Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Fincher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Fincher. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2023

The Killer / Zabójca (2023) - David Fincher

 

Na starcie to napisze, iż znów film Finchera tak od strony obrazu, wygląda jak film Finchera - barwy mam na myśli i kompozycje umieszczone w kadrze brudnym niepokojem woniące. David Fincher jest ponownie emocjonalnie sterylny i w swoim stylu odseparowany jakby w sposobie narracji, gdzie główne rzeczy dzieją się w wewnętrznym monologu bohatera, zilustrowanym sugestywnym przekazem zdjęć wykonanych przez fachowego operatora. Te monologi Fassbendera mogą kojarzyć się z Podziemnym kręgiem najbardziej, a też i wizualna strona z Grą o jeden poziom od największego dzieła mistrza słabszą. Jednak Zabójca jest chyba zupełnie rożną konwencją, a już z pewnością odmienną od wielu innych opowieści o zawodzie speca od sprzątania. No może nie w stu procentach, bo kiedy patrzyłem na to co zrobił Fincher, to gdzieś moje myśli uciekały w kierunku znacznie bardziej melodramatycznie-nostalgicznego Amerykanina Antona Corbijna. To skojarzenia kontekstowe i pojawiające się fragmentarycznie, bo nie mogę dać odpowiedzialnie do zrozumienia i to w żadnym razie, że jest to coś wprost jeden do jednego. Nie wiem również czy finalnie bardziej podobał mi się ten film czy plakat do niego, bo przyznaje że oprawa graficzna go promująca bardzo w oko mi wpadła. Rzecz ogólnie sprowadza się w treści do zemsty i zimnego profesjonalizmu, którego to oto zadziwiający brak chwilowy doprowadził do konsekwencji, jakie kolejne reperkusje i finałową puente budują. Określę Zabójcę nieco prowokująco i ironizująco, poprowadzonym narracyjnie metodycznie dydaktyzmem dla potencjalnych adeptów zawodu mordercy na zlecenie, z przylepiającymi się do świadomości oczywistościami w stylu „empatia jest zagrożeniem”, „nikomu nie ufaj”, czy szerzej filozoficznymi aforyzmami w stylu „od zarania nieliczni wykorzystywali licznych…”. Na szczęście z doskonałym flowem Fassbendera, bez nadmiernego udziału też sensacyjnych sterydów i z sekwencją walki może mało realistyczną, ale za to spektakularnie mocarną. Bez szans na status ikonicznego mega hitu i bez zagrożenia obelgą mega shitu - że tak to wprost ujmę. Bardzo wysokie stany średnie - z atutem bycia JAKIMŚ w gatunku. :)

piątek, 18 marca 2022

The Game / Gra (1997) - David Fincher

 

Współczesna elita finansjery, dzisiejsza potężna magnateria. Przepych, blichtr i wszystkie atrybuty powiązane z pieniędzmi i władzą. Michael Douglas to akurat świetnie wypada w takich rolach, ma do tego dryg i kropka. Tak jak Fincher do kręcenia mrocznych i zagadkowych thrillerów, więc czepiać się to nie ma czego pod względem aktorskim i reżyserskim. Jedyne co nieco może rozczarowywać, to fakt że po genialnym Siedem, Gra wypada nieco bardziej blado, choć klimat też jest gęsty, ale znacznie bardziej sterylny niż duszny, jak to w przypadku kultowego Siedem miało miejsce. W dodatku patrząc dzisiaj na jej pozycję w filmografii Finchera, która to pomiędzy jego największymi dziełami - znaczy z jednej strony Siedem, a z drugiej Podziemny krąg, to jednak dominującą rangę w tym towarzystwie musi oddać bez dyskusji wymienionym. Ale żeby oddać Grze to co jej, już wymieniam dlaczego lata lecą, a ona mimo wszystko trzyma poziom i w gatunku stanowi nawet względny przełom. Zakręcona i twistem sfinalizowana historia, dynamiczna akcja i ustawiczne napięcie podkręcane, więc człowiek siedzi w fotelu i co rusz jest w niego wbijany. Mroczny klimat, wspomniane wcześniej fachowe aktorstwo i pierwotna niemal magia kina wyrywająca widza ze świata rzeczywistego i zasysająca w filmową narrację. W takim Fincherze akurat jest sporo tradycji wprost z Polańskiego (Frantic, Dziewiąte wrota), ale wprowadzonej w świat rozmachu produkcyjnego i też nie odbierając wrodzonego talentu zarówno jemu jak młodszemu z familii Douglasów, także własnego autorskiego sznytu. Taką głębię w scenariuszu to ja lubię - tak wciągającą formułę dosłownie kocham. Niby film tylko sensacyjny, ale pod jego powierzchownością czai się błyskotliwe przesłanie, znakomicie psychologiczne tajemnice ludzkiej natury prześwietlające. Jak pamiętam wówczas w latach 90-ych takie filmy to było złoto i stuprocentowa pewność zapełnienia sal kinowych. Dziś kawał ważnej historii, której akurat w takiej estetyce niewielu mamy potencjalnie wartych uwagi kontynuatorów. Kino się zmieniło i szczególnie dobre produkcje akcji na tej przemianie dobrze pod względem ambicji nie wyszły. 

