Dwa „dupieuxy”, jeden po drugim na blogasku, niemal bezpośrednio po sobie. Doświadczenie doskonałej zabawy raz po raz powtórzone, a tym bardziej znakomicie oddziałujące, gdyż dopiero obecnie, idąc za ciosem po kapitalnej produkcji sprzed sześciu lat (Deerskin), mega ekscentryk kinowy tak w punkt do mnie celnie swoją twórczością przemawia. Tak tak, ten chwilę wcześniej recenzowany Daaaaaali!. był przekozaczny, ale Drugi akt okazał się jeszcze silniej wbijający w kierunek najwyższego poziomu przekornego doznania intelektualnego. Nie przeciągając zanim posypie się grad komplementów już donoszę, iż najnowsze dziełko stanowiące pierwszej klasy DZIEŁO Quentina, to jedna z najbardziej kreatywnych rzeczy w najbardziej esencjonalnym stylu, jaką we własnym życiu na oczy swe widziałem. Zero ściemy, tyle i tyle (80 dokładnie) minut czyściutko inteligentnej, jak i ostrej satyrą ciętą jak cholera sztuki. Sto procent naturalnej dramaturgii, wydestylowanej z emocji ludzkich, wypływającej z chemii pomiędzy aktorami. Zagrany obłędnie ale i napisany znakomicie, więc te kwestie recytowane płynnie mistrzowsko przez Vincenta Lindona (najwięcej w ekipie lat doświadczenia), Léi Seydoux (najbardziej z obsady twarz znana i współcześnie w kinie francuskojęzycznym rozchwytywana), Louisa Garrela (trudno napisać, że to w sumie mniej na fali aktorska francuska postać) i wreszcie Raphaëla Quenarda (to jest pieprzone prawdziwe odkrycie) oraz Manuela Guillota (nikomu tak groteskowo w kinie nie trzęsły sie dotychczas ręce :)), tylko pomagały w osiągnięciu finalnego efektu sztosem potocznie dzisiaj nazywanego. Przekorny elementarnie, przewrotny w przesłaniu i kreatywny od startu do mety soczyście nieprawdopodobnie, genialny filmowy flow o istocie kina, ale też czymś chyba co robi nam niezłe kuku we łbach, a cancel culture określanym jest właśnie.
wtorek, 22 lipca 2025
wtorek, 15 lipca 2025
Daaaaaali! (2023) - Quentin Dupieux
Gdyby tak się zdarzyło co się nie zdarzy, że Dali zrobiłby coś wspólnego z Almodóvarem, a jakimś jeszcze większym cudem do tego duetu podpiąłby się Dupieux, to by systemom moim wizualnym i intelektualnym strzeliły korki, takie by to musiałoby być odjechane. Wystarczy mi jednak podeprzeć się samą pracą tego ostatniego o tym pierwszym i patrzeć jak „najzajebistrzejszy” myślę ekscentryk pośród wszystkich ekscentryków z osobowością przekornie mega narcystyczną zostaje uchwycony „kamerą kinematrograficznie gigantyczną”, bym piał najbardziej barwnym kogucim pianiem z zachwytu, gdy patrzyłem na kapitalne sceny z kapitalnymi tekstami oraz ozłacał najwyższej próby kruszcem każdego z aktorów, który wciela się w postać Salvadora. Oczywiście pośród kilku Salvadorów mam swoich faworytów i moim zdaniem na szczególne obwieszczanie swojej aktorskiej (mimiczno-werbalnej) klasy zasługują Eduardo, Gilles i Jonathan. Rżałem dosłownie ze śmiechu jak ogier opętany - śmiechawa aż mi żuchwę nadwyrężała, takie to było w swojej abstrakcyjności fenomenalne. Tak mnie te odjazdy wyobraźni coraz bardziej do mnie od ostatniego filmu (Deerskin) trafiającego Dupieuxa pobudzały, że bez względu jak bardzo część zapewne kinowych widzów kompletnie nie rezonowała z przykładowo „deszczem martwych psów” czy huśtaniem bujnymi piersiami przed oczami, to ja też mimo że być może składając koncepcję w całość poległem (a może przekornie koncepcji nie było), to byłem przez kilka kwadransów projekcji totalnie totalną osobowością Daaaaaaliego!!! zafascynowany i totalnie totalną finezją Dupieuxa rozbudzony. Człowiek zrobił coś cudnie prostego, a jednocześnie upstrzonego genialnym surrealizmem, ale nie poszedł w kierunku pretensjonalnym, a wybrał formę wprost dziką i szaloną - jakiej sama postać bohatera by się nie powstydziła, chociaż pewnie tym wąsem by dla zasady pokręciła na farsę o sobie. :)
P.S. Nie bez znaczenia było też, że pojawiła się tu moja jedna ze współczesnych ulubienic jaką jest Anaïs Demoustier. Gdy ona na ekranie, to moje samcze kolanka zawsze miękną!
środa, 14 kwietnia 2021
Le daim / Deerskin (2019) - Quentin Dupieux
Przyznaję, iż z dotychczasowych filmów Quentin Dupieux hmmm… no niewiele rozumiałem i były to zaiste doświadczenia dość kuriozalne, bo gość w fachowe kino bawić się potrafi, lecz na ten swój oryginalny, mocno pokrętny sposób. Skubaniec mimo to daje radę, ogarnia tematy niecodziennie, lecz nawet w tak dziwaczniej konwencji udaje mu się przykuć uwagę, przy okazji utrzymując napięcie w rozwijanej fabule i nie wzbudzać przy tym uśmiechu zażenowania. Le Daim akurat zdaje się najmniej wystawiać widza na intelektualną próbę, a bardziej skupia się na samej abstrakcyjności niż zawiłości. To w zasadzie, gdyby nie dziwaczny wątek w scenariuszu pełnokrwisty thriller, korzystający bezceremonialnie z wielogatunkowych inspiracji i poważna metaforycznie, mimo że zwięzła rozprawa o naturze człowieka. Szanuję, ale z pełnym przekonaniem nie kupuje. Może kiedyś nakręci coś bardziej konwencjonalnego i zaskoczy w końcu swoich wielbicieli bardziej niż takich zdystansowanych pseudokrytyków mnie podobnych. Będę czekał życząc sobie wytrwałości w cierpliwości.
P.S. Jeśli wlepiać wzrok wyłącznie w wizualne atuty, to one są i potrafią swoiście nieswoistą lub nieswoiście swoistą aurę wykreować, a siłą sprawczą dla wyrażenia mego uznania raz kolorystyka stawiająca na wyblakłe barwy, dwa scenografia jakby naszkicowana - zbudowana od niechcenia, a jednak dzięki prostocie estetycznej naturalnie korespondująca z zaskakująco nieskomplikowaną i dla kontrastu wyrazistą fabułą oraz kapitalnie aktorsko odnajdującym się w tym świecie Jeanem Dujardin. Natomiast co mi chciał tą opowieścią artysta powiedzieć to wiem, bez większego trudu się domyślam – po raz pierwszy w jego przypadku. Ale nie powiem, zostawię interpretację dla siebie. :)




