Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Veils. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Veils. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2026

The Veils - Fragile World (2026)

 


Piszę późnym wieczorem, lecz opublikuję z rana, gdy dzień kolejny wystartuje - dzień dobry, lepszy, taki sobie, niekiedy po prostu zły. Bliżej niż dalej do ostateczności i wyzwania które czasem przytłaczają, bo lęki drzemiące tak łatwo obudzić. Nastroje się huśtają i bywa że nastawienie wprost jest wypadkową tego co na uszkach zawiśnie, gdy człowiek wrażliwości muzycznej wysokiej, odcinając się od rzeczywistości, chłonie stany duchowe artystów ulubionych. Wstęp ten zaiście zainspirowany tak ogólnie twórczością ekipy, jakiej pochodzenie angielsko-nowozelandzkie, jak dokładnie tym czym wypełnili oni swój najnowszy album. Zatytułowany adekwatnie do odczuć jakie wzbudza, gdy teksty pięknie subtelne, głęboko intymne, dotykające tematów bliskim najwrażliwszym duszom, a same kulminacyjne dźwięki nasycone dojrzałym kontemplacyjnym spokojem - wypełniające pustkę, nierzadko samotności, braku zrozumienia czy empatycznej wyrozumiałości. Tak się składa, iż facetowi z tego co go drąży i boli publicznie drenować się nie wypada, ale bywa też iż zostanie do quasi spowiedzi podstępnie przez sztukę z serca do serca zachęcony. Nie stanie się to jednak teraz i tutaj, bo pomimo iż Fragile World maksymalnie mnie roztkliwia i otwiera skuteczniej od praktyk najbardziej profesjonalnego i budującego poczucie bezpieczeństwa terapeuty, to ja nadal zachowuje jasność myślenia i z racji natury, w jakiej obecnie kontrola słowa u mnie kluczowa, każdemu kto wejdzie na blogaska zawartości najbardziej intymnej na dłoniach nie położę. Chcę jedynie zauważyć, co mi Fragile World robi i przekonać wątpiących w męską kruchość, iż pod najtwardszym pancerzem może mieszkać mały, zraniony i zlękniony chłopiec, który przywdział zbroję, tudzież maskę sarkastycznego błazna aby przetrwać, a z czasem wręcz możliwe iż tak mocno przyswoił ochronną publiczną rolę, że zapomniał kim jest i jakich prymarnie newralgicznych potrzeb bycia nauczył się nie szukać zaspokojenia. Siedzi w swojej szufladzie, momentami drży i mierzy się z wirem myśli oraz niewiadomą przyszłości, słuchając od tygodnia, dwóch najchętniej wieczorem Fragile World The Veils. 

P.S. Natomiast w rzeczy samej, formalnie Fragile World zdaje mi się cudowną platformą porozumienia pomiędzy ostatnim dużym, a najbardziej świeżym mini albumem, który domniemam że poniekąd wyznaczył w jakimś stopniu bieżący azymut dla grupy - przynajmniej na poziomie znakomitych harmonii melodycznych. Kiedy pisałem o wspomnianym, jeśli nie straciłem orientacji w pamięci, to zauważyłem, iż miło by było gdyby owy był pomyślany jako krążek pełnowymiarowy i nieco podkręcony o brzmienia elektryczne, ale doceniłem też jego czystość formy, w oddaleniu od progresywnej złożoności. Miałem chyba noska, bowiem to co teraz pieści mój narząd słuchu, to właśnie esencja The Veils - bez oznak nadmiaru. Nie mniej jednak nie jest tak bym uznał iż najnowsze cudo jest bardziej cudne od cuda przed czy przed przed ostatniego. Jest nieco inne i szalenie empatycznie polecam jego walory terapeutycznie wyciszające. 

piątek, 24 stycznia 2025

The Veils - Asphodels (2025)

 