P.S. I tak bezwiednie (a może jednak w pełni świadomie) komplementami Grę zarzuciłem. Zaczynając tekst od zasugerowania iż bezpośrednie starcie z Siedem i Podziemnym kręgiem przegrywa, wykazałem że w zasadzie, to chyba im dorównuje. 

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Mank (2020) - David Fincher

 

To naprawdę przedziwne uczucie, oglądać współczesną produkcję zrealizowaną kropka w kropkę, według archaicznego przepisu sprzed osiemdziesięciu lat i bronić się niemalże przez cały seans, przed uczuciem zobojętnienia na fabułę, w obliczu totalnego skupienia na detalach technicznych. Mank to zaiste stylistyczna perła, począwszy od czarno-białej ekspozycji, przez ruch kamery, krótkie ujęcia, gwałtowne cięcia, przeskoki pomiędzy lokacjami i nawet błyski uszkodzonych klatek, a na dźwięku, jakby z wielkiej sali kinowej kończąc. Wszystko od strony retromanii w praktyce zastosowanej, jest tu detaliczne przemyślane, by wrażenie wizualne robić, lecz przez to właśnie historia właściwa rozpływa się w kluczowej pozornie dominacji formy nad treścią. Stąd film o powstawaniu innego filmu (precyzyjnie o inspiracji dla scenariusza), nawet jeśli dla jednego z największych klasyków starego kina, nie ma potężnych właściwości emocjonalnych, a silne emocje jeśli już widzem targają, to są ograniczone omalże jedynie do konfrontacji ogromnych oczekiwań z rzeczywistością. Paradoksalnie mimo, iż jest to film unikatowy, to jednak nie wyjątkowy. Ciekawa koncepcja, fachowe jej praktyczne uchwycenie, ale ja przecież ostatnio coś w ten deseń, lecz bez równego rozmachu oglądałem i tam akurat kwestia fabuły nie została przyćmiona wizualną stylizacją, chociaż ona też swój retro urok posiadała. Curtiz – Węgier, który wstrząsnął Hollywood jej tytuł, a rzecz o fragmentarycznej biografii reżysera Casablanki. Dokładnie o okolicznościach powstania legendarnej realizacji studia braci Warner, przez pryzmat tego co także w Manku rdzeniem merytorycznym, czyli relacji społeczno-polityczno-ekonomicznych Ameryki i Europy przełomu lat 30-tych i 40-tych. Poza tym o krok dalej poszedł też dziewięć lat temu Michel Hazanavicius kręcąc obsypanego nagrodami niemego Artystę, czy znacznie wcześniej Tim Burton z igrającym z konwencją Edem Woodem. Tak jak zamierzałem po pół godzinie seansu z Hermanem Mankiewiczem napisać, tak teraz napisałem, lecz na koniec dodam tylko (sprężyna w całościowym efekcie), by prawda o dziele Davida Finchera, jednak nie zagubiła się pośród wyłącznie estetycznych zachwytów, że jak się będzie chciało, to z seansu Manka sporo więcej niż powyżej sugeruje się wyniesie. Bowiem jest to grube dzieło z grubą promocją, która jeszcze grubsze oczekiwania nakręciła. A teraz włączę sobie Obywatela Kane’a.

