Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Wajda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Wajda. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2026

Tatarak (2009) - Andrzej Wajda

 

Smutne granie i smutne kręcenie. Kręcenie na podstawie prozy Iwaszkiewicza - quasi filmowe kręcenie. Wygląda bowiem bardziej na ograniczone finansowo, dość ubogie stylistycznie klimaty telewizyjnego plenerowego teatru telewizji, niż kino wielkiego formatu, zrobione przez legendę polskiej kinematografii. Dziwnie, nieudanie twierdzę, eksperymentalnie zaprojektowany, z para dokumentalnym/reportażowym częściowo wnętrzem (film w filmie), z wplątanymi osobistymi monologami Jandy w monodramatycznym tonie. Niespójny przez taki zabieg - robiący wrażenie formalnego nieporozumienia i emocjonalnej wydmuszki, bez właściwego poruszającego do głębi wypełnienia, bo bez rzeczywistej, przekonującej charyzmy, bezpłciowo przekombinowany. Kwestia jeszcze równolegle przekonania do tak zmanierowanego oblicza aktorskiego i wiarygodności tak zainscenizowanej samej historii. Janda się stara, odkrywa trudną intymność, odsłania się lub ją sprzedaje (kwestia dyskusyjna), jednak nie potrafi się wznieść ponad irytująca histeryczną (ten jej śmiech) i egzaltowana dramatyczność, którą trudno znieść i tym samym ciężko wybaczyć Wajdzie, że w takie z sercem ale bez emocjonalnej autentyczności granie bezkrytycznie wszedł - jako wytrawny reżyser tegoż nie powstrzymał. Dużo się dyskutowało, nadal gdy ktoś pozna to się zamyśla nad jakością, czy uzasadnieniem tak motywowanego konceptu Tataraku i te zdania są mocno podzielone. W moim przekonaniu sprawdziłby się i oddziaływał, gdyby był sprowadzony jedynie do osobistego życiowego dramatu Jandy, lub sam w sobie stanowił wytrawniejszą pod względem artyzmu adaptację fundamentu. Ponadto mnie sterylność tego wypolerowanego obrazu przeraża, odwracając uwagę i nie pozwala na skupienie się na treści. Odpycha bez artystycznego sznytu wizualnego maniera, wiedząc że dla Wajdy mniej ważna była od niego treść, w której ważne psychologicznie rozważania o śmierci i przemijaniu, pustce i jej wypełnianiu pozostawia widzowi do analizy. Przytaczając słowa samej legendy - "stary reżyser próbuje szukać jakiegoś spotkania tradycyjnie opowiedzianej fabuły z sytuacją, w której film powstaje". Próbuje, ale niestety z mizernym efektem.

piątek, 28 czerwca 2024

Popioły (1965) - Andrzej Wajda

 

Jak zjawiskowo urodziwa i słodka była Pola Raksa, tutaj chyba w pełni okazałości widać najbardziej. Kobiety zazdrościły, męska część widowni chóralnie wzdychała i nie uwierzę, iż jej naturalność dzisiaj również nie wywołuje w płci brzydszej podobnych reakcji. Jak to jest zniewalająco szlachetnie zagrane i jak bardzo widzowi (mnie na przykład) niespecjalnie na szczęście kojarzy się z późniejszymi epickimi historycznymi dziełami Hoffmana, bowiem jest taki sposób interpretowania literatury narodowej znacząco bardziej wyrafinowany i dodatkowo w czerni i bieli takiej wyrazistej, że koloru mimo wszystko (podobno Wajda żałował, że nie zdecydował się na kolor) dla barwnej ekspozycji mu nie brakuje. Jaki to jest muzyczno-wizualny żywioł i jakie choreograficzne złoto z teatralnym deklamacyjnym afektem. Z porywającą scenografią, wizualnie obraz przepiękny, gdyż jak ta wieś sielsko-anielska na człowieka oddziałuje oraz jak dla odmiany czy kontrastu te sceny batalistyczne szarpią. Popioły zaadaptowane przez Wajdę jak doczytałem wzbudziły sporo dyskusji, jakoby to zostały uwspółcześnione, stając się tym samym politycznym dramatem „zawiedzionych nadziei i straconych złudzeń”. Posiadają (dla mnie na przykład) obecnie jednak wymiar dość daleki od cech polityczno-historycznych zasugerowanych powyżej, być może po trosze w zgodzie z przekornymi tak intencjami Wajdy, jak i oczywistym takimż efektem uzyskanym, bowiem oglądałem oczywiście jako ambitną próbę spojrzenia na wspomnianą literaturę narodową inaczej niż polityczna poprawność tak czasów na szczęście już minionych, jak okazuje się także paradoksalnie (hip hip hurrra narodowa duma we krwi skąpana) współczesnych by nakazywała. Wajda ukazał na tymże przykładzie, korzystając z intelektualnej prowokacji tragizm aspiracji wolnościowych, jakie „przekształciły się we własne przeciwieństwo”. Poszedł więc poniekąd pod prąd i się chyba naraził tym którzy w romantycznym męczeństwie narodowym widzą więcej piękna niż w zjawiskowej urodzie Poli Raksy. Nie-do-wiary! 

