Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Dillinger Escape Plan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Dillinger Escape Plan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 maja 2017

The Dillinger Escape Plan - Miss Machine (2004)




Jeszcze kilka lat wstecz nie dawałem rady sprostać dźwiękom emitowanym przez Dillingera, fakt doceniałem kunszt i wyobraźnię, ale do ich sedna dotrzeć nie potrafiłem. Nawet po One of Us Is the Killer, kiedy przełom w moim osobistym odbiorze tej fascynującej sztuki nastąpił, nie przypuszczałem, że będę w stanie całą dyskografię zaakceptować. Dzisiaj brak mi jedynie przekonania do debiutu, bo przede wszystkim nie było na nim Grega Puciato, który w mojej opinii stał się dla ekipy kierowanej przez Bena Weinmana prawdziwym skarbem. To jaki użytek ze strun głosowych robi ten gość porównywalne chyba wyłącznie z ekwilibrystyką Mike’a Pattona – ta skala szeroka, od histerycznego wrzasku po ciepłą, głęboką barwę. Dzięki jego niesamowitym umiejętnościom pogmatwana muzyka staje się nie tylko bardziej przystępna, ale przede wszystkim wygrywa na atrakcyjności interpretacyjnej. Fuzja wielu składowych, gra kontrastami i odwaga w kreowaniu pełnej wyobraźni przestrzennej formuły wpierw wprowadza w konsternację, za moment już intryguje, by po odpowiedniej ilości spotkań zacząć uzależniać. Poznając po latach, w pełni świadomie krążki grupy, na biegu wstecznym, gdyż taka naturalna kolej rzeczy, gdy z poślizgiem wkręca się w muzykę, która pierwotnie zbyt szalona by z miejsca sympatię wzbudzić. Wtedy z zupełnie innej perspektywy rozpoznaje się ewolucję formuły, która dla wieloletniego konesera TDEP z biegiem czasu stawała się bardziej klarowna, czytelna czy zwyczajnie konwencjonalna. Dla mnie natomiast albumy przed Option Paralysis stawiały ambitne cele, by z tej dźwiękowej lawy wychwycić precyzyjne struktury, aby z chaosu wyłonił się zakamuflowany porządek. Gdyby nie rozwijana konsekwentnie dojrzałość aranżacyjna zapewne nie byłbym w stanie dotrzeć do jądra propozycji sprzed lat. Na starcie trzeba było zaprzyjaźnić się z kompozycjami z groovem pulsującym, by w konsekwencji oswoić te bardziej nerwowe, dla laika pełne bałaganu. :) Stąd Miss Machine swoje odczekać musiała, cierpliwości szczęśliwie starczyło i jej blask teraz w pełnej krasie został dostrzeżony. Słucham obecnie dwójki i nie czuję dyskomfortu w towarzystwie nawet tych skrajnie skomplikowanych faktur, ani nie mam wrażenia by pomiędzy Miss Machine, a ostatnią (mam na nadzieję, że nie ostateczną) Dissociation dystans był ogromny, a zmiany narwane. Ewolucja stylistyki Dillingera jest ustawiczna, lecz absolutnie pozbawiona gwałtownych przeobrażeń, które jeszcze jakiś czas temu jakimś niezrozumiałym sposobem odczuwałem. Zresztą wszechstronność muzycznej propozycji w obrębie kręgosłupa rytmicznego i wokalnej interpretacji od albumu z 2004 roku stała się szansą na przyciągnięcie nie tylko fanów sceny ekstremalnej, ale także wzbudzeniu sympatii u tych, którzy poszukują w muzyce głębszej przestrzeni i szerokiej palety emocji. 

