Na starcie to napisze, iż znów film Finchera tak od strony obrazu, wygląda jak film Finchera - barwy mam na myśli i kompozycje umieszczone w kadrze brudnym niepokojem woniące. David Fincher jest ponownie emocjonalnie sterylny i w swoim stylu odseparowany jakby w sposobie narracji, gdzie główne rzeczy dzieją się w wewnętrznym monologu bohatera, zilustrowanym sugestywnym przekazem zdjęć wykonanych przez fachowego operatora. Te monologi Fassbendera mogą kojarzyć się z Podziemnym kręgiem najbardziej, a też i wizualna strona z Grą o jeden poziom od największego dzieła mistrza słabszą. Jednak Zabójca jest chyba zupełnie rożną konwencją, a już z pewnością odmienną od wielu innych opowieści o zawodzie speca od sprzątania. No może nie w stu procentach, bo kiedy patrzyłem na to co zrobił Fincher, to gdzieś moje myśli uciekały w kierunku znacznie bardziej melodramatycznie-nostalgicznego Amerykanina Antona Corbijna. To skojarzenia kontekstowe i pojawiające się fragmentarycznie, bo nie mogę dać odpowiedzialnie do zrozumienia i to w żadnym razie, że jest to coś wprost jeden do jednego. Nie wiem również czy finalnie bardziej podobał mi się ten film czy plakat do niego, bo przyznaje że oprawa graficzna go promująca bardzo w oko mi wpadła. Rzecz ogólnie sprowadza się w treści do zemsty i zimnego profesjonalizmu, którego to oto zadziwiający brak chwilowy doprowadził do konsekwencji, jakie kolejne reperkusje i finałową puente budują. Określę Zabójcę nieco prowokująco i ironizująco, poprowadzonym narracyjnie metodycznie dydaktyzmem dla potencjalnych adeptów zawodu mordercy na zlecenie, z przylepiającymi się do świadomości oczywistościami w stylu „empatia jest zagrożeniem”, „nikomu nie ufaj”, czy szerzej filozoficznymi aforyzmami w stylu „od zarania nieliczni wykorzystywali licznych…”. Na szczęście z doskonałym flowem Fassbendera, bez nadmiernego udziału też sensacyjnych sterydów i z sekwencją walki może mało realistyczną, ale za to spektakularnie mocarną. Bez szans na status ikonicznego mega hitu i bez zagrożenia obelgą mega shitu - że tak to wprost ujmę. Bardzo wysokie stany średnie - z atutem bycia JAKIMŚ w gatunku. :)
poniedziałek, 13 listopada 2023
piątek, 18 marca 2022
The Game / Gra (1997) - David Fincher
Współczesna elita finansjery, dzisiejsza potężna magnateria. Przepych, blichtr i wszystkie atrybuty powiązane z pieniędzmi i władzą. Michael Douglas to akurat świetnie wypada w takich rolach, ma do tego dryg i kropka. Tak jak Fincher do kręcenia mrocznych i zagadkowych thrillerów, więc czepiać się to nie ma czego pod względem aktorskim i reżyserskim. Jedyne co nieco może rozczarowywać, to fakt że po genialnym Siedem, Gra wypada nieco bardziej blado, choć klimat też jest gęsty, ale znacznie bardziej sterylny niż duszny, jak to w przypadku kultowego Siedem miało miejsce. W dodatku patrząc dzisiaj na jej pozycję w filmografii Finchera, która to pomiędzy jego największymi dziełami - znaczy z jednej strony Siedem, a z drugiej Podziemny krąg, to jednak dominującą rangę w tym towarzystwie musi oddać bez dyskusji wymienionym. Ale żeby oddać Grze to co jej, już wymieniam dlaczego lata lecą, a ona mimo wszystko trzyma poziom i w gatunku stanowi nawet względny przełom. Zakręcona i twistem sfinalizowana historia, dynamiczna akcja i ustawiczne napięcie podkręcane, więc człowiek siedzi w fotelu i co rusz jest w niego wbijany. Mroczny klimat, wspomniane wcześniej fachowe aktorstwo i pierwotna niemal magia kina wyrywająca widza ze świata rzeczywistego i zasysająca w filmową narrację. W takim Fincherze akurat jest sporo tradycji wprost z Polańskiego (Frantic, Dziewiąte wrota), ale wprowadzonej w świat rozmachu produkcyjnego i też nie odbierając wrodzonego talentu zarówno jemu jak młodszemu z familii Douglasów, także własnego autorskiego sznytu. Taką głębię w scenariuszu to ja lubię - tak wciągającą formułę dosłownie kocham. Niby film tylko sensacyjny, ale pod jego powierzchownością czai się błyskotliwe przesłanie, znakomicie psychologiczne tajemnice ludzkiej natury prześwietlające. Jak pamiętam wówczas w latach 90-ych takie filmy to było złoto i stuprocentowa pewność zapełnienia sal kinowych. Dziś kawał ważnej historii, której akurat w takiej estetyce niewielu mamy potencjalnie wartych uwagi kontynuatorów. Kino się zmieniło i szczególnie dobre produkcje akcji na tej przemianie dobrze pod względem ambicji nie wyszły.