P.S.1 Dodam, iż Fincher budując koncepcję tej znakomitej produkcji, wziął sobie do serca słowa samego Mankiewicza, który ustami doskonałego Oldmana powiedział, iż „Nie da się zrobić dwugodzinnego filmu w pełni przedstawiającego życie danego bohatera. Lepsza jest impresja na temat postaci”.

P.S.2 Nie przepadam pisać o filmach, o których w ciągu tygodnia powstanie mnóstwo tekstów, notabene niewiele się od siebie różniących, a ja chcąc czy nie chcąc stanę się marginalnym, ale jednak powielaczem zawartych w nich informacji, czy komentując z własnego, maksymalnie subiektywnego punktu widzenia, jednak to samo co inni widzą, a co interpretacyjne nie daje zbyt wiele przestrzeni do popisów elokwencji, nie uniknę właśnie tychże refleksji dublowania. Dlatego próbowałem dość koślawo pójść w "impresję". ;)

wtorek, 30 października 2018

The Social Network (2010) - David Fincher




Ekspansja Facebooka, ewolucja skradzionego pomysłu doprowadzonego do poziomu przynoszącej krociowe zyski żyły złota. Tylko i wyłącznie dzięki geniuszowi gościa, który sobie tą idee od dzianych bliźniaków pożyczył. Człowieka fantastycznie okiem scenarzysty i reżysera sportretowanego, pełnego ambicji i z przeszłości rozczarowań, które szczególnie jego własne postawy i zachowania w interakcjach społecznych naznaczyły. Bowiem The Social Network będąc pomimo mało filmowego potencjału fascynującym zapisem kulis powstania największego współczesnego fenomenu społeczno-kulturalnego, całej skomplikowanej batalii sądowej o prawa i przychody z intratnego interesu, jest zarazem i prawdopodobnie w głównej mierze w założeniach Finchera i Sorkina głęboką analizą osobowości Marka Zuckerberga. Szczególnie scena startowa daje jasno do zrozumienia, gdzie kryje się przyczyna wytrwałości i powód interpersonalnych konfliktów powstałych wokół postaci Zuckerberga. Niby geniusz, umysł wyjątkowy, a jednak człowiek nie w pełni kontrolujący własne działania. Ulegający swoim potrzebom i instynktom, obojętny na ich moralną dwuznaczność – dość łatwo poddający się sztuczką manipulacyjnym i ofensywnym osobowościom (patrz oczywiście Sean Parker). Pytanie tylko czy nieświadomie, czy może cynicznie prąc do obranego celu bez względu na wizerunkowe koszty i ofiary swojej obsesji. Stąd nie dziwi, iż można by spostrzegać przez ten pryzmat osobę głównego bohatera, jako zakompleksioną mendę, sprzedającą przyjaźnie i traktującą lojalność jako przeszkodę w drodze do tzw „ja wam pokaże, ja wam udowodnię”. Tyle że pytam się, od kiedy tam gdzie biznes sypie obficie srebrnikami, a konkurencja nie zasypia gruszek w popiele jest miejsce na sentymenty? To banalna gorzka puenta słodkiego biznesu, w którym nie ma sentymentów i nie ma przyjaciół. Jest obsesja pieniądza lub tak jak w przypadku Zuckerberga obsesyjna ambicja, która mimo wszystko absolutnie nie usprawiedliwia podłych czynów. Obejrzałem The Social Network po dłuższej przerwie po raz drugi i w tym drugim podejściu mam wrażenie, iż ogląda się film Davida Finchera nieco inaczej niż przy pierwotnym, bo te młode aktorskie nazwiska z pierwszego i drugiego planu, dzisiaj to już może nie super gwiazdy kina amerykańskiego, ale z pewnością mocno rozpoznawalne twarze z wysokiej półki. Jesse Eisenberg, Andrew Garfield, Rooney Mara, Armie Hammer i jak się okazuje równie dobry przed kamerą, jak i na scenie Justin Timberlake. Wszyscy wkręceni głębiej w hollywoodzkie kino ich znają i na pewno oni sami przez fakt wzrastającej wciąż popularności nie narzekają na brak kuszących aktorskich propozycji.

