Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paolo Sorrentino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paolo Sorrentino. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2026

La grazia (2025) - Paolo Sorrentino

 

Sorrentino zapracowany (rok temu promował premierowo Boginię), a teraz grajdołek środkowoeuropejski może zweryfikować zachwyty wielkiego festiwalowego kina europejskiego, nad jego chronologicznie najnowszym DZIEŁEM. Nie waham się podkreślić tego czasem wyświechtanego określenia, sam podchodząc jednak do Łaski z nieco mniej emocjonalnie entuzjastycznym przekonaniem, bowiem z kina nie wyszedłem w tak poruszonym stanie jak ostatnio po projekcji Hamneta, ani jeśli mnie pamięć nie zawodzi, aż tak estetycznie przyjemnie zawstydzony czy oniemiały, jak po wspomnianej Bogini. Obiektywnie jest to jednak mniemam Sorrentino wręcz idealny, a na pewno najlepiej w swojej karierze warzący proporcje artyzmu i szołmeństwa do erudycyjnej, ale i zrozumiałej bez konieczności nad wyraz wysokiej inteligencji treści. Sorrentino przebogato serwujący zagadnienia ważne, konteksty wokół nich rozbudowane. Sorrentino w swoim stylu, jednakże czujący znakomicie granice przesady megalomańskiej do jakiej zdarzało mu się docierać i ją pretensjonalnie przekraczać, więc bardziej zniewalający zwodniczą troszkę, bardzo praktyczną, zasługującą na kolosalny podziw intelektualną deliberacją (wewnętrzną bohatera, na bazie precyzyjnie zanalizowanych przykładów do przepracowania), niż Sorrentino skupiony przede wszystkim na stronie wizualnej - mimo że ona ważna, a w jego wykonaniu (wyczucie kadru i rytmu przede wszystkim) zawsze doskonała. Robi wrażenie ilość tutaj wrażliwej, jakoby jednak podanej na analitycznie chłodnym poziomie substancji moralizatorskiej. Momentami jedynie emocjonalnie wybuchowej - podkręconej do wysokiej intensywności i nie zawodząc, podbitej małymi prztyczkami w nos bezrefleksyjnej i bezkrytycznej konserwy (patrz postać głowy Kościoła Rzymskiego). Pozornie zimna, książkowa prawnicza ocena dostępnych faktów, oparta jest o szerokie spektrum dylematów indywidualnych i obiektywnych wniosków - doświadczeń osobistych, kwestii nie dających spokoju, naładowanych po korek wręcz buzującymi, chronionymi przed słabością erupcji uczuciami. Przeszywająca mnie, ale w klinicznym sensie - niby czułem poruszenie, lecz jednocześnie obawiałem się tego eleganckiego kluczenia i przekornego inteligentnego manipulowania, tak treścią, jak i moimi w stosunku do zjawisk oraz egzemplifikacji przekonaniami. Pozostawałem lekko ostrożnie zdystansowany do niezwykle dojrzałej, może nie trudnej, ale złożonej przebiegle konstrukcji. Swoistej przemowy z punktu widzenia intelektualnie najwyższej próby, ale czy moralnie tejże mądrości dorównującej. Zachowywałem ustawiczną czujność, szczególnie gdy sam Sorrentiono dość wprost dał mi do zrozumienia abym ją zachował, nie idealizując między innymi przesadnie majestatu Prezydenta Republiki, uroku mędrca - symbolicznie marginalną, a merytorycznie nader istotną śmierć ogiera w męczarniach mając na uwadze. Bowiem ten sam bohater (Servillo aktorsko, jak to Servillo ;)), człowiek cnoty i rozwagi, kierowany właśnie paradoksalnie nimi pozwolił mu cierpieć, co niezwykle wymowne, potrzebując czasu do namysłu. Odpowiedzialna władza w ludzkich rękach pochopnych decyzji nie chce podjąć, a życie płynie - w tym konkretnym przypadku uwalniając go jedynie poniekąd od etycznych konsekwencji.

P.S. Przyznaję na marginesie jeszcze, iż nie widziałem chyba tak inaczej opracowanego tematu eutanazji w kinie. Być może potrzebuje czasu by sobie podobny przypadek przypomnieć.