P.S. To pisałem ja – ten który jak można było się zapewne zorientować, dzisiaj zalicza się przede wszystkim do tej drugiej kategorii. :)

sobota, 29 października 2016

The Dillinger Escape Plan - Dissociation (2016)




Nie będzie w pożegnalnym tonie, bo żałoby być nie musi kiedy na razie tylko zawieszenie działalności ekipa z New Jersey deklaruje. Poczekam ze łzami do chwili gdy rozpad kategoryczny nastąpi, a on zakładam mało prawdopodobny dopóty będą kapitalnymi pomysłami nadal tryskać. Zresztą jako młody stażem fan mam przecież jeszcze sporo materiału do odkrycia i czas pauzy w oficjalnym funkcjonowaniu z pewnością na jego zgłębianie spożytkuję. Teraz w centrum zainteresowania rzecz jasna nowy materiał i jak to z ich produkcjami bywa, trzeba było długo z Dissociation się osłuchiwać, by rzetelnymi wnioskami się podzielić. Nie będę też kitu wciskał, że one wyłącznie mojego autorstwa, bo jako stosunkowo świeży miłośnik ich dźwiękowych szaleństw podczas kontaktu z Dissociation także fachowym eksperckim spojrzeniem się podpierałem. Hola, hola nie myślcie, iż będzie to plagiat, bo to wyłącznie tylko pokorne przyznanie się do ograniczonej jeszcze wiedzy i alergii jaką wzbudzają we mnie te wszystkie około core'owe nazwy, mające w teorii pomóc w przybliżeniu czy określeniu muzyki, a w praktyce zaszufladkowanie czegoś co wszelkim etykietom już dawno się wymknęło. Naczytałem się obficie akapitów, które jednocześnie chwaliły eklektyzm i ogromną wyobraźnię, która poza schematy ich twórczość wypycha i na siłę próbowały terminologią teoretyczną sprowadzić muzykę do poziomu matematyki korzystającej z przepracowanych już wzorów. Tyle, że jeśli już z królową nauk kojarzyć Dissocation, to jest to ten jej dział, który nie odtwarza tylko odkrywa - na fundamencie zdobytych już doświadczeń, ale ze wzrokiem permanentnie wpatrzonym w ciągły rozwój. Nastąpiło na nowym krążku w moim przekonaniu poniekąd istotne przemeblowanie i duch specyficzny zarazem skutecznie zachowany, bowiem przemieszały się nieco proporcje, a może bardziej kontrasty przestały dominować pomiędzy poszczególnymi numerami, a płynnie przeszły w zakres konkretnych pojedynczych utworów. Album jest niezwykle spójny i równy, a żadna kompozycja nie wychyla się znacząco poza szeroką oczywiście skalę. Dobra, Fugue to rzecz inna i zamykający tytułowy numer odbiega, ale poza nimi reszta w bliźniaczym wymiarze funkcjonuje. Co nieobojętne brak na Dissociation autentycznego hiciora, kompozycji która mogłaby stać się przebojem na miarę Milk Lizard czy Black Bubblegum, ale to po pierwsze żadna wada kiedy całość oscyluje wokół poziomu dzieła, po drugie na dwóch ostatnich płytach także takich wyraźnie nośnych liderów nie było. Ona ma multum innych zalet, bo jest kompletna i zrównoważona, nafaszerowana wokalną ekwilibrystyką i wirtuozerską swobodą instrumentalną. Bogata w nietypowe aranże, pełną wyobraźni formę z dziką agresją, z charakterystycznie chwytliwą melodyką, odrobiną patosu i znaczącą rolą elektroniki w towarzystwie frywolnych wariacji. Zresztą który z krążków tych walorów nie posiadał - tym sposobem jak mniemam (to do mnie właśnie dociera) wytrąciłem sobie argument o istotnym przemeblowaniu. :) To zawsze przecież była huśtawka nastrojów, totalny rollercoaster i karuzela w jednym, kalejdoskop i gabinet krzywych luster, a w tym całych pozornie chaotycznym szaleństwie metoda. Od lat udoskonalana, własna, autorska, skuteczna jak diabli i cholernie intrygująca. Gigantyczne wyzwanie, a w finale jeśli człowiek uparty ogromna satysfakcja, że się do sedna tych dźwięków dotarło - nadal chyba jednak tylko w ograniczonym stopniu.

niedziela, 5 czerwca 2016

The Dillinger Escape Plan - Ire Works (2007)