piątek, 8 stycznia 2016

Fight Club / Podziemny krąg (1999) - David Fincher




Fincherowska żelazna klasyka, nawet więcej, obraz kultowy, gdyż Fight Club urósł swego czasu do rangi czegoś więcej ponad filmową opowieść. Stał się swego rodzaju wentylem bezpieczeństwa dla niewolników korporacyjnej religii. Oczywiście w wersji ograniczonej do fantazji, bo nie słyszałem by podobne kluby swą działalność w realu prowadziły - na szczęście, bo hordy frustratów powracających do realizowania swych prymitywnych potrzeb kosztem innych obywateli to perspektywa mało radosna. Fincher dał materiał do analizy, a jego dwa poziomy to coś na kształt twórczej działalności Quentina Tarantino. Mamy bowiem na pierwszym planie brutalność, która sama w sobie stanowi atrakcję dla widza ograniczonego intelektualnie. On to odnajdzie tutaj podnietę w postaci tryskającej krwi i tą fasadą zatruty nie będzie poszukiwał złożonych powodów epatowania taką agresją. Na tą drugą płaszczyznę, która sednem zwrócą uwagę ci, którzy w rozwoju umysłowym nie zatrzymali się na etapie realizacji wyłącznie potrzeb niższego rzędu. Oni zatem dostrzegą, iż Fight Club jest głęboką diagnozą kondycji współczesnego człowieka zamkniętą w formie atrakcyjnego thrillera. Wychwycą w mig, że rozdwojenie jaźni bohatera to konsekwencja tłumienia naturalnych instynktów, sprowadzania egzystencji do mechanicznego powtarzania przymusowych czynności czy gromadzenia nieskanalizowanych emocji. Działaj człowieku według schematów, nie wychodź ponad szereg, wykonuj polecenia, pozostawaj niewolnikiem konsumpcjonizmu i konwenansów - musisz, powinieneś, należy itd. W szarej masie podobnych sobie zombie trwaj napędzany ułudą osiągania sukcesów, wspinania się po szczeblach kariery w szalonym wyścigu szczurów, mamiony materialnym bogactwem. A może wyrwij się z tego matrixa – zbuntuj się i rozjeb świat, poczuj naturalną przyjemność z realizacji prymitywnych instynktów, daj upust emocjom? Przecież nie możesz stać się własnością tego, co posiadasz, więc tylko utraciwszy wszystko możesz robić wszystko. Idź pod prąd, złam zasady, poczuj się istotny, ważny, potrzebny. Zbuduj wokół siebie grupę podobnych sobie fanatyków i poznaj złudne poczucie wolności wśród towarzyszy, które w konsekwencji sprowadzi cię ponownie do roli trybu w maszynie. Paradoksalnie wrócisz do miejsca z którego przyszedłeś, zmienisz wspólnotę i poglądy, staniesz po drugiej stronie barykady i podbudujesz własne ego, ale nie zmienisz swego znaczenia. Nadal jesteś nikim, bo wciąż pozostajesz zniewolony! Dałeś się w podstępny sposób urobić, poddałeś się indoktrynacji – zryto ci beret, a ty nawet nie zauważyłeś jak podatnym na manipulacje jesteś materiałem. Uzależniłeś się od głasków, od złudnej idei bycia kimś, kiedy w rzeczywistości jeszcze bardziej jesteś nikim. Gratulacje jesteś teraz o krok bliżej dna! Fincher stworzył mroczny i tajemniczy filozoficzno-psychologiczny majstersztyk, śmierdzący stęchlizną, brudny i brutalnie prawdziwy z atmosferą, która klei się do widza – osacza go i hipnotyzuje. Reżyser prowadzi perfidną grę z widzem, stosuje natrętną stymulację obłędem, demaskuje mroczne zakamarki ludzkich umysłów, obnaża zwierzęce instynkty pozbawiające człowieczeństwa. Co jest prawdą, co snem, a może rozmyślną iluzją czy podświadomą projekcją. W tym szaleństwie jest metoda, jasna i wyraźna – myślicie, że wy nie dajecie się urabiać. :)