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Le Conseguenze dell'amore / Skutki miłości (2004) - Paolo Sorrentino

 


W czubie (precyzyjnie na pudle) tego co najlepsze w maksymalnie subiektywnej opinii od Sorrentino, Skutki miłości nie namieszały, lecz nie znaczy to że jak donoszą koneserzy, ten właśnie przełomowy obraz w jego karierze na mnie wrażenia nie zrobił. Jak zazwyczaj u włoskiego współczesnego mistrza scenografia sterylna - zimna ona, zimne przedmioty/atrybuty i bohater pozornie bez duszy, martwy w środku. Wyniosły, zdystansowany, a zarazem smutny, przegrany człowiek, żyjący (egzystencja nie na pełnej życie) w dostatku, niemal luksusie, ale zniewolony - pozbawiony wszystkiego co było w jego byciu ważne. Zamordowany za życia i w tej roli Toni Servillo wypada znakomicie - jakby aktor szyty na miarę roli. On w byciu bez bycia pogrążony, jak sam stwierdza nigdy nie kochany, bowiem sprawdziany pozbawiły go złudzeń. Nie zabiegał o miłość ani intensywnie, ani skutecznie. Został mimo obudowania duszy zauważony, lecz los, tudzież może precyzyjna akcja prewencyjna jego zakamuflowanych prześladowco-opiekunów w spełnieniu przeszkodziła. Historia jego i w szerszym kontekście mafijna zawiła, a zarazem przejrzysta, gdy się skupić i połączyć kropki według podpowiadanej metody. Snuj filmowy, od którego bije ekstremalnie wspomnianym na początku chłodem, nakręcony z inspiracji autentycznym wydarzeniem, rzeczywistymi zachowaniami jakich był świadkiem Sorrentino, który chciał i skutecznie zrealizował swoją motywację, ukazania innego oblicza mafii. „Zarówno jej okrucieństwa, jak i rządzących nią mechanizmów i zasad” - w zgadzam się że od strony technicznej „audiowizualnym cacku”, którego się nie ogląda - je się w manierze zdystansowania wchłania.Nigdy nie lekceważ skutków miłości” - nigdy nie bądź pewny, iż to na co patrzysz z lekka nieobecnym wzrokiem, nie wywoła w tobie konsekwencji. :)

czwartek, 27 marca 2025

Parthenope / Bogini Partenope (2024) - Paolo Sorrentino

 

Sorrentino nie przy każdej kolejnej okazji dojrzewa jak najlepsze gatunkowo wino - a może tylko nie zawsze ten bukiet aromatów jaki serwuje mnie właściwie tak najgłębiej, jakbym pożądał dotyka i przekonuje. Tym bardziej popadam obecnie w stan zachwytu, gdy od tygodnia we mnie Bogini rezonuje i poniekąd przed refleksją spisaną się wzbraniam, czując że może coś w temacie się jeszcze urodzi, co zasługuje by dodane zostało, pominięte absolutnie być nie mogło, a z drugiej strony wciąż te myśli w chwilach oddechu od życia prozy kłębiące, aż proszą się by zostały w najprostszej formie przelane i kropka już postawiona ostatecznie jednak była. To siła oddziaływania sprawcza obrazów, które do kontemplacyjnego spojrzenia na wszystko zachęcają, ale też ich poziom erudycyjny onieśmiela i pobudza wątpliwość czy aby dysponuję odpowiednim, wystarczającym potencjałem intelektualnym aby na części spójne ze sobą, intuicje i konteksty autora zebrać, podzielić i analitycznie zinterpretować, gdy tym bardziej warstwa lirycznie merytoryczna tak fascynująco pod wyrafinowanym wizualnym konceptem skryta. Dlatego aby uwolnić się od poczucia odpowiedzialności za ewentualne przemądrzałe interpretacje spiszę poniżej jedynie co mnie urzekło i co we mnie zostało, na cechy o wartości Bogini Partenope świadczące uwagę kierując. W prostych hasłach, iż barwa, tonacja, pejzaż, architektura, człowiek, pasja i namiętność. Obraz, dźwięk, ruch, dialogi! Piękny bowiem poetycki ale potrafiący też uwierać majstersztyk. Nadmuchany gdyż artystowski i prawdziwie dojmujący i ujmujący zarazem. Anielski i diabelski - bezczelny, bałamutny i bluźnierczy! W nim w centrum uroda i mądrość przyciągająca i onieśmielająca zarazem, symbioza piękna i duchowej inteligencji w jednej osobie, gdzie jedno drugie napędza i podkreśla. Młodość co widzi w kolorach, gdy w dorosłości wszystko blaknie. Piękno otwierające wiele drzwi - piękno żywe i samotne, zdeterminowane i apatyczne. Piękno naturalne, z woreczkami pod oczami. Zwiewne, hipnotyzujące magnetyzmem czystej, nieskażonej gracji i siły pewności siebie. Inteligencji, błyskotliwości - skromnej na zewnątrz, gigantycznej wewnątrz. Wielowymiarowe, wielopoziomowe doskonale skomponowane symbolicznie, alegorycznie osobliwe show według Mistrza Sorrentino. Pełne przepychu wizualnego i treści głębokiej, wwiercającej się w świadomość nieprzytomnie, gdy kompleksowo wszystko czym Sorrentino ujmuje dostrzeżemy i przyjmiemy. Show - ale szoł bezgranicznie pasjonujący, z kategorii level artyzmu kosmos.

