Nie mam tak w stu
procentach przekonania, w czym tu widzę zasadniczy problem. Czy on może tkwi u
podstawy, że to obraz formalnie tak mocno przywiązany do klasycznych ram
filmowej biografii, graniczącej z hagiografią i w dodatku sprowadzającej sedno do drętwego roztrząsania newralgicznych życiowych momentów jej bohatera? Może jednak na nieco krytyczny, a na pewno mało
zaangażowany odbiór wpłynął zwykły splot okoliczności, powiązany z sytuacją, iż tak niedawno temu oglądałem
Czas mroku, czyli obraz w zasadzie sprowadzający się do wykorzystania tego
samego wątku, ale nieco bardziej atrakcyjnie dla oka fabularnie i zwłaszcza wizualnie zaaranżowanego.
Chyba że u podstaw braku zachwytu leży fakt tak oczywisty, że to film Jonathana
Teplitzky’ego, który jako reżyser konserwatywny nie zwykł w swoich obrazach
kombinować dla zwiększenia ekscytującego potencjału.?A może właściwie to
problemu brak, a ja na siłę szukam dziury w całym czepiające się złośliwie. ;) Na korzyść ekipy zaangażowanej w pracę bezdyskusyjnie przemawia bardzo dobra rola Briana
Coxa, wyraźnie jednak bliźniacza z tą Oldmana kreacją, mimo że bardziej intymna i z mniej wyeksponowaną charakteryzacją oraz skupienie się właśnie na kwestii merytorycznej sprowadzonej do emocji
Premiera Zjednoczonego Królestwa w obliczu odpowiedzialności i strachu potęgowanego
przeszłymi wojennym doświadczeniami oraz poczuciem winy chroniącym zmęczonego
przywódcę przed kolejnymi wyrzutami sumienia. Minusem natomiast (który trzeba z
wyrozumiałością przyjąć) nieuniknione w tego rodzaju filmowej estetyce szarżowanie
patosem i egzaltacji poziomem trudnym do zniesienia – dla usprawiedliwienia
jednakże dodam, iż podkreślającym zasadnie rangę chwili oraz bilans kosztów w
sensie poświęcenia młodego życia na krwawym polu bitwy. Dobrze jednak, że dla utrzymania równowagi
autentyzm zachowań nie jest aż tak teatralny jakby być mógł, gdyby reżyser zdecydowanie przekroczył
granice dobrego smaku i wszedł na terytorium pretensjonalnej tandety i co najważniejsze
psychologiczne uwarunkowania nie dają powodów aby rugać przez pryzmat irytującej posągowości postaci. Churchill w ujęciu Teplitzky'ego to człowiek z krwi
i kości – żaden wyłącznie charyzmatyczny mąż stanu, ale prócz nadanych przez historię cech twardego
zawodnika, także pełen wątpliwości staruszek wsparty na fundamencie asystującej troskliwej i wyrozumiałej małżonki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Teplitzky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Teplitzky. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 października 2019
sobota, 14 czerwca 2014
The Railway Man / Droga do zapomnienia (2013) - Jonathan Teplitzky
Co
to, tanie romansidło? Taka myśl przez głowę mi przebiegła, gdy początkowe sceny
ujrzałem. Chwilę jednak później rozumieć zacząłem, że inny wątek kluczową rolę w
tej opowieści będzie odgrywał. Człowiek po druzgocących przeżyciach tu
bohaterem i droga jaką przechodzi by koszmar wydarzeń z odległej przeszłości z
pamięci wymazać. Poznałem powód tego emocjonalnego rozchwiania, tej psychicznej
udręki jaka istotą istnienia bohatera i pytania jakie twórcy filmu starają się
stawiać. One oczywiste, do jasnych, wprost retorycznie formułowanych stwierdzeń
sprowadzone. Jak się uwolnić od niszczącej traumy, jaką drogę wybrać? Przez
zapomnienie czy zemstę? Co możliwe, realne, bardziej skuteczne - ukojenie i
spokój do życia wtłaczające. To nie są żarty, to żadne nader naciągane ludzkie
nieszczęście, to przejmująca i wstrząsająca brutalna prawda o oddziaływaniu na
ludzką psychikę koszmarnych wydarzeń. Ma to swój dramatyczny wydźwięk, robi
wrażenie i do refleksji skłania nieodparcie. Może dla niektórych ta egzaltacja,
męcząca, ja jednak ją w tym ujęciu akceptuje – w takim ludzkim przekonaniu,
prawdzie o roli przebaczenia. Tortury, bezwzględne okrucieństwo kontra zasady i
honor. Człowieczeństwo finalnie triumfuje nie pozwalając okrucieństwa,
okrucieństwem zwalczać. To taka uniwersalna prawda, bez względu na ideologiczne
przekonania, światopoglądu niuanse, system wartości jaki dla nas przewodnikiem
czy religijna żarliwość, której niewolnikami tak często się stajemy. Bez
zbędnych, komplikowanych bezpodstawnie wątków, z bezpośrednim przesłaniem i
realizacją klasyczną. Z kapitalną, przejmująca autentyzmem rolą Colina
Firtha, w milczeniu przeżywającego swój dramat, wraz z jak zwykle warsztatowo
nienaganną w takich obrazach płaczliwą :) kreacją Nicole Kidman u jego boku.
Dominującą misją poświęcenia, prawdziwym oddaniem i głębokim uczuciem w
opiekuńczych instynktach zawartym. To obraz ciszą werbalną, muzyką dojmującą zamiast potoku słów malowany. Żadne tam tanie romansidło, to
konkretny wstrząsający dramat. I chociaż nie nazwę go dziełem wybitnym to
pozostanie on w mojej pamięci, jako kawał dobrego kina. Nie żałuje chwil mu
poświęconych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

