Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Teplitzky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Teplitzky. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 października 2019

Churchill (2017) - Jonathan Teplitzky




Nie mam tak w stu procentach przekonania, w czym tu widzę zasadniczy problem. Czy on może tkwi u podstawy, że to obraz formalnie tak mocno przywiązany do klasycznych ram filmowej biografii, graniczącej z hagiografią i w dodatku sprowadzającej sedno do drętwego roztrząsania newralgicznych życiowych momentów jej bohatera? Może jednak na nieco krytyczny, a na pewno mało zaangażowany odbiór wpłynął zwykły splot okoliczności, powiązany z sytuacją, iż tak niedawno temu oglądałem Czas mroku, czyli obraz w zasadzie sprowadzający się do wykorzystania tego samego wątku, ale nieco bardziej atrakcyjnie dla oka fabularnie i zwłaszcza wizualnie zaaranżowanego. Chyba że u podstaw braku zachwytu leży fakt tak oczywisty, że to film Jonathana Teplitzky’ego, który jako reżyser konserwatywny nie zwykł w swoich obrazach kombinować dla zwiększenia ekscytującego potencjału.?A może właściwie to problemu brak, a ja na siłę szukam dziury w całym czepiające się złośliwie. ;) Na korzyść ekipy zaangażowanej w pracę bezdyskusyjnie przemawia bardzo dobra rola Briana Coxa, wyraźnie jednak bliźniacza z tą Oldmana kreacją, mimo że bardziej intymna i z mniej  wyeksponowaną charakteryzacją oraz skupienie się właśnie na kwestii merytorycznej sprowadzonej do emocji Premiera Zjednoczonego Królestwa w obliczu odpowiedzialności i strachu potęgowanego przeszłymi wojennym doświadczeniami oraz poczuciem winy chroniącym zmęczonego przywódcę przed kolejnymi wyrzutami sumienia. Minusem natomiast (który trzeba z wyrozumiałością przyjąć) nieuniknione w tego rodzaju filmowej estetyce szarżowanie patosem i egzaltacji poziomem trudnym do zniesienia – dla usprawiedliwienia jednakże dodam, iż podkreślającym zasadnie rangę chwili oraz bilans kosztów w sensie poświęcenia młodego życia na krwawym polu bitwy. Dobrze jednak, że dla utrzymania równowagi autentyzm zachowań nie jest aż tak teatralny jakby być mógł, gdyby reżyser zdecydowanie przekroczył granice dobrego smaku i wszedł na terytorium pretensjonalnej tandety i co najważniejsze psychologiczne uwarunkowania nie dają powodów aby rugać przez pryzmat irytującej posągowości postaci. Churchill w ujęciu Teplitzky'ego to człowiek z krwi i kości – żaden wyłącznie charyzmatyczny mąż stanu, ale prócz nadanych przez historię cech twardego zawodnika, także pełen wątpliwości staruszek wsparty na fundamencie asystującej troskliwej i wyrozumiałej małżonki.

sobota, 14 czerwca 2014

The Railway Man / Droga do zapomnienia (2013) - Jonathan Teplitzky




Co to, tanie romansidło? Taka myśl przez głowę mi przebiegła, gdy początkowe sceny ujrzałem. Chwilę jednak później rozumieć zacząłem, że inny wątek kluczową rolę w tej opowieści będzie odgrywał. Człowiek po druzgocących przeżyciach tu bohaterem i droga jaką przechodzi by koszmar wydarzeń z odległej przeszłości z pamięci wymazać. Poznałem powód tego emocjonalnego rozchwiania, tej psychicznej udręki jaka istotą istnienia bohatera i pytania jakie twórcy filmu starają się stawiać. One oczywiste, do jasnych, wprost retorycznie formułowanych stwierdzeń sprowadzone. Jak się uwolnić od niszczącej traumy, jaką drogę wybrać? Przez zapomnienie czy zemstę? Co możliwe, realne, bardziej skuteczne - ukojenie i spokój do życia wtłaczające. To nie są żarty, to żadne nader naciągane ludzkie nieszczęście, to przejmująca i wstrząsająca brutalna prawda o oddziaływaniu na ludzką psychikę koszmarnych wydarzeń. Ma to swój dramatyczny wydźwięk, robi wrażenie i do refleksji skłania nieodparcie. Może dla niektórych ta egzaltacja, męcząca, ja jednak ją w tym ujęciu akceptuje – w takim ludzkim przekonaniu, prawdzie o roli przebaczenia. Tortury, bezwzględne okrucieństwo kontra zasady i honor. Człowieczeństwo finalnie triumfuje nie pozwalając okrucieństwa, okrucieństwem zwalczać. To taka uniwersalna prawda, bez względu na ideologiczne przekonania, światopoglądu niuanse, system wartości jaki dla nas przewodnikiem czy religijna żarliwość, której niewolnikami tak często się stajemy. Bez zbędnych, komplikowanych bezpodstawnie wątków, z bezpośrednim przesłaniem i realizacją klasyczną. Z kapitalną, przejmująca autentyzmem rolą Colina Firtha, w milczeniu przeżywającego swój dramat, wraz z jak zwykle warsztatowo nienaganną w takich obrazach płaczliwą :) kreacją Nicole Kidman u jego boku. Dominującą misją poświęcenia, prawdziwym oddaniem i głębokim uczuciem w opiekuńczych instynktach zawartym. To obraz ciszą werbalną, muzyką dojmującą zamiast potoku słów malowany. Żadne tam tanie romansidło, to konkretny wstrząsający dramat. I chociaż nie nazwę go dziełem wybitnym to pozostanie on w mojej pamięci, jako kawał dobrego kina. Nie żałuje chwil mu poświęconych.

Drukuj