Włączyłem i tak jak szybo się zaczęło, tak przebrzmiało i wtedy do mnie dotarło w pełni, że to nie jest pełnoprawny kolejny album The Veils zespołowy - co w chwilę później potwierdziłem, wyszukawszy informacji że oto mam do czynienia z materiałem powstałym we współpracy szefa The Veils z aranżerką smyczkową, niejaką Victorią Kelly. Materiału zasadniczo akustycznego, tudzież ewentualnie, jeśli coś elektrycznego mi umknęło quasi akustycznego. Materiału wyciszonego i subtelnego, bowiem raz to instrumentarium ascetyczne, ograniczone do brzmień smyczkowych, fortepianowych i klasycznie gitarowych z bębenkami, dwa pięknie zwiewnie melodycznego, gdyż te wszystkie występujące tematy, w głównej mierze świadczą, iż Finn Andrews jest już mistrzem w pisaniu charakterystycznych motywów, które się od razu zapamiętuje, choć absolutnie nikt nie powinien sugerować, że przez przyjemne osadzanie się w świadomości są banalne - bo to kompletna jest nieprawda. Te melodie (pływające linie melodyczne precyzyjniej), cudownie współpracują w tworzeniu charakteru z liniami wokalnymi, interpretacjami tekstów (w mitologii greckiej asfodel to kwiaty kojarzone ze światem podziemnym, żałobą i życiem pozagrobowym). One natomiast tylko za udziałem ciekawego, bujającego i nieprzesadzonego elektrycznego groove’u, emanowały silniej energetycznie w postaci Total Depravity i mniej bezpośrednio ...And Out of the Voidn Came Love. Stąd tylko niby pozornie one i Asphodel są zupełnie inne - odmienne kiedyś, od tego trochę mini, trochę nie mini, bo dziewięcio-utworowego, trzydziestojednominutowego nowego/świeżego krążka. Nie dziwię się więc, że Andrews postanowił te kompozycje wydać pod szyldem grupowym - pokazując przy okazji w pierwszej fazie tworzenia być może nieco nieświadomie, na czym zasadza się istota muzyki The Veils. Gdyby do tego uduchowionego, zwiewnego a przede wszystkim skompresowanego do esencji zestawu kompozycji wtłoczyć mocniejsze akcenty elektryczno-rytmiczne i dodać kwadrans jeszcze czasu trwania, to mielibyśmy ufam kolejny pełnokrwisty i pełnowymiarowy oraz wprost konkurujący z poprzednimi na równych zasadach materiał. Tak mamy uważam coś poniekąd jednocześnie nowego i starego - interesującego i oczywiście poetycko pięknego emocjonalnie, co zmienia odrobinę akurat moją perspektywę odbioru muzyki The Veils, a na pewno pozwala mnie dostrzec w niej już w pełnym wymiarze inną perspektywę - perspektywę czystości, miast czystości plus indie-progresywnej złożoności. Przyznaje iż na początku odczułem lekkie rozczarowanie, nie tego oczekując, lecz szybko zostałem w świat Asphodels wessany i nim opętany. Opętany wręcz wspomnianą dojrzałą minimalistyczną konstrukcją i wszystkimi fantastycznymi harmoniami głosu oraz w zasadzie wyłącznie plumkania. W takim wydaniu plumkanie nabiera blasku, a ja nabieram do lirycznego plumkania coraz to większego szacunku. :)

piątek, 6 października 2023

The Veils - ...And Out of the Void Came Love (2023)

 


Nie dalej jak jak około trzech tygodni temu wypieściłem jak na moje możliwości całkiem zadowalający tekst dotyczący pierwszej studyjnej płyty The Veils, jaką bardziej dogłębnie poznałem i był to jak właśnie sugeruje debiutancki dopiero kontakt z muzyką angielsko-nowozelandzkiej grupy. Tak się jednak złożyło (jak nie omieszkałem poinformować w/w tekście), że wpierw nastąpił odsłuch ...And Out of the Void Came Love, a dopiero po nim zapoznanie z Total Depravity, a że ten drugi wydał mi się w dziewiczym kontakcie ciekawszy, to i do niego na dłużej się przyspawawszy mogłem coś od siebie więcej na blogu w sekcji wiecznej archiwizacji myśli umieścić. Teraz zaś przechodzę do rzeczonej pierwotnie ...And Out of the Void Came Love i spieszę zrazu donieść, że dziś już nie mam wątpliwości, że te dwie płyty różniące się od siebie zasadniczo, jakościowo sobie bezdyskusyjnie dorównują. Zamiast jednak zestawiać ich cechy szczególne i powtarzać tym samym słowa z refleksji poprzedniej napiszę li tylko o samej ...And Out of the Void Came Love, że ona płynie przede wszystkim w rytmie nostalgicznych smętów, które nie nudzą mi się nawet jeśli odtwarzanie ich w ciągu kilku razy pod rząd następuje. Dzieje się tak myślę dlatego, że przyjmują formę muzyki niezwykle dojrzałej aranżacyjnie - przemyślanej, dopracowanej, świadomej i wreszcie porywającej. Żeby jednak nie wprowadzać w błąd, pomiędzy wspomnianymi i zachwalanymi ambitnymi smętami, które zauważ dobrze posiadają zawsze jakiś puls intrygujący podskórny, niby kojarzący się tak samo z oczywiście brytyjsko sprecyzowanym indie, często lub może najczęściej wręcz z autorską solową muzyką wielkich lirycznych pieśniarzy drugiej połowy XX wieku w postaci Nicka Cave'a, Davida Bowiego czy innych mniej podobnych bo przystępniejszych estradowych gwiazd, jak i amerykańską wersją jak ktoś trafnie gdzieś zauważył, a ja nie będę wprost zdradzał "białego gospel", kojarzącego się filmowo z brawurowym dziełem Aż poleje się krew Paula Thomasa Andersona, a muzycznie wizualnie z tym co też prezentuje obecnie Kjetil Nernes pod szyldem Årabrot. Więcej jednak tego nawiedzonego kaznodziei w Finnie Andrewsie, kiedy kompozycje pokazują całkiem ostry pazur, chociaż nie spodziewajcie się ciętych riffów, bo mam bardziej na myśli tchnącą magią klasycznego bluesa rytmikę czy najbardziej wycieczki w stronę kompletnie nieagresywnego, ale jednak od strony pulsu bębnów, to quasi industrialu. Ogromnym walorem całości jest ciepły, wrażliwy wokal Finna, który kołysze, ale i wzbudza nastrój niepokoju, kiedy staje się ofensywny w kontrze do tej zasadniczo przeważającego intymnego kierunku. Teksty natomiast, to kwiecisty poetycki język, malownicze wręcz słowne pejzaże, ale dalekie szczęśliwie od pretensjonalności. Taka nastrojowa muzyka wraz z poruszającymi emocje lirykami, bez wątpienia oparta jest na wysokich artystycznych i intelektualnych aspiracjach, a zbudowana na fundamencie ogromnej wyobraźni, wrażliwości nietuzinkowej oraz fantastycznym warsztacie instrumentalnym i wokalnym. Werdykt - album myślę to kompletny, a poszczególne utwory dzieła wybitne, które wspaniale odnajdują się w towarzystwie, jak i mogą sobie radzić samodzielnie, jako przyszłe, wdzięczne standardy, gdyby The Veils nagle wystrzeliło w kwestii popularności. 