P.S. Wiem, złamałem pierwszą zasadę kręgu, bo o kręgu się przecież nie mówi!

wtorek, 26 maja 2015

Zodiac / Zodiak (2007) - David Fincher




Trochę nie w pełni pochlebnych opinii w stosunku do tej produkcji Davida Finchera w środowisku krytyków się przewinęło. Kręcili nosami, nader intelektualny wyraz twarzy symulowali i używając określeń, których znaczenie rozpoznane dopiero po użyciu słownika zbyt hollywoodzko rozrywkowy charakter produkcji wytykali. Przesadzam? :) Mnie jednak jako osoby dalekiej od zawodowej, a przez to profesjonalnej percepcji materii kinowej reżyser nie zawiódł i przekazał do smakowania produkt bardzo sprawnie zrealizowany. Zupełnie nie rozumiem narzekań na jakość, bo w mojej ocenie to świetnie skrojone, bardzo klasyczne w formie kino z techniczną stroną bez najmniejszej skazy. Taki kryminał z przede wszystkim wybornie wykreowanym klimatem i z wyczuciem eksploatowanym nośnym tematem. Bo co tu ukrywać, że sprawa tajemniczego Zodiaca to materiał niezwykle interesujący. Historia mordercy, który przez lata bezskutecznie poszukiwany do rangi bohatera popkultury niemal awansował przyciąga zainteresowanie, a szereg postaci związanych z jego tropieniem równie ciekawych przez pryzmat psychologicznych kryteriów. I tutaj do głosu aktorskie rzemiosło pierwszorzędnych gwiazd dochodzi. One w osobach  Jake’a Gyllenhaala, Marka Ruffalo, Roberta Downeya Jr czy Eliasa Koteasa oraz Johna C. Lyncha fantastyczną robotę wykonują i wraz z ciekawie urozmaicającymi kontakt z obrazem ujęciami satysfakcję przynoszą. Oglądałem już kilkukrotnie i zawsze z przyjemnością patrzę na zmagania obsesją kierowanego rysownika, zmęczonego bezradnością policjanta i ekscentrycznego dziennikarza z medialnym show wokół bezwzględnego zabójcy rozkręconym. 

