sobie wypisanie wszystkich możliwych indeksów - tak to hardrockowo-stonerowe dzieło szanuję. Poza tym też, jak ma się w składzie gardłowego który potrafi grzmotem w głosie kruszyć głazy i jeszcze w zaśpiewie nostalgicznie pomiziać serduszko manierą a'la Ian Astbury, to nie wypada tego waloru spierdolić. Tak myślałem do momentu od którego Mustasch postanowił zamiast bujać tuningowaną po szwedzku amerykańszczyzną, nudzić kwadratowym teutońskim heavy rockiem. Po prostu kurwa fuck!
czwartek, 26 marca 2020
Mustasch - RatSafari (2003)
Ostatnimi
czasy najczęściej o muzyce Mustasch pisałem krytycznie, a jeśli już nie całkiem krytycznie to mało entuzjastycznie, z wyraźną nutą rozczarowania zawartą w tych moich na blogu forsowanych refleksjach. Wiązało się to z faktem, że to przede wszystkim bieżące albumy kapeli były
poddawane autopsji, a kierunek obrany po krążku z 2009-ego roku (notabene albumie już
wtedy nieco rozczarowującym i niezapowiadający dla mnie większej satysfakcji na
przyszłość), uważam za absolutnie w kontekście rozwoju formacji nietrafiony, a nawet
pisząc wprost odstawiający całkowicie na bocznicę ambicje pisania muzyki, a owszem energetycznej ale z walorami długotrwałej zdatności do spożycia -
mówiąc precyzyjnie takiej, która nie nudzi się po trzech, czterech odsłuchach.
Taką bowiem Szwedzi z powodzeniem grali od momentu debiutu (Above All 2002 rok)
do Latest Version of the Truth (2007), a szczyt ich fantastycznej formy
zdaje się z dzisiejszej perspektywy przypadać na okres 2003-2005, kiedy oto
powstały, będący tematem tej notki RatSafari i zaraz po nim równie
fantastyczny Powerhouse. Oczywiście to maksymalnie subiektywna ocena i jestem
się w stanie założyć o utratę dobrego gustu muzycznego, że skręt w stronę bardziej przystępnego rocka zapewnił
ekipie Ralfa Gyllenhammara (posiadacza kapitalnego wokalu, który szczególnie w powyżej wychwalanym
etapie można śmiało porównać do Iana Astbury'ego) na tyle spore grono fanów, że
mają dla kogo nagrywać, a studyjny ich żywot nie przypadkiem z powodzeniem trwa nadal. Ja
jednak twierdzę, że gdyby ścieżka prowadziła ich bardziej w kierunku stonera,
to ich nazwa obecnie znaczyłaby znacznie więcej niż znaczy. To akurat myślę, iż zmianie w najbliższej przyszłości nie ulegnie, a moja nadzieja do tej pory systematycznie i konsekwentnie
pryskała, kiedy z nowymi materiałami studyjnymi powracali. Nie zmieni to jednak
mojego gigantycznego przywiązania szczególnie do startowych produkcji z których
dziewiczy kontakt zaliczyłem właśnie pod koniec 2003-ego, tudzież na początku
2004-ego, kiedy kierowany intuicją na ich muzykę natrafiłem podczas
rytualnych odsłuchów co ciekawszych rekomendacji, odbywanych w wówczas jeszcze mocno
nastawionej na handel płytami kompaktowymi sieci Media Markt. Nie będę
ściemniał, że z dystansem przyjąłem muzykę Mustasch, bo prawdą jest, że
RatSafari "siekło" mnie konkretnie i zaraz po wyskrobaniu odpowiedniej kwoty na
zakup płytki, począłem poszukiwać debiutu, którego zdobycie okazało się na
polskim rynku niemal niemożliwe. Brak dystrybucji i kaplica - ściągasz z
zagranicy, albo kopiujesz jeśli ktoś ma. Innej drogi brak! To nie obecne czasy, kiedy wszystko
jest wszędzie, a rola internetu w dystrybucji i dostępności muzyki otwierająca możliwości.