niedziela, 14 stycznia 2024

Il divo / Boski (2008) - Paolo Sorrentino



Był Toni Servillo u Sorrentino brawurowo przed kilku laty Berlusconim, ale należy też pamiętać, że równą dekadę wcześniej równie zjawiskowo wyraziście, a może karykaturalnie (zdania mogą być podzielone) zagrał Giulio Andreottiego, w chyba zasługującym na większy rozgłos niż uzyskał dramacie biograficznym Il divo. Opowiedzieć miał odwagę Sorrentino o ekstremalnie kontrowersyjnym polityku - określanym różnymi "mefistofelewskimi" przydomkami, jakiego charakteryzowało w wypowiedziach publicznych sardoniczne poczucie humoru. Nakręcił genialne kino o między innymi włosko-watykańskiej mafii polityczno-gangstersko-klerzej, gdzie kryminalne układy, zależności i wszystko w interesie najpotężniejszych czyli najmniej uczciwych zachodnioeuropejskich elit. Obok zimnokrwistego Andreottiego głównymi graczami tutaj wszelkiej maści przebiegli, przewrotni zimni dranie, także szare eminencje świata zepsutej politykiery, wszyscy oni manipulatorzy sprzedajni wykorzystujący ludzką naiwność i pobożność fasadową, posuwający się gdy trzeba do wykorzystania strachu, bowiem społeczeństwo zalęknione, ale i demokracja ślepa i często wystawiająca się po prostu na zerznięcie, przepraszam wykorzystanie. Nie jakąś pierwszą lepszą „opera politica”, tylko najwyższej klasy "operetkowo-ironiczne" widowisko lekko parateatralne, z doskonale uchwyconymi przez groteskowy filtr manieryzmami, kręcone z immanentnym dla stylu Sorrentino sznytem artystycznym – z pauzami, zwolnieniami ruchu, z porywającą muzyką w tle, z atmosferą która hipnotyzuje i wciąga dosłownie zasysając. Kino odrobinę oglądane dziś jako kompozycja przewidywalna, bowiem sława kolejnych jego dzieł i wspomnianej wyżej biografii Berlusconiego odbiera mu walor zaskakującej estetycznie konstrukcji, więc powinien zostać naturalnie przerobiony wcześniej, lecz lepiej późno niżby wcale, ale względem właściwości dużo bardziej zamyślony i niespektakularny - niby wręcz thriller mroczny, choć stylistyka z przerysowaniami, zabawą formą i wykorzystanymi instrumentami w kameralnym ujęciu posiadająca rozmach. Myślę że Sorrentino czułby się głęboko upokorzony niedocenieniem, gdyby gdziekolwiek napisano że Il divo nie jest majstersztykiem teatralnej przenikliwości, w sensie doskonale zainscenizowanej autopsji psychologicznej gierki błyskotliwego intelektualisty, grającego dla osiągnięcia korzyści wizerunkowych kulturalnego i wierzącego w wolę bożą nie przypadki, w rzeczywistości skomplikowanego cynika - gigantycznie uwikłanego polityka, z bardzo złożonym charakterem. Da da da ti tu ti tu ti da da da…

wtorek, 28 grudnia 2021

È stata la mano di Dio / To była ręka Boga (2021) - Paolo Sorrentino

 