P.S. Gdyby były podejrzenia że nie cenię Jerzego Hoffmana "życiówek", to proszę się tak nie mylić, bo historyczne kino rozrywkowe także ma prawo istnieć, a szczególnie kiedy posiada taki aktorsko-scenograficzny rozmach jakim Hoffman go naznaczył. 

piątek, 12 kwietnia 2024

Brzezina (1970) - Andrzej Wajda

 

Udźwiękowienie kwiczy, ale poniekąd na przekór tezie aż przesadnie czuć że jesteśmy na wsi pośród lasów, bo ptaszorów trele, prawie zagłuszają dialogi bohaterów. Może od strony malarskiego (Malczewski inspiracją) wyeksponowania wiejskich warunków i przyrodniczych okoliczności wygląda dobrze, to już ponad estetyczne zamierzenie można mu sporo zarzucić, bo mam wrażenie, iż jednak mimo pochwał na jakie wpadłem dla autorów zdjęć, światło słabo współpracujące z operatorem kamery, który mając do dyspozycji kawał potencjału ubogo warsztatowo rzuca okiem obiektywu na postaci, a już w kwestii zbliżeń jest tak daleko jak tylko chyba było można od dzisiejszej operatorskiej maestrii i przede wszystkim montaż jakiś taki toporny. Aktorsko natomiast mam mieszane uczucia, bo raz ta estetyka gry specyficzna i nijak ze współczesną do której człowiek naturalnie przywiązany podobna, a dwa przecież Olbrychski ze swoją podnietą w głosie, swoimi mimicznymi grymasami i spojrzeniem przecież nie może być obiektywnie krytykowany, a silą rzeczy wymuszona wesołkowata chłopięcość groteskowo rudego Łukaszewicza, w kontrze do wyniosłej zgorzkniałej surowości Olbrychskiego, też nie może być określona jako anty zaleta. Jest tu ta kameralna teatralna atmosfera, jest potężnie przygnębiający nastrój, jest silny wyzywający pierwiastek zmysłowości, a może nawet (uwaga he he mocne słowa) lubieżności, wyuzdania i jest psychologiczna prawda, myślę trudna do podważenia oraz puenta, “opowieść o tym, że pełni nienawiści do świata największe pretensje mamy do siebie samych” do refleksji zdatna, ale forma produkcji niemal półamatorskiej psuje wiele i nie pozwala myślę mi odczuć Brzezinę w pełni z perspektywy skupienia się na rozpracowaniu jej tematu. Mocno mnie rozprasza najzwyczajniej owa niedoskonałość poza merytoryczna, choć etnograficzna i miłosna poetyckość zaiste uduchowiająca, sceny mocne, w pamięć zapadające, ale żeby to tak licho technicznie zrobić, to o pomstę do nieba można wołać. Przechodzę zatem niejako obojętnie obok brzozowych (brzezina - drzewostan niemal czysto brzozowy z wyraźną przewagą brzozy omszonej nad brodawkowatą) dramatów Stanisława i Bolesława. Zapamiętam jeno młodziutką Emilię Krakowską, tudzież że jednemu paniczowi nutki z wielkiego miasta uśmiechnięte, aż do ząbków wyszczerzania, a drugiemu dramatyczne, podniosłe nieznośnie kompozycje. Jednemu śmierć, ale zanim jeszcze życia ile możliwe, drugiemu być może długie życie przeżyte po rozpaczy, we frustracji i złości, więc co to za życie. Nie wiem, obaj wrażliwi, a tak zupełnie inni - intrygujące u podstawy, ale czy Wajda tego nie zawalił, czy Iwaszkiewiczowi przede wszystkim ta adaptacja do gustu przypaść mogła?

poniedziałek, 25 marca 2024

Pokolenie (1954) - Andrzej Wajda

 