Nie będę jednoznacznie określał miejsca Ire Works w dyskografii Dillingerów, gdyż zwyczajnie moja znajomość ich twórczości ograniczona do rozgryzienia, fakt detalicznego (bo jak inaczej wkręcić się w ich świat :)), lecz jedynie ostatnich trzech albumów, a wszystko co przed Ire Works to tajemnica jeszcze nadal dla mojej świadomości niezrozumiała. Wiem oczywiście, bo czytam od lat prasę branżową, że wraz z tym albumem doszło do istotnej roszady personalnej w szeregach Amerykanów i ona odcisnęła swoje piętno na powstałych kompozycjach, aczkolwiek już Miss Machine sugerowała odejście od wyłącznie połamanego mathcore’a w stronę aranżacji znacznie bardziej chwytliwych i wokalnej ekwilibrystyki korzystającej także z czystej barwy. To takie przekonanie nie wynikające z pełnej autopsji, a jedynie na opiniach tych, co się na działalności muzycznej ekipy z New Jersey znają bardziej. Ja Ire Works analizuje niejako na biegu wstecznym przez pryzmat wpierw One of Us is a Killer i Option Paralysis i na tym tle jest to album, który mógł obecny kierunek rozwoju zasadniczo narzucić. Pośród skomplikowanych matematycznych łamańców skrzętnie poukrywane zostały numery o ogromnym potencjale przebojowym, gdzie immanentny dla muzyków Dillingera szlif szalonych akrobatycznych wygibasów spięty został doskonałą aranżacyjną pracą (ba, pozwolę sobie ją nazwać sztuką) z pełną wyobraźni przestrzenią dla wokalnych popisów Grega Puciato oraz wirtuozerskich parad sekcji rytmicznej i gitarzysty. Muzyka jest ze swobodą puszczana w przeróżne rejony, a bogactwo wykorzystanych środków czerpanych z wielobarwnych stylistyk każe patrzeć na jej autorów z uznaniem. Idealnym przykładem symbiozy pomiędzy awangardą pokręconej technicznej kanonady i melodyjnym potencjałem niemal ocierającym się o pop będą Milk Lizard i Black Bubblegum, dodatkowo na potrzeby promocji krążka ubrane we wspaniałe klipy. Zresztą brak tu słabego kawałka, jakiejś zapchajdziury i nawet, jeśli część z kompozycji wymaga upartego rozkminiania by odnaleźć w nich ukryty zamysł to i tak wysiłek włożony w analizę i syntezę daje finalnie poczucie spełnienia, kiedy wszystkie klocki idealnie spasowane zaczynają tworzyć całość. Cieszę się ogromnie, że nie odpuściłem, kiedy chemii pomiędzy mną, a Dillingerem nie było.

P.S. Na marginesie dodam, że kiedy w Horse Hunter pojawia się głos Brenta Hinds z Mastodon moje spełnienie jest już kompletne. 

środa, 9 października 2013

The Dillinger Escape Plan - Option Paralysis (2010)




Poddałem się szaleństwu ucieczki Dillingera w dwóch ostatnich studyjnych odsłonach – redefinicji niemalże spojrzenia na fakturę kompozycji. I chociaż wcześniejsze ich albumy są dla mnie nadal niezgłębioną, męcząca tajemnicą, Option Paralysis i tegoroczny One of Us is the Killer lśnią ferią różnorodnych barw intensywnie i urok swój na mnie skutecznie rzucają. Niemal popowe fragmentami, genialnego Grega Puciato zaśpiewy tutaj kluczem - bramą szeroko otwartą. Linie wokalne wybornie podkreślają zarówno pierwiastek obłędu jak i subtelnej introwertycznej podróży. Pełna dynamiki i zaangażowania interpretacja tekstów, wraz z aranżacyjną biegłością sztuką jest swoistą kapitalną umiejętnością, bowiem w ramy jednolite wtłacza tak różnorakie pomysły, jednocześnie nie burząc ich charakteru - kontrastową konstrukcje z powodzeniem spaja wspólnym mianownikiem. Co istotne pogmatwane rytmicznie, matematyczne równania (jak to się w żargonie pismaczym określać przyjęło), których składnikami podstawowe instrumentarium plus wokalna ekwilibrystyka, wzbogacone komponentem o śmiałym przebojowym zabarwieniu walorem immanentym Dillingerów. I ta specyficzna chwytliwość decydującą rolę odegrała w zniewoleniu osoby mojej tego rodzaju dźwiękami. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że zawartość Option Paralysis byłaby w stanie mną owładnąć, gdyby nie motywy, które pozostają w głowie na długo po wybrzmieniu ich w głośnikach, jakby nie wykwintna żonglerka Puciato, wyraźnie nawiązująca do autorskiej formuły legendy w osobie Mike'a Pattona. Ogólnie wyczuwalny jest od tego krążka wpływ twórczości Faith No More – żadne tam dosłowne kopiowanie, jedynie kreowanie bliźniaczej aury, zrywanie więzów konwencji, śmiałe wykorzystywanie rozwiązań z często skrajnych biegunowo, odmiennych gatunków. Wszystko dla finalnie zarówno efektownego jak i efektywnego rezultatu. I tu na koniec apel wystosuje, życzeniowo licząc, iż jakimś fartem będzie wysłuchany. ;) Kroczcie Panowie tą jedynie słuszną ścieżką, w kierunku łamania barier, kreując muzykę eklektyzmem bogatą, śmiałą, intrygującą ale i nośną na swój sposób. Jeśli taki kurs kontynuować zamierzacie, w mojej skromnej osobie fana z pewnością mieć na lata będziecie!

