Smutne granie i smutne kręcenie. Kręcenie na podstawie prozy Iwaszkiewicza - quasi filmowe kręcenie. Wygląda bowiem bardziej na ograniczone finansowo, dość ubogie stylistycznie klimaty telewizyjnego plenerowego teatru telewizji, niż kino wielkiego formatu, zrobione przez legendę polskiej kinematografii. Dziwnie, nieudanie twierdzę, eksperymentalnie zaprojektowany, z para dokumentalnym/reportażowym częściowo wnętrzem (film w filmie), z wplątanymi osobistymi monologami Jandy w monodramatycznym tonie. Niespójny przez taki zabieg - robiący wrażenie formalnego nieporozumienia i emocjonalnej wydmuszki, bez właściwego poruszającego do głębi wypełnienia, bo bez rzeczywistej, przekonującej charyzmy, bezpłciowo przekombinowany. Kwestia jeszcze równolegle przekonania do tak zmanierowanego oblicza aktorskiego i wiarygodności tak zainscenizowanej samej historii. Janda się stara, odkrywa trudną intymność, odsłania się lub ją sprzedaje (kwestia dyskusyjna), jednak nie potrafi się wznieść ponad irytująca histeryczną (ten jej śmiech) i egzaltowana dramatyczność, którą trudno znieść i tym samym ciężko wybaczyć Wajdzie, że w takie z sercem ale bez emocjonalnej autentyczności granie bezkrytycznie wszedł - jako wytrawny reżyser tegoż nie powstrzymał. Dużo się dyskutowało, nadal gdy ktoś pozna to się zamyśla nad jakością, czy uzasadnieniem tak motywowanego konceptu Tataraku i te zdania są mocno podzielone. W moim przekonaniu sprawdziłby się i oddziaływał, gdyby był sprowadzony jedynie do osobistego życiowego dramatu Jandy, lub sam w sobie stanowił wytrawniejszą pod względem artyzmu adaptację fundamentu. Ponadto mnie sterylność tego wypolerowanego obrazu przeraża, odwracając uwagę i nie pozwala na skupienie się na treści. Odpycha bez artystycznego sznytu wizualnego maniera, wiedząc że dla Wajdy mniej ważna była od niego treść, w której ważne psychologicznie rozważania o śmierci i przemijaniu, pustce i jej wypełnianiu pozostawia widzowi do analizy. Przytaczając słowa samej legendy - "stary reżyser próbuje szukać jakiegoś spotkania tradycyjnie opowiedzianej fabuły z sytuacją, w której film powstaje". Próbuje, ale niestety z mizernym efektem.
czwartek, 26 marca 2026
piątek, 28 czerwca 2024
Popioły (1965) - Andrzej Wajda
Jak zjawiskowo urodziwa i słodka była Pola Raksa, tutaj chyba w pełni okazałości widać najbardziej. Kobiety zazdrościły, męska część widowni chóralnie wzdychała i nie uwierzę, iż jej naturalność dzisiaj również nie wywołuje w płci brzydszej podobnych reakcji. Jak to jest zniewalająco szlachetnie zagrane i jak bardzo widzowi (mnie na przykład) niespecjalnie na szczęście kojarzy się z późniejszymi epickimi historycznymi dziełami Hoffmana, bowiem jest taki sposób interpretowania literatury narodowej znacząco bardziej wyrafinowany i dodatkowo w czerni i bieli takiej wyrazistej, że koloru mimo wszystko (podobno Wajda żałował, że nie zdecydował się na kolor) dla barwnej ekspozycji mu nie brakuje. Jaki to jest muzyczno-wizualny żywioł i jakie choreograficzne złoto z teatralnym deklamacyjnym afektem. Z porywającą scenografią, wizualnie obraz przepiękny, gdyż jak ta wieś sielsko-anielska na człowieka oddziałuje oraz jak dla odmiany czy kontrastu te sceny batalistyczne szarpią. Popioły zaadaptowane przez Wajdę jak doczytałem wzbudziły sporo dyskusji, jakoby to zostały uwspółcześnione, stając się tym samym politycznym dramatem „zawiedzionych nadziei i straconych złudzeń”. Posiadają (dla mnie na przykład) obecnie jednak wymiar dość daleki od cech polityczno-historycznych zasugerowanych powyżej, być może po trosze w zgodzie z przekornymi tak intencjami Wajdy, jak i oczywistym takimż efektem uzyskanym, bowiem oglądałem oczywiście jako ambitną próbę spojrzenia na wspomnianą literaturę narodową inaczej niż polityczna poprawność tak czasów na szczęście już minionych, jak okazuje się także paradoksalnie (hip hip hurrra narodowa duma we krwi skąpana) współczesnych by nakazywała. Wajda ukazał na tymże przykładzie, korzystając z intelektualnej prowokacji tragizm aspiracji wolnościowych, jakie „przekształciły się we własne przeciwieństwo”. Poszedł więc poniekąd pod prąd i się chyba naraził tym którzy w romantycznym męczeństwie narodowym widzą więcej piękna niż w zjawiskowej urodzie Poli Raksy. Nie-do-wiary!