Tym samym zanim (niestety żaden z kumpli nie miał) All Above poznałem jeszcze trochę wody w Warcie
upłynąć musiało. Raczyłem się więc póki co intensywnie tym, co miałem, a miałem kawał
doskonale skonstruowanego rączego rocka z własną osobowością, gdzie skojarzenia
z tuzami z przeszłości obijały się echem, ale w żadnym stopniu nie stanowiły wtórnego odgrzewania wczorajszych kotletów. :) Riffy kapitanie korzystają więc na RatSafari z rockowej
dynamiki i stonerowego feelingu. W dodatku moc w nich atletyczna, a linie
wokalne świetnie eksponują mocne strony głosu wokalisty - zarówno w wyrazistych
zwrotkach i chwytliwych refrenach. Aranżacje nie stawiają na szybkie
pozyskiwanie uwagi, a dawkują przyjemność z obcowania z dźwiękami o pochodzeniu
może nieodkrywczym, ale za to wspaniale kontemplującymi rozwijane z klasą
tematy. Co cholernie ważne płyta wciąga i szybko nie ma zamiaru odpuścić, a
długotrwałe do niej przywiązanie powodowane jest użyciem odpowiedniej formuły
kompozytorskiej, w której genialnie ożeniono melodyjność z dramaturgią.
Czego właśnie tak boleśnie brak we wstępie wspomnianym albumom nagranym w drugiej
dekadzie XXI wieku.
poniedziałek, 2 grudnia 2019
Mustasch - Killing It for Life (2019)
Sprawa jest prosta (w tym miejscu, kilka w domyśle obrazowych jak bardzo porównań), gdyż od czasu Latest Version of the Truth, czyli moim skromnym zdaniem ostatniego tak naprawdę porywającego krążka, Mustasch świadomie pierd*** ambicje i nagrywa płyty, które raz lepiej, raz gorzej, ale przede wszystkim mają napędzać rockowo-metalowe imprezy, nieco po teutońsku pojmowanym przebojowym gitarowym napierd********. Akurat Killing It for Life jest przykładem tej jaśniejszej (czytaj fajniejszej) strony obecnej działalności Szwedów, a większość wałków wchodzących w skład dość krótkiego, bo zawierającego zaledwie osiem indeksów programu krążka, potrafi kapitalnie nakręcić do wspólnego śpiewania, tudzież (nie ma się co wstydzić) machania rytmicznego bańką z jednoczesnym rzeźbieniem sympatycznych riffów na powietrznej gitarze. Można się przypieprzyć do taśmowego zaprzepaszczania pokładanych w nich jeszcze ponad dwie dekady temu nadziei, na coś więcej li tylko akompaniowanie do piwa z wurstem, ale można też w końcu pozbyć się złudzeń i cieszyć się nieskrepowanym ciężkim rockiem bez żadnych zobowiązań. Co niniejszym podczas odsłuchów Killing It for Life czynię. :)
poniedziałek, 16 kwietnia 2018
Mustasch - Silent Killer (2018)
To nadal ten sam Mustasch, któremu nad czym od kilku już lat ubolewam bliżej do teutońskiego metalu, niż jankeskiego stonera. Innymi słowy bardziej po drodze z chwytliwymi galopadami, niż złożonymi transowymi tripami. Tym razem jednak, mimo, że tego rodzaju stylistyka nie ma najmniejszej szansy aby wbić się na dłużej na moją playlistę, to akurat Silent Killer podczas podróży samochodem towarzyszy mi od swej premiery dość często, a kilka numerów z najnowszego longa doprowadza do bardzo intensywnego, choć nadal tylko powierzchownego przeżywania dźwiękowej materii. Barrage, Lawbreaker, Grave Digger i przede wszystkim arcyprzebojowy Burn, w którego refrenie drę ryja skandując wraz z Ralfem burn, burn, burn, burn. :) Ogólnie, cały album jest spójny i równy, zwyczajnie doskonale skrojony pod niewyrafinowane rockowo-metalowe gusta i jako chwilowy obiekt mojego zainteresowania od prawie dwóch tygodni jeszcze nadal w miarę świeży. Wiem jednak i nie jest to czcze gdybanie, tylko pewność stuprocentowa, że czas Silent Killer jest policzony, bo żywotność tego rodzaju grania, ze względu na stylistykę przynajmniej w moim odtwarzaczu mocno ograniczona. Wpadło, przeleciało, wypadło. Kropka!
