Jak sympatycznie się to zaczyna, to ja byłem pod ogromnym urokiem cudnej listy dialogowej i fenomenalnego uroku Charlesa Laughtona. Pewnie najbardziej pamiętanego z roli Semproniusza Grakchusa w Spartakusie wiadomo kogo! Za kamerę w tym przypadku jednak inna legenda, w roli szefa szefów na planie Billy Wilder, a na tapecie sztuka Agathy Christie, więc i inscenizowana sprawa kryminalna w klasycznej oprawie z lekko przymrużonym okiem, czyli bez makabry, stawiając na błyskotliwość intelektualną i klasę wynikającą ze swobody gawędziarskiej. Przecież w sumie ani po królowej dedukcyjnego kryminału czy po specu od obyczajówek z komediowym zacięciem, nie mogłem spodziewać się przygnębiającego realizmem dramatu sądowego - no niedoczekanie zaprawdę. O czym? O morderstwie rzecz jasna! Taki numer, że jedna przebieranka i wystarczyło by zmanipulować czcigodny aparat sprawiedliwości. Teatralnie udramatyzowany finał jak przystoi klasycznemu kinu oraz upstrzenie twistami, jak na takie kino w ilości przesadnej. To nie kpina z mojej strony, ale zabawnie urocze są te ze zbiorów starego kina filmy i naiwności teraz po latach wyraźnie wyczuwane.
czwartek, 20 marca 2025
piątek, 16 sierpnia 2024
Sunset Boulevard / Bulwar Zachodzącego Słońca (1950) - Billy Wilder
Narracja narracja i jeszcze raz narracja. Taka narracja jaka z kinem hollywoodzkiego rozkwitu się bezpośrednio kojarzy, a najbardziej z kinem noir czy popularnym gatunkiem detektywistycznym. Bohater jakby czytał opowiadanie, nowele, powieść na którą składają się jego myśli, w bogate, potoczyste zdania ułożone. Znacie to, znamy to bo chyba wszyscy sami ze sobą czasem gadamy, opisując sobie rzeczywistość, sprawy bieżące - pomagając sobie zrozumieć, podjąć decyzję, przeprowadzić działanie. :) Bulwar jest wciąż aktualny, a zarazem uroczo naturalnie niedzisiejszy i uroczo barwny, choć w czerni, bieli i szarościach nakręcony. Narracja to jedno, ale i dialogi to coś oczywiście innego niż współcześnie, bo to tylko słowa, słowa, ale słowa stylowe, staranne, podbijane nonszalancją bądź emfazą, w zależności którą opcję osobowościową postać reprezentuje - a może jedynie te dwie skrajne, bo takowe są do ikonicznej formy filmowej przypisane. Prosta historia, banalna paradoksalnie niemalże, ale w rzeczywistości wielowarstwowa, podana wielowymiarowo tak, że uwodzi i jednocześnie przez tragizm postaci zasmuca. Scenariusz to fundament, a dokładnie zawarta w nim fabuła, czyli nostalgiczna i cierpka (zgadzam się) wyprawa przez kulisy naznaczonego przełomem przejścia na kino dźwiękowe hollywoodzkiego przemysłu filmowego. Po drugie może jednak tenże scenariusz, bo po pierwsze to na równi przednie, podręcznikowe dla czasu aktorstwo (Gloria wybitna) i forma wizualna, nawiązująca do klasycznego horroru, w którego anturażu rozgrywają się dwa równoległe, lecz niekoniecznie w równym stopniu wyraźne dramaty bohaterów. Obydwojga wykorzystała i potraktowała instrumentalnie branża filmowa i choć nie są jej ofiarami równorzędnymi, to jednak ich splecione losy pokazują szerszy kontekst oddziaływania tak sukcesu jak i nie sfinalizowanej za nim pogoni. Po trzecie, aczkolwiek prawdopodobnie jednak najbardziej pozostające w pamięci po seansie, to jego finał. Finał makabryczny i groteskowy - fenomenalnie przez Wildera wystylizowany i gatunkowo perfekcyjny, bowiem raz to absurdalnie afektowna śmierć i pozbawione kompletnie sensu życie w szaleństwie bezlitosnego obłędu oraz mistrzowskie zamykające długie ujęcie z puentą w postaci sugestii, czym są obydwa istnienia dla wiecznie pazernego na skandale szołbiznesu. Mechanizm artystycznie doskonale obnażony! Tak, Billy Wilder to był gość, który potrafił szeroko w tamte filmy!