piątek, 20 lutego 2015

Gone Girl / Zaginiona dziewczyna (2014) - David Fincher




Spory szum wokół najnowszej produkcji Davida Finchera został rozkręcony, innymi słowy ciężko było napotkać osobę, która by Zaginionej dziewczyny nie widziała, lub też w najbliższym czasie seansu nie planowała. Taki naprowadzany marketingowo na masę hicior, czy naprawdę wartościowe kino - takie pytanie sobie zadawałem, przekonując się jednocześnie, że takiej klasy reżyser nie mógłby kitu wciskać. Takie moje nastawienie przed, pytanie jakie wrażenia po. To od startu wciągająca i świetnie zagrana produkcja. Rosamund Pike rządzi! Intrygująca zagadka, precyzyjnie skrojona intryga, która w miarę rozwoju wiele odcieni przybiera. Zapowiada się jako klasyczny dramat/kryminał, a kończy pod postacią psychologicznego thrillera, opartego o liczne zapętlenia, twistami nazywane. Faktycznie jest bogato pod względem akcji i wątków, ale tym kluczowym na którym tutaj szczególnie się skupię jest medialny cyrk, jaki wokół zniknięcia Pani Dunne zostaje rozpętany, z całą masą osobliwych postaci, czerpiących korzyści na różne cyniczne sposoby. Ważne są egoistyczne pobudki zakamuflowane pod fałszywym wizerunkowym altruizmem - empatia umiera, niech PR króluje. Wnioski są oczywiste, gdy obraz pokazuje w jaki sposób media kreują rzeczywistość, przekształcają w zależności od potrzeb, przekręcają fakty w pogoni za oglądalnością, manipulują opinią publiczną zarzucając pozorami, zaszczuwają ofiary niczym zwierzynę łowną i bezrefleksyjnie z premedytacją nakręcają agresję. Karmią najniższe instynkty, ale i same stają się ich ofiarami, obnażając podświadomie dla sławy prostackie mechanizmy wyciągania wniosków. Te wszystkie „mądre” dziennikarskie czy pseudo eksperckie głowy. to pospolici aroganccy ignoranci intensywnie przypudrowani, wbici w markowe garsonki i garnitury. Niestety nadeszły czasy w których by udowodnić prawdę, należy odgrywać starannie wyreżyserowaną rolę. Prawda sama nie jest w stanie się obronić, gdy złudzenia decydują. Ludzie wnioskują na podstawie stereotypowych powiązań, okoliczności czy konteksty marginalnie traktując. Od "wielkiego dzwonu" potrafią czytać między wierszami, a to współcześnie umiejętność kluczowa, gdy sytuacje często nie mają podwójnego, a co najmniej potrójne dna. Fincher umiejętnie mną jako widzem kręcił, dawał poszlaki, w ślepe uliczki rozmyślnie wprowadzał, niemal cały czas na widowiskowy sposób zaskakiwał, w klinczu trudno przewidywalnego rozwoju scenariusza utrzymywał. Czułem, że proste rozwiązania nie mają tu racji bytu, z irytacją nieco dostrzegałem fabułę naciąganą, jednak pozwalałem sobie przymknąć oczy na te hollywoodzkie grzechy. To finalnie nie jest wyjątkowe dzieło, tylko bardzo chytrze pod względem określenia celu i z doświadczeniem wykorzystania potencjału warsztatowego wykreowany produkt. Zbudowany z wielobarwnych prefabrykatów o różnorodnej fakturze, precyzyjnie spasowanych i co istotne tworzących mechanizm silnie oddziałujący na różnej kategorii widza. To zarówno komercyjny przebój dla masowej publiki jak i głęboka intelektualnie publicystyczna rozprawa adresowana do tych, którzy coś więcej ponad zwykłą rozrywkę w kinie preferują. Tak to widzę. Ona oparta na bystrych spostrzeżeniach i równolegle zaspokajająca potrzeby tłuszczy. Przebiegle to sobie stary wyga wykalkulował.

P.S. Na marginesie, który jednak ma znaczenie, ja nadal Bena Afflecka jako aktora tak w pełni nie jestem w stanie przetrawić. To odczucia bliźniacze tym które perspektywę odbioru Denzela Washingtona, czy Roberta Downeya Jr. mi narzucają. Ci goście nie są źli w tym fachu, mają role w których są kapitalni, ale z pewnością brakuje im uniwersalności - jadą na "autopilocie" bez względu na kreowaną postać. Szkoda. 

piątek, 4 kwietnia 2014

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008) - David Fincher




Pośród licznych bieżących nowości jakie dosyć systematycznie ostatnio konsumuje, często wtłaczam seanse z sentymentalnym zacięciem. Wracam do klasycznych już pozycji, zatapiam się w nich by na nowo poczuć ten dreszcz, który pierwotnym projekcjom towarzyszył. Tym szlakiem na ekran powrócił Ciekawy przypadek Benjamina Buttona i z powtórnej już perspektywy kilka zdań w jego temacie nie omieszkałem spisać. Poniżej efekt tych refleksji zamknięty w kilku zdaniach. Kompletne to dzieło w swojej niszy gatunkowej, tak wyraźnie formą i poziomem wartości do ikonicznych przygód Forresta Gumpa nawiązujące. Szablon przez Zemeckisa wykreowany, kapitalnie Fincher na swój sposób zinterpretował uzyskując efekt wyśmienity. Piękny to film, dojrzały i mądry, w tak artystycznie wysmakowanym stylu prezentujący wspaniałe zdjęcia gdzie klimat architektonicznych perełek z porywającymi pejzażami współistnieje, a plastyczne efekty specjalne i pseudo archiwalne ujęcia, zjawiskowe wręcz wrażenie robią. Refleksyjny charakter tej specyficznej baśni do licznych rozważań skłania, a kluczową w mym prywatnym przekonaniu ta, że kiedy starość człowieka dopada, a życie ku końcowi dobiega, dystans i pokora każe wartość bogatych doświadczeń docenić. Niestety paradoks naszego istnienia taki, iż dopiero gdy świadomi tego jesteśmy czasu na wykorzystanie tego bogactwa już nie mamy, późno już niestety by móc cokolwiek jeszcze zmienić lub zwyczajnie wątła fizyczność energii pozbawiona na czyny jej nie jest w stanie przełożyć. Stąd pozornie brzemieniem obarczony Benjamin, w rzeczywistości szansę dostaje by mądrość zebraną w okresie największego rozkwitu wykorzystać. Czy taki porządek rzeczy nie uczyniłby nas bardziej szczęśliwymi, a przynajmniej wartościowymi istotami - takie pytanie sobie zadaje? ;)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Seven / Siedem (1995) - David Fincher