To zawsze, za każdym wciąż razem niezwykłe doświadczenie, widzieć całą tą plejadę twarzy aktorskich znanych człowiekowi, ale znanych niemal wyłącznie w tym już dla siebie zaawansowanym wieku. Tutaj natomiast ikony mają szczenięce jeszcze twarzyczki i poza tym zawsze mnie uderza ciężar historycznego znaczenia, kiedy oglądam film uznanego reżysera z gigantycznym przez lata uzbieranym zawodowym dorobkiem, nakręcony akurat na samym starcie jego, jak się okaże pełnej sukcesów kariery. Pokolenie to pierwszy długi metraż Andrzeja Wajdy i dzieło zespołowe debiutanckie w zasadzie, w którym niby widać charakter rozpędzającego się kina z lat 50-tych, a które niejednokrotnie mogło być jeszcze mocno naznaczone charakterem kinematografii przedwojennej (szczególnie w kwestii operatorskiej i montażowej), ale mentalnie jest już obrazem wybiegającym poza dotychczasowe, typowo martyrologiczne kino dramatyczne. Obrazem też mocno politycznym i doskonale oddającym konteksty czasu w jakim powstał, odnosząc się dojrzale ale i wręcz erudycyjnie do okupacyjnej rzeczywistości o jakiej opowiada. Jak zawsze i wszędzie, do cholernego końca tego łez padołu ideologia i religia w centrum. Wyzysk pato-kapitalistyczny, a w jego kontrze zagospodarowane utopijne myśli marksistowskie, przemieszane z walką z okupantem nazistowskim i wyzwoleniem prostego robotnika z niewolniczych kajdan, ale i właśnie też religijność, wiara dodająca ducha, ale i stojąca ona w sprzeczności z socjalistycznym wyrugowaniem Boga z przestrzeni i z głów tegoż prostego animowego ludka. Uniwersalna treść pomimo wszystko także z dzisiejszej perspektywy - człowiek wolny w złożeniu teoretycznym, a zniewolony jednak w praktycznym, gdy każda, nawet najbardziej szlachetna idea wypaczana przez chciwość i pokusę władzy, jakiej człowiek powszechnie ulega. Uważam że pomimo drobnych wad związanych przede wszystkim z młodzieńczym wciąż zapałem, jakiemu brak naturalnie w dobrym znaczeniu wyrachowanego doświadczenia, Pokolenie jest wielkim filmem. Poniekąd jeszcze staroświeckim, bo praca ekipy oparta przede wszystkim na akademicko przyswojonym warsztacie, więc i przez brak pełnej autorskiej odwagi i wprawy może nieco ciosany, ale wchodzący widzowi pod skórę (mimo że to dramat bez totalnej depresyjnej aury) nie mniej niż współczesne, więc mocny dowód, iż Wajda od początku potrafił i miał intuicyjne czucie filmowej materii. Zgadzam się bez dyskusji, iż Pokolenie jest dziełem wybitnym, opowiadającym przejmująco o ludziach zupełnie inaczej niż współcześni poddawanych dla odmiany prawdziwej gigantycznej presji - ciśnieniu nieprawdopodobnemu. Debiutanckie dzieło, wbrew pozorom jednak nowatorskie, o pokoleniu któremu odebrano beztroskę i siłą poczucia misji narzucono zbyt szybką przemianę duchową. Bowiem młodzieńczość, to entuzjazm i naiwność, a w efekcie ofiary.

środa, 15 lutego 2023

Wszystko na sprzedaż (1968) - Andrzej Wajda

 

Na początku (i w sumie w trakcie także) nie bardzo rozumiałem o co chodzi, bo na przykład wstęp wybitnie chaotyczny (a i im dalej także ten nieznośny bałagan myśli panuje) - nagle na otwarcie z konwencji lekko niepoważnej natychmiast przeskakujemy do dramatu i niemal tragedii, a okazuje się że to dwie sceny kręcone do filmu w filmie. Taki myk - mnie nie porwał niestety. Aktorzy są tu typowo jak u Wajdy w zbyt egzaltowanym, a przede wszystkim sprawiającym wrażenie improwizacji stylu kręceni, więc dialogi charakteryzują się niby jakimś autentyzmem (nazwę to nieporadnie) człowieka danego miejsca, czasu i zawodu, ale też męczą czymś w rodzaju (hmmm... szukam określenia) karykaturalnej wręcz błazenady, i to jeszcze bardziej niż zazwyczaj bywało, kiedy reżyser pozwalał sobie tej dyskusyjnej metody nadużywać. Nie jestem wielbicielem takiej charakterystyki, także manieryzmów podobnych, bo mam wrażenie że one zawsze powodują rodzaj niepotrzebnej, bo psującej artystyczny wymiar "performansowej" niechlujności i nonszalancji, a ja nie rozumiem jaka w tym tkwi filozofia - w skrócie nie wiem po co one szczególnie w nadmiarze? Dramatyzm staje się wówczas paradoksalnie sztuczny i nawet wielcy aktorzy (a ich przecież tutaj Wajda zatrudnił wielu) wypadają wręcz groteskowo. Ogólnie pomysł na scenariusz akurat jak po grudzie odsłania sens i logikę, więc gdybym się nie podparł ratunkowo wiedzą ze źródła, to napisałbym tylko że ta chaotyczna akcja kręcona przez filmowców kręcących innych filmowców jest najzwyczajniej słaba, a film bodajże o miłości i histerycznej potrzebie o nią zabiegania to straszliwa watopodobna ściema. Natomiast mądrzejsi dają do zrozumienia, że on o pasjach, namiętnościach i słabościach środowiska filmowego, a pretekstem do szerokiego spojrzenia na przywary tej grupy zawodowej/artystycznej jest tragiczna śmierć aktora i pozostawienie przez niego po sobie echa własnej aktorskiej legendy, a sama inspiracja pochodzi wprost z relacji Wajdy z tragicznie zmarłym Cybulskim i tym samym mamy do czynienia z totalnym przesytem osobistych uczuć i znanych tylko zaangażowanym kontekstów. Tak czy inaczej (czy jest tu intrygująca koncepcja, a przede wszystkim istotna dla niej sprężyna) Wszystko na sprzedaż to nie mój typ, bo praktycznie konstrukcja bez napięcia, sceny napędzane temperamentem ale mimo to bez w sumie emocji i wszystko takie (pozornie albo niepozornie - już sam nie wiem) niespójne, że aż irytujące. Ambitne zapewne, bowiem Wajda z tej ambicji słynący, ale chyba nieudane jednak - chociaż zawodowi krytycy coś w nim jak właśnie doczytuję widzą.