czwartek, 19 sierpnia 2021
The Front Page / Strona tytułowa (1974) - Billy Wilder
Legendarny Billy Wilder za kamerą i równie zacny duet aktorski przed. Jack Lemmon i Walter Matthau, znani mojemu pokoleniu przede wszystkim dzięki rolom dwóch zgryźliwych tetryków, to przecież aktorzy o gigantycznym dorobku, jakby co przecież niepodważalne ikony hollywoodzkiego kina. Aktorzy przesympatyczni, urokliwi i charyzmatyczni - z wielkim talentem tragikomicznym. Wilder zaś zbudował swoim dorobkiem wespół z kilkoma innymi twórcami wielkość amerykańskiego powojennego rozrywkowego kina. Chociaż jego filmy nie należały do mega poważnych, to nie są po prostu głupie, gdyż kapitalne wyczucie materii nie pozbawiało jego zwariowanych komedii nie tylko groteskowego "dramatycznego" pazura. Poza tym zmysł estetyczny pozwalał na pogodzenie atrakcyjności wizualnej ze spektakularnym jak na owe czasy budżetem. Tylko że w roku 1974, kiedy już zupełnie inaczej się blockbustery kręciło, The Front Page wyglądał jak relikt przeszłości, który mógł co bardziej zainteresować wyłącznie sentymentalnych romantyków odchodzącego w przeszłość wysokobudżetowego kina. Strona tytułowa jest właśnie schyłkowym nawiązaniem do tego mitu kina lat czterdziestych i pięćdziesiątych, wyprodukowanym w nieprzyjaznych dla lekkich obyczajówek czasach, kiedy podbijające widownię amerykańskie filmy wyglądały już zupełnie inaczej. Wyglądały surowo, często wręcz odpychająco. Z pewnością nie zwiewnie i niezobowiązująco. Mimo to The Front Page przytulił nominacje do Złotego Globu, ale przepadł z kretesem, wziąwszy pod uwagę kaliber nazwisk. Wszystko się przecież kiedyś kończy. Kończą się mody, trendy - wreszcie kończą się złote czasy dla największych sław.
piątek, 15 stycznia 2021
The Apartment / Garsoniera (1960) - Billy Wilder
O uroczo słodkie, czarująco naiwne amerykańskie kino z najbardziej owocnej hollywoodzkiej ery! Konkretnie to też kino ze schyłku czasów największej jego prosperity, z gwiazdami kolejnego już pokolenia powojennego i reżyserami którzy wciąż zasiadali na kinowym Olimpie - mimo że film jako produkt biznesu przechodził naturalna ewolucję. Garsoniera to jak koneserzy, a przede wszystkim pasjonaci X muzy wiedzą chyba najgłośniejszy tytuł Billy'ego Wildera i jeden z najbardziej charakterystycznych obrazów bezpretensjonalnej estetyki. Stylistyki łatwej i przyjemnej w odbiorze, dostarczającej sympatycznej rozrywki. Nawet dzisiaj ogląda się milutko i nie ma powodu by krytykować prostotę środków artystycznych, banalne motywy w scenariuszu czy przestylizowane aktorstwo, które w takiej akurat formule przesady posiada irracjonalnie pociągający czar. Jeśli już uciekać przed mega poważnym kinem o dramatycznym szycie, to zamiast rozczarować się współczesnymi produkcjami celującymi w odprężające, ale jednak częstokroć żenujące pajacowanie, znacznie lepiej udać się w podróż do mniej lub bardziej odległej przeszłości i zatopić się w bogatym dorobku hollywoodzkich klasyków. Jeśli poczuję przesyt ambitną sztuką, która tak samo potrafi pobudzić emocjonalnie jak często zwyczajnie wymusić przygnębiające zaangażowanie, ja wówczas zamierzam dla psychicznej równowagi sięgać po obyczajówki ze złotej hollywoodzkiej epoki. Będę to czynił dla prozaicznej radości obcowania z klasycznym aktorstwem i pozytywnymi historiami, jak i dla poszerzania wciąż słabej i niewystarczającej własnej wiedzy kinematograficznej. Ani myślę skończyć tej przygody na wizycie w Garsonierze udostępnianej przez C.C. Baxtera. :)
P.S. To jedno, a drugie? Drugie to obyczajowe konteksty, społeczno-kulturowe niuanse czasów. Dziś nic już nie szokuje, wówczas na starcie lat sześćdziesiątych nie łatwo było przeforsować projekt otwarcie nawiązujący do tematu z kategorii tajemnicy publicznej (inaczej tajemnicy Poliszynela). Stąd pomimo rozrywkowego charakteru filmu Wildera, jest on również krytyką zarówno przeżeranego korupcją i układami systemu korporacyjnego, jak i oczywiście seksizmu w relacjach zawodowych oraz tego godnego potępienia życia (tych których rzecz jasna stać) w wątpliwym moralnie układzie żona plus "przyjaciółki". :)