Na otwarcie kręcone ze śmigłowca panoramiczne ujęcie Neapolu z perspektywy zatoki i już czuć, że to będzie kino nie byle kogo, tylko artysty z najwyższej półki. Być może moje dotychczasowe przekonanie, że najbliższy memu sercu Sorrentino, to nie ten zapatrzony w rodzime kino autorskie czerpiące z włoskiego neorealizmu, a Sorrentino bardziej uniwersalnie europejski w klimatach This Must Be the Place (idealnie łączący kapitalny warsztat z doskonale zbalansowanym emocjonalnym intelektualizmem), stawia mnie w świetle mniej wymagającego odbiorcy. Zanim jednak narażę się na drwiny spieszę z wyrażeniem opinii, iż nie mam też odrobiny wątpliwości, każdy kolejny film sygnowany jego nazwiskiem, nawet jakim by nie był hedonistycznym eskapizmem, to perła w światowej kinematografii. Ja mimo to będę trwał uparcie w pełnej szczerości i darzył największym sentymentem jego kino nostalgicznie zakorzenione w rzeczywistości, za jaki obraz z Seanem Pennem uznaję. Niemal metafizyczne kino Sorrentino, to zawsze magia i jeśli ja nie ulegam jego pełnemu potencjałowi (nie czując tego czego poczuć nie jestem w stanie), bez wyjątku jestem gotów je wychwalać oczekując z wypiekami na twarzy na kolejny, bez względu na właściwości formalne film jego autorstwa. Cieszę się jednak ogromnie i nie zamierzam ukrywać swojej satysfakcji z faktu, że najnowsze dzieło mistrza zbudowane zostało na fundamencie biograficznym i tym samym dalekie jest od rozpasanej dekadenckiej finezji na rzecz finezji opartej na kameralnej prozaiczności. È stata la mano di Dio, funkcjonujący pod angielskim tytułem stanowi w połowie idyllicznie ciepłą satyrę na neapolitańską mentalność, w której dominują dwie namiętności - kobiety i futbol. Niepozbawioną uroczych artystowskich mielizn słodko-gorzką przypowieścią rodzinną z transferem boskiego Diego w tle. Wzruszającą głęboko, tak jak wzbudzająca też błogi uśmiech zadowolenia w czasie nostalgicznej podróży przez miejsca i czas kształtujący jego osobowość i wrażliwość artystyczną. W drugiej połowie natomiast jest ona bolesnym dramatem i poruszającym dowodem,to najbardziej osobisty i w rzeczywistości myślę najlepszy film Sorrentino. Opowieścią z mnóstwem błyskotliwej, choć subtelnej retoryki. Fenomenalną ekspozycją wizualną i niezwykle bogatym wnętrzem merytorycznym. Ze scenami i ujęciami z kategorii majstersztyki - zapadającymi w pamięć widza każdego z osobna jak i w historii kina jestem pewien z szansą na zaistnienie. Także z licznymi ornamentami w postaci sugestii i nawiązań do klasycznych obrazów włoskich mistrzów. Sorrentino w poetyckiej optyce relacjonuje co wprost widoczne i wydobywa tu na jaw też to co głęboko skrywane. Łączy liczne cechy i emocje, poczynając od starości z młodością i piękno z brzydotą, a kończąc na euforii i żalu. Opowiada własną historię na swój autorski sposób i niczym Tornatore w Cinema Paradiso dokonuje tego nie zapominając o perspektywie młodej niewinności. Robi to czule i z pasją, przyglądając się sobie w „zmiękczonym świetle” wieczora i chcąc nam ukazać i na miarę możliwości wyjaśnić często dla niego samego niewytłumaczalne. Gdzie i jak to się zaczęło? Zaczęło się w mieście u podnóża Wezuwiusza, w tragicznych okolicznościach rodzinnych i przy akompaniamencie ekstatycznie reagującego tłumu na wieść o zdobyciu mistrzostwa serie A przez SSC Napoli. Sorrentino nakręcił urzekający pamiętnik, w scenariuszu pisany z punktu widzenia spełnionego filmowca, lecz i świadomego swoich wad i niedoskonałości człowieka o naturze neapolitańczyka, w którym rozżarzona lawa schładzana tylko odrobinę orzeźwiającym powietrzem znad Zatoki neapolitańskiej. Mężczyzny w którym płoną namiętności i który żyje w ustawicznym starciu osobowościowych skrajności. The Hand of God to pamiętnik i spowiedź zarazem, w której wielki artysta jakby z niedowierzaniem myśli o sobie i o tym czego dokonał. Za pomocą X muzy sam siebie dopytuje jak to możliwe, że marzenie stało się rzeczywistością i dochodzi do wniosku, iż ono zależało od przeznaczenia. Od tytułowego dotyku „ręki Boga”, zamykającego jednym zdarzeniem stary rozdział i otwierającego nowy.