P.S. Jak obejrzałem to skojarzyłem sobie dopiero po czasie ze słynną Wajdy anegdotą o aktorach, że "przyjdą i wszystko spieprzą" - wtedy zrozumiałem poniekąd dlaczego (być może) on ich tak tutaj karykaturalnie potraktował. 

poniedziałek, 13 lutego 2023

Polowanie na muchy (1969) - Andrzej Wajda

 

Satyryczny film Andrzeja Wajdy, to coś niecodziennego. Zabawny i lekki, bo daleko on od nadętego dramatu, więc dlategóż dość rożny od tego co zazwyczaj Wajda widzowi proponował. Bardzo uniwersalny, bowiem z przesłaniem równie aktualnym i dzisiaj - o rodzinie i kryzysie męskości wieku średniego. O kobietach równocześnie - tych szczególnie, które potrafią swoim czarem fizycznymi ale i intelektualnym obyciem wraz z nieskrępowaną pogodą ducha w życiu mężczyzn intensywnie namieszać. Film z doskonałą obsadą bardzo charakterystycznych twarzy i jeszcze bardziej ich głosów, które jeszcze mojemu pokoleniu z miejsca się kojarzą. Braunek, Malanowicz, dwie Skarżanki i Olbrychski, a dokładnie powiązany z nimi znakomity aktorski warsztat robi robotę, ponadto całkiem naturalne dialogi i chyba ówcześnie dość odważna koncepcja oraz nowoczesna forma, śmiało czerpiąca inspiracje z europejskiego kina obyczajowego. Same napisy początkowe i muzyczna ilustracja pięknie w klimat wciągają i odsuwają obawę o obcowaniu z filmem przesadnie artystycznie megalomańskim czy przeintelektualizowanym, zarzucając takiż ambitny koncept na rzecz formy wartościowej merytorycznie, lecz przystępnie i zgrabnie skonstruowanej oraz trafnie korespondującej tak z tematem jak i z ówczesnością. Czuć klimat kina francuskiego, ale nikt tu niczego na siłę pod obcą mentalność nie podciąga, nikt niczego nie udaje i jest dzięki temu wciąż bardzo nasze polskie, pomimo iż pokazujące zachowania i konteksty poniekąd nowocześnie zachodnioeuropejskie. Może i Polowanie nie zdobyło wielkiego poklasku i od premiery panowało przekonanie, iż Wajda niekoniecznie fantastycznie odnajduje się w konwencji kina prześmiewczo analitycznego, szukając elementów satyrycznych w zbyt grubo ciosanej karykaturze i nie potrafiąc wychwytywać i przekazywać zawsze najciekawszych niuansów wyczytywanych pomiędzy wierszami. Mimo (także przez samego reżysera) podnoszonych uwag krytycznych, wyszło bardzo przyzwoicie, a ta próba wyrwania się Wajdy z szufladki kina zaangażowanego politycznie i historycznie nie jest kompletną porażką.

niedziela, 14 lutego 2021

Bez znieczulenia (1978) - Andrzej Wajda

 