P.S. Gdyby były podejrzenia że nie cenię Jerzego Hoffmana "życiówek", to proszę się tak nie mylić, bo historyczne kino rozrywkowe także ma prawo istnieć, a szczególnie kiedy posiada taki aktorsko-scenograficzny rozmach jakim Hoffman go naznaczył.
piątek, 12 kwietnia 2024
Brzezina (1970) - Andrzej Wajda
Udźwiękowienie kwiczy, ale poniekąd na przekór tezie aż przesadnie czuć że jesteśmy na wsi pośród lasów, bo ptaszorów trele, prawie zagłuszają dialogi bohaterów. Może od strony malarskiego (Malczewski inspiracją) wyeksponowania wiejskich warunków i przyrodniczych okoliczności wygląda dobrze, to już ponad estetyczne zamierzenie można mu sporo zarzucić, bo mam wrażenie, iż jednak mimo pochwał na jakie wpadłem dla autorów zdjęć, światło słabo współpracujące z operatorem kamery, który mając do dyspozycji kawał potencjału ubogo warsztatowo rzuca okiem obiektywu na postaci, a już w kwestii zbliżeń jest tak daleko jak tylko chyba było można od dzisiejszej operatorskiej maestrii i przede wszystkim montaż jakiś taki toporny. Aktorsko natomiast mam mieszane uczucia, bo raz ta estetyka gry specyficzna i nijak ze współczesną do której człowiek naturalnie przywiązany podobna, a dwa przecież Olbrychski ze swoją podnietą w głosie, swoimi mimicznymi grymasami i spojrzeniem przecież nie może być obiektywnie krytykowany, a silą rzeczy wymuszona wesołkowata chłopięcość groteskowo rudego Łukaszewicza, w kontrze do wyniosłej zgorzkniałej surowości Olbrychskiego, też nie może być określona jako anty zaleta. Jest tu ta kameralna teatralna atmosfera, jest potężnie przygnębiający nastrój, jest silny wyzywający pierwiastek zmysłowości, a może nawet (uwaga he he mocne słowa) lubieżności, wyuzdania i jest psychologiczna prawda, myślę trudna do podważenia oraz puenta, “opowieść o tym, że pełni nienawiści do świata największe pretensje mamy do siebie samych” do refleksji zdatna, ale forma produkcji niemal półamatorskiej psuje wiele i nie pozwala myślę mi odczuć Brzezinę w pełni z perspektywy skupienia się na rozpracowaniu jej tematu. Mocno mnie rozprasza najzwyczajniej owa niedoskonałość poza merytoryczna, choć etnograficzna i miłosna poetyckość zaiste uduchowiająca, sceny mocne, w pamięć zapadające, ale żeby to tak licho technicznie zrobić, to o pomstę do nieba można wołać. Przechodzę zatem niejako obojętnie obok brzozowych (brzezina - drzewostan niemal czysto brzozowy z wyraźną przewagą brzozy omszonej nad brodawkowatą) dramatów Stanisława i Bolesława. Zapamiętam jeno młodziutką Emilię Krakowską, tudzież że jednemu paniczowi nutki z wielkiego miasta uśmiechnięte, aż do ząbków wyszczerzania, a drugiemu dramatyczne, podniosłe nieznośnie kompozycje. Jednemu śmierć, ale zanim jeszcze życia ile możliwe, drugiemu być może długie życie przeżyte po rozpaczy, we frustracji i złości, więc co to za życie. Nie wiem, obaj wrażliwi, a tak zupełnie inni - intrygujące u podstawy, ale czy Wajda tego nie zawalił, czy Iwaszkiewiczowi przede wszystkim ta adaptacja do gustu przypaść mogła?