P.S. Wielokrotnie od dnia wydania Sounds Like Hell, Looks Like Heaven, przy okazji każdej kolejnej płyty pisałem, jak bardzo tęsknię za wąsem sprzed 2012 roku. Tak często, iż już wystarczy, bo po co się w nostalgii pogrążać.
środa, 24 lutego 2016
Mustasch - Latest Version of the Truth (2007)
To jak na razie ostatni kapitalny album wąsa, po nim
tendencja spadkowa została zapoczątkowana, a miejsce gdzie dzisiaj są Szwedzi
to już ich wstyd, a nawet używając gówniarskiej terminologii żenada. Nie
zamierzam w kiczu się taplać, stąd nie włączam kilku tych nowych produkcji
tylko z nostalgią powracam do tego, co w dyskografii Mustasch zasługuje w
przypływie zasadnego zachwytu na ochy i achy. Latest Version of the Truth to
album zdecydowanie bardziej rozbudowany od nota bene świetnej trójcy poprzedzającej.
Tutaj nawet orkiestracji uświadczymy, lecz owe podane z umiarem zostały, w
wykwinty sposób by jeno dźwięki wzbogacić, a nie zdominować. Krążek mimo że
zmiękczony nieco smyczkami i takimi innymi patosu dodającymi zabiegami, to w
idealnej symbiozie z twardym rockowym łojeniem współistnieje. Buja on okrutnie
nakręcany intensywną dynamiką Double Nature i The Hecler, hipnotyzuje szamańską
rytmiką I Wanna Be Loved, podnosi temperaturę podniośle wybębniony Falling Down
i w marszowym tempie mocarnym Bring Me Everyone przygniata. Jest tu i
miniaturka niczym wycięta z filmowej ścieżki dźwiękowej i dla kontrastu
startowy żwawy i bezpretensjonalny In the Night oraz zamykający stawkę
podsumowujący z finezją program płyty kombinowany The End. Jest sporo – dobrej zabawy
i emocji, jest flow, groove itd. Cieszy
się NTOTR77 że tyle dobra na najnowszej wersji prawdy jest, zrozumieć tylko nie
jest w stanie jak ci jego ówcześni bohaterowie tak łatwo mogli zapomnieć jakiego rodzaju łupaniem doskonale rozgrzewa się głośniki. Ktoś do cholery potrafi to
wytłumaczyć?
czwartek, 15 października 2015
Mustasch - Testosterone (2015)
Pióra sobie nie będę wypisywał,
inaczej klawiatury zbędnie eksploatował, bo to co sądzę o najnowszym krążku
"wąsa" już jak wróżka przy okazji refleksji w temacie Sounds Like Hell, Looks Like Heaven i Thank
You for the Demon napisałem. Nic w kwestii podejścia do pisania numerów w
obozie Mustasch od tamtej pory się nie zmieniło - może jedynie Testosterone (co za chybiony tytuł) ze względu na specyfikę brzmienia i konstrukcji postawiłbym pomiędzy
albumami odpowiednio z 2012 i 2014 roku. To tylko takie kosmetyczne drobiazgi, detale
których notabene w tej szlachetnej formie tutaj nie doświadczyłem decydują o
tym ustawieniu. Generalnie to teraz i w ostatnich latach prosty rock
całkowicie bez pazura z kilkoma (szukam na siłę) smaczkami ale w ogólności bez ich wpływu na finalny odbiór i ocenę. Granie według filozofii łatwo przyszło, łatwo
poszło, słucham i zapominam. Stąd po raz kolejny lecz tym razem już stanowczo
pretensję do ekipy Mustasch kieruję - co się z wami Panowie stało, na cholerę wam szukanie poklasku na rynku banalnych przebojów, kiedy
taki potencjał by nagrywać rzeczy ekscytujące w was uśpiony. Pamiętam debiut,
dwójkę, trójkę i kapitalny wypiek jakim Latest Version of the Truth. Właśnie tej mocy sobie życzę, jaka na starszych krążkach dominowała, choć nie ukrywam słuchając tego testosteronu
pozbawionego testosteronu nadzieja we mnie gwałtownie umiera, iż przełom zanotowany zostanie i właściwy kurs obrany. Leci teraz Dreamer - do kosza z tym śmieciem! Tak! Niestety właśnie wraz z jego odsłuchem nadzieja we mnie
zdechła.