Dramatyzm poszczególnych, wypchniętych z równego szeregu scen robi wielkie wrażenie, a aktorstwo nawet jeśli jest w nich mocno teatralnie archaiczne, to do jasnej cholery w moim przekonaniu w tych miejscach odnajduje się znakomicie. Mam tutaj na myśli te wszystkie fragmenty z podsycanymi emocjami, natomiast między nimi narracja płynnie łączy poszczególne uczuć natężenia i doskonale ukazuje złożoność opowiadanej historii. To nie jest suche przedstawianie kolejnych faktów, lecz soczyste filozoficznie i autentyczne psychologicznie jak się wydaje relacjonowanie zachowań człowieka w obliczu sytuacji wymagającej zachowania rozsądnego emocjonalnego dystansu i inteligentnej rozwagi. Choć Wajda nie pochyla się nad każdym z drobiazgów w zaburzonych relacjach bohaterów i nie próbuje wejść w rolę terapeuty, jako świetny analityk i znakomity twórca filmowej sztuki potrafi celnie skupić się na kwestiach ważnych i ważniejszych. Dodaje do wartości treści także pierwiastek intelektualnego spojrzenia na sytuację, innymi słowy myślę że stara się ukazać prymat wartości wymiaru duchowego związku nad kwestią realizacji potrzeb podstawowych - mieszkanie, samochód, ogólnie byt materialny. Rozumiem że takie moje spojrzenie i próby tak pretensjonalnie ambitnego ubrania refleksji w słowa wiąże właśnie z charakterem spostrzegania specyfiki merytorycznej scenariusza i praktycznej warsztatowej pracy. Gdyby coś, mogę jednak alternatywnie napisać że On (Redaktor) był zainteresowany własnymi ambicjami i zakochany w sobie, a Ona (Redaktorowa) była rozpieszczana materialnie i porzucona emocjonalnie. Dlatego to jebło, a Wajda niepotrzebnie podsyca polityczne konteksty i oczami bohatera spostrzega i umysłem jego rozbija na atomy to, co jest przecież proste. To film straszliwie intelektualny i potwornie nadymany perspektywą Pana Redaktora. Niby widz Redaktora rozumie i sympatię w jego stronę kieruje, ale ten bezpośredni i zimny stosunek do sprawy Pani Redaktorowej nie jest pretensjonalnym, a przez to wydaje się znacznie bardziej prawdziwy - szczególnie gdy coś w niej zaczyna pękać, a jednak nie rozkrusza się ostatecznie. Ciekawe czy o to Wajdzie chodziło i taki efekt w zamierzeniach chciał uzyskać? Dwie perspektywy mam, tą która powinna naturalnie zjednać moją sympatię i ta druga zasługująca w oczywisty sposób na pogardę. Dziwnie ta zimna bardziej mnie przekonuje. 

P.S. Dwufazowa scena finałowa - pięknie oddająca groteskowość sytuacji, straszliwy cynizm prawniczy i zamykająca ją prawda o każdego człowieka wobec starcia z bezdusznym systemem bezradności. 

czwartek, 26 lipca 2018

Niewinni czarodzieje (1960) - Andrzej Wajda




Czytam właśnie biografię Krzysztofa "Komedy" Trzcińskiego, stąd determinowany bieżącą fascynująca lekturą, po latach nieskutecznych podejść w końcu do pokaźnej już listy poznanych klasyków Niewinnych czarodziejów Andrzeja Wajdy dopisałem. Naturalnie dzięki imponującej pracy archiwizacyjnej Magdaleny Grzebałkowskiej dowiedziałem się, iż może nie bezpośrednio, ale jednak pomysł, a dokładnie postać kreowana przez Tadeusza Łomnickiego inspirowana była właśnie osobą Komedy. Nawet jeśli jak pisze Grzebałkowska Łomnicki nie grał Komedy, to próbował być jak on. Sugeruje to wygląd fizyczny (kolor włosów, sposób uczesania), dyspozycje psychiczne i osobowościowe Bazylego, wykonywany zawód, przede wszystkim zaś jazzowa pasja, jak i liczne atrybuty związane z przedmiotami, zarówno w tle jak i na pierwszym planie się pojawiające. Więcej, z tego co pamiętający okres przygotowań do produkcji dodają, Łomnicki w owym czasie zaprzyjaźnia się z Krzysztofem Komedą, odwiedza go w domu, obserwuje przy pracy, jasno i wyraźnie fascynuje się postacią młodego jazzmana. Nie da się zatem uciec od przekonania, iż nie bezpośrednio lecz poprzez liczne sugestie jest to film nie tylko o rodzącym się środowisku intelektualnym mocno powiązanym z jazzem, ale rzecz o jednym z czołowych jego animatorów. W doskonałej młodej i energetycznej obsadzie obok Tadeusza Łomnickiego pojawia wiele postaci powiązanych z szeroko rozumianą kulturą. W epizodycznych rolach Kalina Jędrusik, Jerzy Skolimowski, Roman Polański i będący już wówczas na najwyższym topie Zbigniew Cybulski. Lecz nie oni, choć znakomici oczywiście z racji ról dalszoplanowych w głównym stopniu nadają ton aktorskim popisom. Niewinni czarodzieje to koncert na dwoje - aktorkę i aktora. Przeuroczą w swej błyskotliwości i zadziorności Krystynę Stypułkowską, która myślę, że z dużą stratą dla polskiego kina nie związała swojej zawodowej przyszłości z X muzą i Tadeusza Łomnickiego, który dla odmiany dzięki filmowej kamerze i teatralnym deskom zdobył gigantyczną sławę i uznanie, zapisując się złotymi głoskami w historii polskiego kina. Chociaż technicznie, w sensie realizacyjnym sporo Niewinnym czarodziejom z perspektywy obecnych możliwości brakuje, to jednak nadrabiają tym co stało się we współczesnym kinie towarem deficytowym, czyli urzekającą naiwnością w tandemie z pasją najczystszą. Uroczy, poniekąd poetycki - zmysłowy, romantyczny i sentymentalny, wreszcie czarująco niewinny to obraz. Wyjątkowo klimatyczny i świadomy obraz nocnego życia stolicy oczami pierwszego powojennego inteligenckiego pokolenia. Jego zgrywy, podrywy i serca porywy. Inaczej pisząc dobra zabawa na miarę możliwości i okoliczności - z klasą i kulturą. :) W teatrze dwóch aktorów, w teatrze intelektualnych i emocjonalnych masek niebanalnie o miłości, w której ważniejsze niż fizyczne zbliżenie, jest zbliżenie duchowe i intelektualne. Z doskonałą muzyką autorstwa Krzysztofa Komedy i z imponującymi erudycją dialogami. Kino ubogie technicznie, ale co szczególnie wartościowsze przebogate duchowo.