Siedem grzechów, siedem dni - dwie godziny zagryzania pazurów w fotelu. Kawał to historii kina dla mnie, szczególnie że dla mrocznej nastoletniej duszy, ten surowy ciężki jak diabli thriller zaiste intrygującym przeżyciem był. Wszystko tu wtłoczone bezbłędnie w punkt, że siedem głównych walorów siódemki wyliczę! Raz! Napięcie permanentne - główny walor kapitalnego, wzorcowego kryminału/thrillera, nie wyłącznie do samego pozornie kluczowego śledztwa się odnoszące. Ono w samych bohaterach, ich osobowościach, psychice bólem przesiąkniętej ukryte. Dwa! Scenariusz nieszablonowy, zagadka wciągająca, zaskakująca w przebiegu, odkrywana stopniowo i kulminacją opad szczęki powodująca - pełna detalicznej szczegółowości. Trzy! Klimat  mrokiem, duszną atmosferą przytłaczający, istotną rolą deszczu zmywającego brud i brutalność otoczenia chłoszczący. Cztery! Aktorski kunszt weterana Morgana Freemana doskonale doświadczeniem i dojrzałością zawodową Kevina Spacey i świeżością ówcześnie wschodzących gwiazd w osobach Gwyneth Paltrow i Brada Pitta wspomagana. Pięć! Postaci dramatu tego - scenarzysty perfekcją, skrupulatnością opisane. Każda wyjątkowa z bagażem doświadczeń, własną zagmatwaną historią na teraźniejszy stan psychiczny wpływającą. Sześć! Dźwiękowa oprawa od otwarcia łamiąca schemat orkiestrowych, podniosłych hymnów, niepokojącymi, trwożącymi, aranżacją surową stopionymi odgłosami zastąpiona. Siedem! Scenografia kapitalną pracą kamery, zdjęć maestrią uchwycona, sama w sobie bezbłędnie jedną z głównych ról w obrazie odgrywająca. Zamykając analizy przymiotnikami zdominowane tu złożoność tego dzieła iście oszałamiająca, a  smakowanie wszelakich szczegółów szczodrze występujących pomimo wieloletniego już z dziełem tym obcowania nadal fascynująca. I tu tezę odważną postawię, iż walor decydujący z perspektywy w tym, iż ząb czasu w jakimkolwiek stopniu nie nadgryzł wartości i atrakcyjności siódemki. Ona oczywiście w prostej linii perfekcji całościowej obrazu następstwem. I być może ci nieszczęśnicy fasadowo spostrzegający, jednowymiarową dla nich, spektakularnymi morderstwami przesłoniętą wartość obrazu Finchera konstrukcję, w nim właśnie początek trendu na obleśną retorykę w kryminałach upatrują. W żaden sposób jednak w subiektywnym moim przekonaniu kicze typu Pił startu do historii detektywów Somerseta i Millsa nie mają - one przy niej niczym wydmuszka u boku jajka faberge.

P.S. Powyższe rozważania sponsorowała cyfra 7 - taki miałki, sięgający do dziecinnych wspomnień żarcik na koniec!

Drukuj