P.S. Wiesz jak brzmi łódź pędząca z prędkością 200 na godzinę? Tuff tuff tuff. Cudne po prostu.

środa, 8 maja 2019

Loro / Oni (2018) - Paolo Sorrentino




Chwilę poślizgu zaliczyłem zanim najnowszą odsłonę reżyserskiego geniuszu Paolo Sorrentino poznałem. Nie czułem się wówczas, te kilka miesięcy wstecz na siłach, aby grubo ponad dwugodzinny film przyjąć na klatę i podołać zadaniu precyzyjnego odczytania rozbudowanej treści wymagającej pełnego skupienia. Teraz już widzę to, co przypuszczać mi tylko wtedy było dane, iż podobnie jak w przypadku Wielkiego piękna odleciał Sorrentino w teledyskowych ujęciach, pełnych wyrazistej ferii barw i na pierwszy plan wysuniętego blichtru wszelkiego. Szczególnie bezwzględnie podporządkowane jest pierwsze kilkadziesiąt minut seansu estetyce luźnej teledyskowej fantazji – momentami niejasnej, czy wręcz chaotycznej. A ja lubię, kiedy Sorrentino jest dosadny w bardziej refleksyjnej niż szokującej pozie, gdy własną ambicję intelektualną ubiera w mniej jaskrawe ciuszki. Dlatego też wbrew programowej linii zawodowej krytyki Wszystkie odloty Cheyenne'a i Młodość to moi faworyci, a wielokrotnie nagradzane Wielkie piękno nie zdobyło w moich oczach takiego uznania jak u przedstawicieli bardziej wysublimowanych gustów. Sorrentino na starcie fabułę traktuje ze sporym dystansem, natomiast atrakcyjną dla oka stronę wizualną z nadmierną atencją, stąd pozornie scenariusz nie wydaje się najważniejszy, choć stwierdzenie, że nie ma on większego znaczenia li tylko konstytutywne, byłoby całkowicie chybione i dla takiego intelektualnym artyzmem kierowanego twórcy jak Sorrentino zaiste prowokacyjnym policzkiem. Chodzi oczywiście o świadomy zabieg, którego celem jest przekazanie idei za pośrednictwem całej gamy symbolicznych środków stylistycznych w postaci między innymi licznych alegorii i metafor, a prócz nich także właśnie przerysowanych, wręcz groteskowych wizualizacji. Muzyka wyznacza tempo, pulsujące światła dodają intensywności, a ruch półnagich ciał dopełnia obrazu zatracenia w pustej euforii. Pieniądze, władza to atrybuty króla życia - seksownych kobiet wianuszek i banda żałosnych pochlebców wokół niego jako przymiot korzystania z pozycji i przywilejów. On i oni, czyli Pan i władca oraz elita, kasta najwyższa poddana przez Sorrentino precyzyjnej wiwisekcji, w formule celnej satyry, która po początkowym zachłyśnięciu się kiczem pięknie ewoluuje w niejednoznaczną, lecz z pewnością uwodzicielską melancholijną przypowieść o współczesnym człowieku sukcesu. W niej kilka scen to prawdziwe perełki o nieprawdopodobnie sugestywnym obliczu, ze szczególnym znaczeniem dwóch dialogów charyzmatycznego głównego bohatera ukazujących awers i rewers tej samej maski, której właściwie nie zdejmuje - bowiem brak takiej konieczności.

P.S. Tak, tak - wiem! Prawie zapomniałem wspomnieć o genialnym Toni Servillo z tym wklejonym jak u Jokera wymownym uśmiechem.