wtorek, 24 stycznia 2017

Powidoki (2016) - Andrzej Wajda




Sytuacja niecodzienna, bo oto dotarłszy do kina studyjnego zastaje pełen hol widzów oczekujących na seans i łutem szczęścia tylko, zakupić mi się udaje ostatni wolny bilet. Zasiadam więc na skrajnym fotelu i spoglądając z niedowierzaniem na salę wypełnioną do ostatniego miejsca, w zaledwie chwilę później zostaje przeniesiony w mroczny socrealistyczny świat, z pietyzmem odtworzony przez Andrzeja Wajdę. Obserwuję dramatyczne losy artysty prawdziwie niepokornego, bo wiernego nie tylko wyznawanym zasadom i wartościom, ale przede wszystkim pozostającego autonomicznym człowiekiem, nawet w czasach, gdy indywidualizm i człowieczeństwo zastąpione zostało ideami kolektywu - ograniczone cynicznie do pustych haseł na krwistoczerwonych sztandarach. Pod względem technicznym, w konfrontacji ze współczesnymi produkcjami Powidoki wypadają do bólu klasycznie, z tym kameralnym teatralnym charakterem, zarzuconym napięciem na rzecz silnie odczuwalnej emocji i merytorycznej zawartości, która czytelna tylko dla tych którzy dostrzegają kontekst, tło i drugie dno, odnoszące się niemal w sposób proroczy do współczesności i przyszłości. Oto mianowicie ideologiczny obłęd nie jest li tylko daleko majaczącym za nami historycznym wspomnieniem. On obecnie w równie intensywnym natężeniu, lecz jeszcze o ograniczonych możliwościach oddziaływania próbuje łamać myślącym inaczej kręgosłupy, narzucając tylko jeden punkt widzenia, niszcząc z zawziętością najistotniejszy walor pracy artystycznej. Wolność twórczą, w znaczeniu względnej niezależności od politycznych koniunktur, która materializuje się w sztuce jako między innymi powinność artysty wobec niej samej. Subiektywnemu spojrzeniu równoprawnemu innym, kształtującemu tożsamość i generującemu szerokie, bo także krytyczne spojrzenie na rzeczywistość. Z pewnością to nie jest największe dzieło Wajdy, ale któż spodziewał się, iż w tak podeszłym wieku mistrz nakręci swoje opus magnum. Dla mnie ważne jest, iż Wajda zrehabilitował się w pełni za obiektywnie rozczarowujący film o Wałęsie i zamknął swój bogaty dorobek obrazem solidnym pod względem artystycznym i wybornie dojrzałym merytorycznie. Najistotniejsze natomiast, iż pozostawił testament dla potomnych, w którym przestrzega i podpowiada. Nienachalnie aczkolwiek odpowiednio sugestywnie i tylko od nas zależy, czy będziemy w stanie dostrzec tego mentalnego wirusa kierującego nas w stronę ideologicznych tęsknot. One dzisiaj konstruowane w opozycji do tych komunistycznych, tak naprawdę w wymiarze psychologicznym czy socjologicznym oparte na bliźniaczych podstawach i pokusach. 