P.S. Poradnik dla kakofonią pozorną tych nut przerażonych. Startujcie z pułapu Parastatic Twins, Widower, Gold Teeth on the Burn, by poprzez Chinese Whispers, Farewell Mona Lisa i Room Full of Eyes na kolejne poziomy wskakiwać. Winszując tym co się na to odważą życzę fascynującej przejażdżki tym rollercoasterem.

czwartek, 25 lipca 2013

The Dillinger Escape Plan - One of Us is the Killer (2013)




Że ja tych typów do zainteresowań swoich wrzucę do czasu Option Paralysis nawet przez moment bym nie przypuszczał. Ta kakofonia w ich wykonaniu poza możliwościami percepcyjnymi moimi leżąca w 2010 roku światełko nadziei w tym ciemnym tunelu zapaliła. Wśród bezlitośnie powyginanych dźwięków umieścili bowiem dużo więcej kompozycji, które o dziwo pochłonęły mnie bez reszty - wkręciły w świat zawieszony pomiędzy obłędem, a subtelną ciszą. Kapitalny kierunek zainicjowany apetyt na więcej w przypadku kolejnego materiału rozbudził i czekać kazał aż trzy lata na jego zaspokojenie. Niestety ;) Dillinger pozostał Dillingerem i w grono szlachetnych pereł znów wtłoczył zbitą masę nie do końca zrozumiałej nawałnicy. Jednak postęp zarówno ilościowy jak i jakościowy udziałem One of Us is the Killer, bowiem w porównaniu do starszych albumów zdecydowana większość materiału każe mi przyklęknąć w akcie poddaństwa, cieszyć się kontynuacją zainicjowanej na Option Paralysis linii większej przystępności, przy jednoczesnym zachowaniu ducha charakterystycznej kombinatoryki. Takie maestrią przesiąknięte majstersztyki, że pozwolę sobie z nabożną czcią je wymienić: Nothing's Funny, Paranoia Shield, Crossburner, The Threat Posed by Nuclear Weapons, tytułowy i ten cyfrowy o tajemnym szyfrze, kołyszą na zmianę i pobudzają pozwalając grupie zbliżyć się na krok od fenomenu Faith No More! A nikt, podkreślam NIKT do tej pory nie był w stanie podejść pod ten Olimp na tyle blisko. Szkoda jedynie, że irracjonalne dla mnie przywiązanie do efektownej ale nie efektywnej wirtuozerii zahamowało pełną ewolucje w jedynie słusznym kierunku, czego skutkiem drugi fascynujący, lecz nie do końca odkryty (jeszcze?) album ucieczki Dillingera w mojej kolekcji :) Pozostanę wciąż w nadziei, iż przełom nadal możliwy, może już w zasięgu kolejnego materiału. Nie mogą przecież tak w nieskończoność marnować takiego przebojowością naznaczonego talentu! ;)

P.S. Tak wiem! Niektórzy twierdzą - od ŻE nie rozpoczynamy zdania lub NIE JEDZ gorącego ciasta drożdżowego, wpieprzając jednocześnie gorącą pizze, a ja rozpoczynam i jem! I co mi zrobicie? ;)

Drukuj