środa, 5 lutego 2014
Mustasch - Thank You for the Demon (2014)
Miało być tak pięknie, miało być
tak cudownie! Mustasch miał powrócić do formy, jaką prezentował na początku
swej kariery. Tak sobie to ubzdurałem i z pełnym entuzjazmem na realizacje tego
planu oczekiwałem. Niestety nadzieje moje płonne się okazały, a ta ekipa zza
Bałtyku nieskłonna do spełnienia mych zachcianek. Poszli własną, autorską ścieżką
i kurs na pewną innowacyjność w obrębie wyznawanej, jedynie słusznej ;) rockowej stylistyki
obrali. Przyznać muszę, że pomimo niespełnienia marzenia by solidnie znów
zaczęli łupać soczystego rocka na stonerowym zawieszeniu, oszczędzili mi tak
płaskiego oglądu materiału jak w przypadku Sounds Like Hell, Looks Like Heaven było. Zamiast banalnej,
zbytnio na plagiatach opartej przebojowej do bólu formy, Thank You for the
Demon więcej jadu i surówki oferuje. Rzecz jasna, nadal jest to rock na
oczywistych fundamentach zbudowany, jednako sznyt aranżacyjny jakim pocięty dosyć
skutecznie pewne szablony łamie. To chwytliwa rzecz jasna nadal muzyka, ale na
tyle zręcznie poszarpana, że miałkości skutecznie unika. Doceniam więc tą próbę,
jaką wąs podjął by przerwać zjazd w nijakość, jednocześnie nie deklaruje, że
album ten za czas jakiś będzie mnie jeszcze do kontaktu z nim przyciągał.
Napiszę więcej – jestem niemal przekonany, że tym pierwotnym krążkom nie ma
szans dorównać. Jest w miarę ciekawy kierunek – przełomu i pełnej satysfakcji
jednak brak. Trzeba czekać na kolejną próbę!
czwartek, 19 grudnia 2013
Mustasch - Above All (2002)
Podkręcony albumem Ratsafari, który pewnym zbiegiem okoliczności w 2003 roku porwał mnie bez reszty - znaczy się u schyłku czasów, kiedy to odsłuchy nowych kapel czy wyczekiwanych premierowych krążków przy takim stojaku w Media Markt się zwykło robić. Wertując w chwilę później archiwalne numery magazynów muzycznych na reckę ich debiutu trafiłem, jaką wysmażył w Mystic Art niejaki Adam Darski, dzisiaj nawet babciom typ znany po swym pseudonimie. Tą ścieżką podążając dopiero po latach dane mi było z Above All się zapoznać, gdyż zakupienie płytki przez wzgląd na braki dystrybucyjne w naszym kraju było niemożliwe. Przepastne dzisiaj zbiory internetu, wtedy jeszcze z pewną nieśmiałością przeze mnie przeglądane, na tyle ubogie ówcześnie były, że Above All tam nie znalazłem. A szukałem ja bardzo intensywnie, szczególnie, że przekonany Ratsafari i laurką jaką Nergal płytce wystawił apetyt na konsumpcje jej zawartości miałem ogromny. Obszedłem się niestety smakiem i za kilka wiosen dopiero w pełni aromat debiutu "wąsa" poczułem. Przekonywał Adaś w tekście, że ci Szwedzi tak wiele Black Sabbath zawdzięczają i po sporej części rację tutaj muszę mu przyznać. Jednako dorzuciłbym jeszcze kilka innych kierunków z których na nich błogosławieństwo inspiracji spłynęło. Słyszę tam zdecydowanie, pewnie przede wszystkim za sprawą wokalnej maniery Ralfa Gyllenhammara wpływ Iana Astbury'ego i jego kumpli - szczególnie z okresu silniej twardszym rockiem przesiąkniętego. Szlachetne pochodzenie riffów równie mocno osadzone w stonerowej manierze, jednak nie tej co pustynnym piachem sypnięte, by brzmienie twardsze osiągnąć - mniej Kyuss, a więcej przebojowego Clutch, Audioslave czy rubasznego Orange Goblin (śmiała teza?) tutaj słyszę. A w detalach odrobinę zawartość krążka opisując. Hmmm..., na czele rytmiczny otwieracz w postaci Down in Black z kapitalnie zmontowanym doń obrazkiem poraża energią i witalnością - hicior, że tak używając popularnej terminologii go określę. Dalej obroty zmniejszając trochę ciężaru dorzucają, takiego perfekcyjnie groovem podbitego (I Hunt Alone), czy w zapętlonym motywie zaklętej perełki jaką Into the Arena oraz podniosły, majestatyczny Ocean Song, wyłaniający się niby z nieśmiałego pomrukiwania. Wszystko tu buczy, huczy, kłębi się ku radości mojej i mógłbym (oczywiście, że mógłbym) w nieskończoność sławić chwytliwy, nośny potencjał kompozycji na Above All wtłoczonych, jednako unikając przesytu lukrowania tym Panom podkreślę jeszcze walor plumkania w środkowej części White Magic, czy konkretnie zamykającego program albumu The Dagger. Cieszę się ogromnie, że przypadek sprawił mi taki prezent, poznał mnie z "wąsem" i chociaż po kilku świetnych longach ociupinkę się pogubili, swój ogon zaczynając konsumować i przebojowością numery przesładzając. Nadal jednak liczę, że z kolejnym krążkiem coś porywającego ze świeżą nutą zaproponują, a okazja już tuż, tuż bowiem info o nowym wypieku co pod znaczącym tytułem spakowany - Thank You for the Demon już śmiało w necie fruwa. Byle było za co mu dziękować.
P.S. Jeszcze tak na marginesie zastanawia mnie, że taki Nergal często podkreślając swój entuzjazm wobec witalnego, klasycznego rocka w swojej macierzystej formacji muzę w moim przekonaniu pozbawioną takiej swady taśmowo produkuje. Dobra, dobra - przecież trybie, że black/death to piekło, nihilizm i ogólnie na zmianę smutne i wojownicze miny. :)
P.S. Jeszcze tak na marginesie zastanawia mnie, że taki Nergal często podkreślając swój entuzjazm wobec witalnego, klasycznego rocka w swojej macierzystej formacji muzę w moim przekonaniu pozbawioną takiej swady taśmowo produkuje. Dobra, dobra - przecież trybie, że black/death to piekło, nihilizm i ogólnie na zmianę smutne i wojownicze miny. :)
piątek, 7 czerwca 2013
Mustasch - Sounds Like Hell, Looks Like Heaven (2012)
Niestety w
przypadku poniższym, refleksji słów kilka w niewielkim stopniu entuzjazmem
zabarwione. Mianowicie uznana w świadomości mojej marka nowym albumem z
zaskoczenia uderzyła przynosząc jednocześnie klasowego mięsistego rocka o
potencjale przebojowym, jednak bez cech charakterystycznych dla nich, które zawarte
na czterech pierwszych krążkach zaintrygowały osobę moją ustawiając Mustasch
wśród faworytów mocnej rockowej konwencji.
Album powyższy rozczarowując finalnie, tak szybko jak zaistniał i przekonał
mnie do siebie przy pierwszym kontakcie po kilku następnych z równą prędkością stracił swój impet,
osłabł i sflaczał jakby powietrze dosłownie w tempie błyskawicznym z niego
uszło. Balon ten przedziurawiony duże poczucie niedosytu obecnie przynosi, najlepszym dokonaniom formacji nie dorównując. I mimo, że Sounds Like Hell
Looks Like Heaven w kilku fragmentach bardzo wyraźnie do twórczości klasycznych
marek nawiązuje, riffów bliźniaczych bez skrępowania używając przez co solidny
efekt osiąga - mnie zabieg ten na dłużej przy krążku tym utrzymać nie potrafi.
Problem niestety w tym, że trzydziestopięciominutowy zestaw kompozycji gdyby o
kilka tych bardziej jałowych uszczuplić, mini albumem solidnym mógłby zostać -
jednakże w formie obecnej jako równowartościowa propozycja konkurująca
przykładowo z Latest Version Of The Truth nijak pomimo swej wewnętrznej
przebojowości w mojej świadomości zaistnieć nie może. Takie to szybko przyszło
- łatwo poszło. Tyle i tylko tyle!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