piątek, 21 października 2016

Popiół i diament (1958) - Andrzej Wajda




Zgłaszam nieprzygotowanie, uderzam się mocno w pierś i ze wstydu nisko pochylam głowę. Liczę na wyrozumiałość, bo tak orientuje się pół na pół we wczesnych dokonaniach mistrza. Na marne usprawiedliwienie mam wyłącznie fakt, że ogólnie maniera aktorska kina szczególnie tego powstałego do późnych lat sześćdziesiątych od zawsze mi nie leżała, pozbawiając mnie pełnej przyjemności z obcowania także z najbardziej cenionymi klasykami z tego okresu. Znam większość z nich fragmentarycznie, bo upór telewizji publicznej dawał nieraz okazje do zmierzenia się z nimi. Niestety wytrzymanie wszystkich rund ze przestylizowaną klasycznie sceniczną teatralnością w moim przekonaniu graniczyło z cudem. Teraz jednak zmotywowany okolicznościami, chcąc należny hołd wybitnemu reżyserowi złożyć uparłem się że wczesny dorobek Andrzeja Wajdy zgłębię i na początek los podsunął mi pod nos Popiół i diament. Zatem uprzejmie donoszę po odbytym w skupieniu seansie (tak, w końcu się udało) co następuje. Rok 1958, czyli głęboka komuna, a tu taka produkcja powstaje i zostaje przepuszczona przez sito cenzury – zadziwiające, prawda? Jak się okazało, część towarzyszy z partyjnymi legitymacjami, to byli ludzie nieprzemieleni doszczętnie przez propagandę, na szczęście nie w pełni związani ideologicznymi przekonaniami z ówczesną linią – a i nieco stopniało radykalne zaangażowanie twardogłowych po wydarzeniach z października roku 1956, pozwalając niestety na wyłącznie chwilowe poluzowanie więzów. Sprzyjające okoliczności zatem Wajda z ekipą wykorzystał sprytnie, by kontrowersyjne treści z wymaganym umiarkowanym radykalizmem (wiem, że to oksymoron) ukazać. Zrobił to z faktograficzną precyzją i artystycznym zacięciem, a przede wszystkim emocjonalną siłą. Z tych trzech składników wielkie kino stworzył, a niebagatelna w tym zasługa całej plejady wybitnych aktorskich indywidualności (zaprzeczam sobie/manierę doceniłem) na których tle debiutujący w roli pierwszoplanowej Zbyszek Cybulski wypada jednocześnie zadziwiająco barwnie i kontrastowo amatorsko. Chociaż posiadający odpowiednie przygotowanie merytoryczne Cybulski to nie samouk, taki wyrwany z ulicy zwyczajny naturszczyk, to jednak w sposobie gry zupełnie odmienny. Magia jego nie tkwi w klasycznie ukształtowanym warsztacie, tylko w ogromnej wyobraźni i może przeładowanej egzaltacją, ale trafiającej do serca emocjonalności. Nie są to przecież gesty jedynie wystudiowane, a wynikające z jego natury i mentalności (tutaj spekuluję), stąd tak postrzegana postać Maćka Chełmickiego może być odbierana jak wtłoczona w anturaż epoki nieco przekornie, z premedytacją, by podkreślić jej istotną rolę. To ciekawe posunięcie, zapewne mające na celu uwypuklenie kontrastu pomiędzy przedwojennym aktorskim pokoleniem, a młodzieńczą finezją nowej fali, tłamszoną z uporem komunistycznym marazmem - James Dean na miarę socjalistycznych możliwości? Tym sposobem Wajda genialnie zarysował labilną dyferencję między romantycznym idealizmem, a dojrzałym pragmatyzmem, które nie zawsze powiązane z wiekiem jednostki. Nadchodzący okres moralnej anomii to czas z rodzącymi się karierami prostackich dygnitarzy, cynicznych propagandzistów, zachłyśniętych możliwościami ideologicznych architektów, oddanych sprawie dogmatycznych utopistów lub też (i to jest właśnie walor filmów Wajdy) szlachetnych postaci, które jedynie w skomplikowanej historii zaplątane po stronie nieodpowiedniej się znalazły. W tym powojennym politycznym chaosie nic nie jest jasne i oczywiste, wszystko zaś zawiłe i pokorę u wartościujących wzbudzające. To obraz który nie jest bajeczką, w której prosty podział na zło i dobro dostarcza łatwego utożsamiania się z postaciami, chociaż spostrzegany bez odpowiedniej znajomości historii może być niestety zbyt dosłownie odebrany. To już jednak nie wina Wajdy.