P.S. I tak bezwiednie (a może jednak w pełni świadomie) komplementami Grę zarzuciłem. Zaczynając tekst od zasugerowania iż bezpośrednie starcie z Siedem i Podziemnym kręgiem przegrywa, wykazałem że w zasadzie, to chyba im dorównuje.
poniedziałek, 7 grudnia 2020
Mank (2020) - David Fincher
To naprawdę przedziwne uczucie, oglądać współczesną produkcję zrealizowaną kropka w kropkę, według archaicznego przepisu sprzed osiemdziesięciu lat i bronić się niemalże przez cały seans, przed uczuciem zobojętnienia na fabułę, w obliczu totalnego skupienia na detalach technicznych. Mank to zaiste stylistyczna perła, począwszy od czarno-białej ekspozycji, przez ruch kamery, krótkie ujęcia, gwałtowne cięcia, przeskoki pomiędzy lokacjami i nawet błyski uszkodzonych klatek, a na dźwięku, jakby z wielkiej sali kinowej kończąc. Wszystko od strony retromanii w praktyce zastosowanej, jest tu detaliczne przemyślane, by wrażenie wizualne robić, lecz przez to właśnie historia właściwa rozpływa się w kluczowej pozornie dominacji formy nad treścią. Stąd film o powstawaniu innego filmu (precyzyjnie o inspiracji dla scenariusza), nawet jeśli dla jednego z największych klasyków starego kina, nie ma potężnych właściwości emocjonalnych, a silne emocje jeśli już widzem targają, to są ograniczone omalże jedynie do konfrontacji ogromnych oczekiwań z rzeczywistością. Paradoksalnie mimo, iż jest to film unikatowy, to jednak nie wyjątkowy. Ciekawa koncepcja, fachowe jej praktyczne uchwycenie, ale ja przecież ostatnio coś w ten deseń, lecz bez równego rozmachu oglądałem i tam akurat kwestia fabuły nie została przyćmiona wizualną stylizacją, chociaż ona też swój retro urok posiadała. Curtiz – Węgier, który wstrząsnął Hollywood jej tytuł, a rzecz o fragmentarycznej biografii reżysera Casablanki. Dokładnie o okolicznościach powstania legendarnej realizacji studia braci Warner, przez pryzmat tego co także w Manku rdzeniem merytorycznym, czyli relacji społeczno-polityczno-ekonomicznych Ameryki i Europy przełomu lat 30-tych i 40-tych. Poza tym o krok dalej poszedł też dziewięć lat temu Michel Hazanavicius kręcąc obsypanego nagrodami niemego Artystę, czy znacznie wcześniej Tim Burton z igrającym z konwencją Edem Woodem. Tak jak zamierzałem po pół godzinie seansu z Hermanem Mankiewiczem napisać, tak teraz napisałem, lecz na koniec dodam tylko (sprężyna w całościowym efekcie), by prawda o dziele Davida Finchera, jednak nie zagubiła się pośród wyłącznie estetycznych zachwytów, że jak się będzie chciało, to z seansu Manka sporo więcej niż powyżej sugeruje się wyniesie. Bowiem jest to grube dzieło z grubą promocją, która jeszcze grubsze oczekiwania nakręciła. A teraz włączę sobie Obywatela Kane’a.
P.S.1 Dodam, iż Fincher budując koncepcję tej znakomitej produkcji, wziął sobie do serca słowa samego Mankiewicza, który ustami doskonałego Oldmana powiedział, iż „Nie da się zrobić dwugodzinnego filmu w pełni przedstawiającego życie danego bohatera. Lepsza jest impresja na temat postaci”.
P.S.2 Nie przepadam pisać o filmach, o których w ciągu tygodnia powstanie mnóstwo tekstów, notabene niewiele się od siebie różniących, a ja chcąc czy nie chcąc stanę się marginalnym, ale jednak powielaczem zawartych w nich informacji, czy komentując z własnego, maksymalnie subiektywnego punktu widzenia, jednak to samo co inni widzą, a co interpretacyjne nie daje zbyt wiele przestrzeni do popisów elokwencji, nie uniknę właśnie tychże refleksji dublowania. Dlatego próbowałem dość koślawo pójść w "impresję". ;)