sobota, 3 października 2015

Youth / Młodość (2015) - Paolo Sorrentino




Spisując refleksje odnośnie najnowszej materializacji talentu Paolo Sorrentino, nie zamierzam zajmować stanowiska zbieżnego z hiper intelektualistami, jak i tym bardziej spoglądać z perspektywy prostackiej. Wybiorę naturalnie drogę pełnego autentyzmu, która zaprowadzi mnie w konkluzji do stanowiska jednoznacznego, lecz nie radykalnego. Przyznaję, iż moje postrzeganie twórczości, coby to miało znaczyć i jak wiele i niewiele zarazem miało mieć pokrycia w rzeczywistości następcy Felliniego ograniczone jest obecnie do trzech ostatnich produkcji. Must Be This Place, którą odnajduję pośród najwybitniejszych obrazów jakie dane mi było zobaczyć i La grande bellazza, czyli dzieła bez wątpienia wyjątkowego, jednako zbytnio przeintelektualizowanego i przestylizowanego. Z tego punktu widzenia oczekując premiery Młodości, życzyłem sobie mniejszego stężenia megalomani kosztem posądzenia o banał i większego natężenia wyrazistości, ze świadomym ryzykiem zaczepienia o zbytnią dosłowność - inaczej potrzebowałem od reżysera opowieści wartościowej, idealnie balansującej pomiędzy pretensjonalnością kina przesadnie artystycznego, a autentyzmem kina kreującego historię w sposób w miarę bezpośredni. To właśnie otrzymałem i nawet gdy pierwsze ujęcia raczej kierunek na sztukę dla sztuki podpowiadały, to z każdą kolejno nadchodzącą wyborną sceną aktorskiej wirtuozerii w anturażu operatorskiego kunsztu i reżyserskiej maestrii byłem pewny, iż w tym pozornym chaosie klejonych ze sobą epizodów odnajdę magię wyjątkową. Bo Młodość z każdą minutą projekcji ogromnie zyskuje, a uzyskuje ten oczekiwany efekt dzięki niepodważalnej umiejętności żonglowania przez reżysera wyszukanymi środkami stylistycznymi, by prozę życia i oklepane prawdy sugestywnie wyrazić. Wplata Sorrentino także w strukturę obrazu, pomiędzy poruszające monologi i dialogi emocjonalne liczne sarkastyczne wycieczki, ironiczne drwiny, takie nonszalanckie figle, czy grubo szyte sugestie (Paloma Faith, Maradona :)) - pomimo ryzyka z tym zabiegiem związanego, kiczu zręcznie unikając. Stąd natężone uwagi (pewnie w większości nasze, bo krytyka dla krytyki to polska specjalność), że w scenariuszu i realizacji same truizmy itd. przyjmuję z pokorą jako po części uzasadnione. Jasne, że niewiele odkrywczego w tym filmie odnajduję, jednak sposób w jaki pospolite prawdy podano robi ogromne wrażenie. Muzyka i zdjęcia tak pięknie klimat nostalgii przywołujące, interpretacja reżyserska i kreacje aktorskie bez wyjątku znakomite - prawdziwa poezja i uczta dla licznych zmysłów. Trzeba tylko by je docenić umiarkowania, a jego często brakuje zakochanym w sobie stylizowanym intelektualistom. Jak Fred Ballinger na poważnie czy ironicznie raczył stwierdzić - "Intelektualiści nie mają gustu, dlatego nigdy nie chciałem zostać intelektualistą". Chyba się z tym zgadzam.

P.S. Młodość odchodzi, czas płynie nieubłaganie i nie jesteśmy tak biologicznie czy psychologicznie zaprogramowani, że naturalnie się w tych etapach odnajdujemy i ich specyfikę rozumiemy. Trudno zaakceptować, że mniej przed nami, a za nami już prawie wszystko. Pogodzić się, że to co nas ekscytuje już nieosiągalne i znaleźć takie podniety w innych obszarach które odpowiednie dla wieku zaawansowanego będą. Pokorą się wykazać i umiejętnością przystosowania, bo przemijanie to specyficzny rodzaj survivalu, adaptacji do nowych okoliczności i specyfiki środowiska. Poddać się i może zniknąć, a może walczyć i pozostać. To w tak prostym dualizmie nie może być opisywane! Doświadczenie walorem i jednako bagażem, bo jak byłeś nikim to ten nie do powstrzymania dryf w nicość łagodniejszy. Jak przez lata pozostawałeś na szczycie to pozbawiony tej mocy spadasz proporcjonalnie do wysokości gwałtowniej. Tak się zapędziłem w tych empatią przesiąkniętych przemyśleniach, a nie mam przecież jeszcze czterdziestki. :)