niedziela, 17 września 2023

The Veils - Total Depravity (2016)



Właśnie poznałem indie rockowe w ogólnym rozumieniu mega zjawisko i trafiłem na nie przy okazji spóźnionego o pół roku rozpoznania najnowszej jego produkcji, czyli ...And Out of the Void Came Love. Tylko że wspomniana jeszcze mnie nie miała okazji zasysnąć, bo po dwóch odsłuchach na tyle mnie zaintrygowała, że postanowiłem rzucić okiem-uchem na wcześniejszy The Veils krążek, który światło dzienne ujrzał dość spory, bowiem sześcioletni wstecz czasu kawał. Dlaczego wpierw wystukuje tekst odnośnie albumu z 2016-ego, zamiast odnieść się do świeżego? Ano dlatego, iż Total Depravity porwał mnie jak na razie znacznie bardziej, czyli do czynienia mam z sytuacją taką oto, że po dorwanej nitce do początku tego kłębka zmierzam i po drodze wręcz hipnotyczne oczarowanie notuję. Kompletnie nie wiem co czai się głębiej w The Veils przeszłości i póki dokładnie nie przepracuje wspomnianych, absolutnie nie zamierzam cofać się jeszcze znaczniej, chcąc skupić się tu i teraz na materiałach jakie same w sobie zawierają tak absorbujące zagrania, że czas im poświecić bez rozpraszania to mus z szacunku i z gigantycznej przyjemności. TD odbieram jako produkcję stworzoną bez poczucia trzymania się jednej konwencji, chociaż charakteryzuje się cechą jaka poszczególne różnorodne kompozycje wiąże w całość, a mam tu na myśli (osobiste odczucie) bezpretensjonalne mimo ambicji łączenie syntezatorowych pomysłów, opartych na basowych figurach i może nie gęstym ale sugestywnym oszczędnym bębnieniu, z niejako klasycznym soulem w bardzo mrocznej konwencji, sprowadzonego do czystej esencji znanego z lat szczególnie siedemdziesiątych, reprezentatywnie frazowanego performance'u interpretatorskiego. Album poza tym jako zbiór indeksów oraz całość kapitalnie potęguje kumulowane w nim napięcie do rozmiarów pulsująco świdrujących sprzężeń, ale i potrafi przedzierżgnąć się z równomiernego bujania groove'm, wręcz w kształt rytualnych eksplozji ciszy - jakby to kuriozalnie nie zabrzmiało i mówię tutaj tak o smutaskich balladach w stylu Nicka Cave'a, jak i kombinujących z elektronicznymi brzmieniami numerach, w których łączy się wyczucie doskonałej harmonii, tendencje eksperymentatorskie w wykorzystywaniu podłączonych pod napięcie interesujących (DIY) zabawek, a dokładnie wprost pomagających wspiąć muzykę na jeszcze wyższy muzyczny poziom efektów. W sukurs oczywiście warstwie instrumentalnej idzie ten genialny interpretatorski talent wokalisty, a w sumie sprowadzenie roli 
Finna Andrewsa jedynie do głosu wydawania obowiązku, to skrzywdzenie tak jego pozycji w zespole, jak i w dużym stopniu decydującego o fenomenalnym oddziaływania tego co robi i co on prawdopodobnie pisze w tekstach na kształt całości. Całości jaka jest ponurą, ale jakże piękną podróżą z dreszczykiem systematycznych emocji. Jestem póki co zafascynowany! 

Drukuj