P.S. Dla pełnego kontekstu uzbroiłem się w wiedzę pochodząca od samego mistrza, który wielokrotnie z pasją opowiadał o historycznym tle powstania ekranizacji powieści Jerzego Andrzejewskiego.

czwartek, 27 marca 2014

Wałęsa. Człowiek z nadziei (2013) - Andrzej Wajda




Brak dyscypliny czy żelaznej konsekwencji rządzi, gdy forma obrazu niestabilna, a obok wyśmienitej roli Agnieszki Grochowskiej i nieco przerysowanej aczkolwiek warsztatowo świetnej kreacji Więckiewicza, zupełnie amatorsko kanciaste role epizodyczne się pojawiają. Dodatkowo kompletnie nieudolnie sklejone fragmenty archiwalne o dokumentacyjnej wartości z tymi fabularnymi dość rozczarowujące wrażenie pozostawiają. Nie chce się wierzyć, że dzisiejsza technika sprawniej nie jest w stanie obrobić współcześnie nakręconych zdjęć, by w naturalny sposób archiwalia przypominały. Ktoś tu zawalił, ktoś tu tego nie dopilnował! Czepiam się może szczegółów, jednakowoż one całkowicie odbiór obrazu zakłócają i w moim subiektywnym przekonaniu ogromnie wartość estetyczną obniżają. Forma nawiązująca w oczywisty sposób do Człowieka z marmuru i Człowieka z żelaza w tym przypadku zmontowana w nieprzekonujący sposób, a próba oddania buntowniczych nastrojów za pomocą punk-rockowych standardów z epoki zupełnie nienaturalna. Kiedy to już myślałem, że teledysk tego pana z jamajskim zacięciem tak prostacko promujący produkcje szczytem braku wyczucia atmosfery ówczesnej walki, ta próba bycia na siłę przez pryzmat muzyki rebelianckim niemal tego żenującego poziomu sięgnęła. Sporo oczywiście po Człowieku z nadziei oczekując, rozczarowany w dużym stopniu jestem, jednakże ocena finalna jednoznacznie negatywna być nie może, gdyż pośród kilku wpadek ewidentnych sporo Wajdzie też się udało. Podstawą ewolucja osobowości Wałęsy co kapitalnie w charakterystycznej manierze słownej widoczne. Kiedy to skromny robotnik przerażony okolicznościami stopniowo trybunem ludowym się staje, a jego pewność siebie i samoocena gwałtownie rośnie, by wartości optymalne arogancko zanotować, irytując tak okrutnie. Brak samokrytyki barierą w poprawnych stosunkach z ludźmi, jednakowoż ta nader uparta konsekwencja działania i nie do złamania przekonanie o własnej szczytnej misji (religia tu swoje piętno odcisnęła w przekonaniu o mojżeszowej naturze) rolę niebagatelną w walce z aparatem państwowym odegrała. Gdyby nie ona kto wie w jak ciemnej dupie realnego socjalizmu dzisiaj byśmy tkwili. Był Wałęsa, a za nim tysiące mniej lub bardziej anonimowych bohaterów. On wyszedł na czoło lub na nie został wypchnięty chwałę zbierał, ale i przed cięgami się nie uchylał. Nie będę zatem jak to modne w ujadających środowiskach Wałęsy ganił, bo nie podlega dyskusji, że rola jego w kluczowym przesileniu istotna, sama postać kontrowersyjna, bez względu na detale – nadal zasłużenie ikoniczna. Zadajcie sobie proszę pytanie – ilu z was tak uczciwie byłoby stać w tych trudnych okolicznościach na takie zaangażowanie? Las rąk zapewne, odsetek obietnic zrealizowanych gdyby co marny. Mniejsza z tym, czas podsumować, bo już pewnie podkurwieni czytać przestali, a ci co zdanie podobne posiedli w racjach utwierdzeni. Nie zostałem z fotela wyrwany, porażony czy emocje moje nie były poddane większemu natężeniu podniety. Stąd w atmosferze wzajemnego zrozumienia stwierdzę, że takie wyidealizowane spojrzenie pewnie zobaczyłem, niemal hollywoodzką produkcję w polskich realiach umieszczoną, a że ja żadnym spiskowcem, czy teoretykiem spiskowej maniery spojrzenia na rzeczywistość nie jestem dlatego też pomijam wiele wątków. Nie moją rolą oceniać historyczne zawiłości, czy wrzucać trzy grosze do relacji rodzinnych Wałęsy. Są rzeczy nieweryfikowalne i są osobiste od których nam wara i kropka!

P.S. W tym miejscu kilka gorzkich słów prawdy jeszcze musi się pojawić, a odnoszą się one do osoby reżysera, którego dorobek imponujący, a kilka tytułów kanonem rodzimego kina. Z całym ogromnym szacunkiem dla Pana Wajdy nie potrafię odrzucić przekonania, że wiek  mistrza robi już swoje. :(

Drukuj