czwartek, 22 maja 2014

La Grande Bellezza / Wielkie piękno (2013) - Paolo Sorrentino




Nie znam się na włoskiej klasyce kina, a Wielkie piękno w oczach krytyki jawnie do jej największych pereł nawiązuje, stąd nie będę się silił na zwinne porównania ubrane w wykalkulowane na efekt zdania. Dla mnie to obraz z kategorii tych, co banalnie ujmując, materią przeintelektualizowaną w odbiorze się okazały. Może ja go nie rozumiem, ale jako kompozycje wizji, fonii i intencyjnej treści z pewnością doceniam. Nie jestem jednak w stanie poczuć pełnej satysfakcji, o zachwycie tym bardziej nie ma mowy. To specyficzne doświadczenie niczym degustacja wykwintnego trunku. Wiem, że ma w sobie Wielkie piękno ten pierwiastek elitarny, ale nie potrafię siebie oszukać, że on w moim guście, celnie w preferencje moje trafiający. Zwyczajnie nie jestem przygotowany merytorycznie i emocjonalnie na taki rarytas. Staram się go oswoić, zrozumieć w artystycznych detalach i intelektualnej ogólności. Próbuje odrzucić przekonanie, że to taka wyłącznie sztuka dla sztuki z kapitalnym obrazem i napuszoną zbytnio treścią - nadęty balonik pozorami kultury bardzo wysokiej nasycony. Przekonać siebie, że Sorrentino spełnił pokładane w nim nadzieje. Niestety na dzień dzisiejszy działania te spełzły na niczym, nie jestem w stanie uwierzyć w promowaną sentencje – Wielkie piękno, wielkim dziełem jest. 

P.S. Tak wiem dla większości fanów Wielkiego piękna będę tępym prostakiem, zadam jednak pytanie jak wielu z tych lanserskich mądrali (bez urazy) trafi z interpretacją? To problem w tym obrazie, że niewielu sedno dostrzeże. Myślę, że dobry reżyser, tak bez megalomanii powinien przekazać swoją wizję. Łatwo się ukrywać za wielorakimi ścieżkami odczytywania treści.

czwartek, 8 sierpnia 2013

This Must Be the Place / Wszystkie odloty Cheyenne'a (2011) - Paolo Sorrentino




Stwierdzenie Cheyenne'a, że "Moje życie jest raczej w porządku", to klucz do tej ciepłej, pełnej emocjonalnej głębi ballady o wiecznym chłopcu i poszukiwaniu przesilenia. Pozornie groteskowa, kapitalnie odegrana przez Penna postać ukryta pod krzykliwym wizerunkiem, to w rzeczywistości wrażliwa, na swój sposób szczęśliwa osobowość. Wyraźnie niestety zmęczona tkwieniem w schemacie, masce, skorupie już przyciężkiej - odczuwająca trudno definiowalną potrzebę przełomu. Odnajduje go pozbawiony początkowo tej świadomości, daje porwać się wydarzeniom, reaguje spontanicznie, płynnie dąży do celu. Spotyka w podróży tej galerie osobliwości, z którymi dzieli się prawdziwą życiową wiedzą tak bardzo kłócąca się z tym szczeniackim wizerunkiem - jednako najistotniejsze, iż postaci te pomagają odkryć mu siebie.  Jedna z najdojrzalszych to historii jakie dane mi było obejrzeć na ekranie, prawdziwa kopalnia życiowych mądrości nie pozbawiona jednako wyrafinowanego poczucia humoru. Specyficzna komedia o poważnych sprawach, zabawna ale przede wszystkim pouczająca, wtłoczona w formę którą odbiera się niemal wszystkimi zmysłami - smakuje, kontempluje. Powolne odkrywanie symbolicznych tajemnic fabuły jest tu procesem wybornym, niczym fascynująca układanka. Każda scena bogata w zaklętą bowiem w sobie magię, ulokowane w nich setki subtelnych szczegółów o niebagatelnym znaczeniu nie tylko dla zrozumienia tego obrazu, ale przede wszystkim odkrywania osobliwych bohaterów. Muzyka tutaj integralną, spójną częścią tego wybitnego konceptu, płynnie wraz z barwnymi pełnymi artyzmu ujęciami budująca fantazyjny, surrealistyczny klimat - zrazu kołysząca, by w zimnych sekwencjach przeszywać swoją intensywnością. Wybitne to kino, zrozumiałe tylko dla osób dojrzałych by podeprzeć się dwiema z licznych wytrawnych myśli głównego bohatera - tych co pojęły już znaczenie słów: "Bezwiednie przechodzimy od wieku w którym mówimy takie będzie nasze życie, do wieku w którym stwierdzamy "takie jest życie, to życie"... pełne pięknych rzeczy"! 

Drukuj