poniedziałek, 25 marca 2024
Pokolenie (1954) - Andrzej Wajda
To zawsze, za każdym wciąż razem niezwykłe doświadczenie, widzieć całą tą plejadę twarzy aktorskich znanych człowiekowi, ale znanych niemal wyłącznie w tym już dla siebie zaawansowanym wieku. Tutaj natomiast ikony mają szczenięce jeszcze twarzyczki i poza tym zawsze mnie uderza ciężar historycznego znaczenia, kiedy oglądam film uznanego reżysera z gigantycznym przez lata uzbieranym zawodowym dorobkiem, nakręcony akurat na samym starcie jego, jak się okaże pełnej sukcesów kariery. Pokolenie to pierwszy długi metraż Andrzeja Wajdy i dzieło zespołowe debiutanckie w zasadzie, w którym niby widać charakter rozpędzającego się kina z lat 50-tych, a które niejednokrotnie mogło być jeszcze mocno naznaczone charakterem kinematografii przedwojennej (szczególnie w kwestii operatorskiej i montażowej), ale mentalnie jest już obrazem wybiegającym poza dotychczasowe, typowo martyrologiczne kino dramatyczne. Obrazem też mocno politycznym i doskonale oddającym konteksty czasu w jakim powstał, odnosząc się dojrzale ale i wręcz erudycyjnie do okupacyjnej rzeczywistości o jakiej opowiada. Jak zawsze i wszędzie, do cholernego końca tego łez padołu ideologia i religia w centrum. Wyzysk pato-kapitalistyczny, a w jego kontrze zagospodarowane utopijne myśli marksistowskie, przemieszane z walką z okupantem nazistowskim i wyzwoleniem prostego robotnika z niewolniczych kajdan, ale i właśnie też religijność, wiara dodająca ducha, ale i stojąca ona w sprzeczności z socjalistycznym wyrugowaniem Boga z przestrzeni i z głów tegoż prostego animowego ludka. Uniwersalna treść pomimo wszystko także z dzisiejszej perspektywy - człowiek wolny w złożeniu teoretycznym, a zniewolony jednak w praktycznym, gdy każda, nawet najbardziej szlachetna idea wypaczana przez chciwość i pokusę władzy, jakiej człowiek powszechnie ulega. Uważam że pomimo drobnych wad związanych przede wszystkim z młodzieńczym wciąż zapałem, jakiemu brak naturalnie w dobrym znaczeniu wyrachowanego doświadczenia, Pokolenie jest wielkim filmem. Poniekąd jeszcze staroświeckim, bo praca ekipy oparta przede wszystkim na akademicko przyswojonym warsztacie, więc i przez brak pełnej autorskiej odwagi i wprawy może nieco ciosany, ale wchodzący widzowi pod skórę (mimo że to dramat bez totalnej depresyjnej aury) nie mniej niż współczesne, więc mocny dowód, iż Wajda od początku potrafił i miał intuicyjne czucie filmowej materii. Zgadzam się bez dyskusji, iż Pokolenie jest dziełem wybitnym, opowiadającym przejmująco o ludziach zupełnie inaczej niż współcześni poddawanych dla odmiany prawdziwej gigantycznej presji - ciśnieniu nieprawdopodobnemu. Debiutanckie dzieło, wbrew pozorom jednak nowatorskie, o pokoleniu któremu odebrano beztroskę i siłą poczucia misji narzucono zbyt szybką przemianę duchową. Bowiem młodzieńczość, to entuzjazm i naiwność, a w efekcie ofiary.
środa, 15 lutego 2023
Wszystko na sprzedaż (1968) - Andrzej Wajda
Na początku (i w sumie w trakcie także) nie bardzo rozumiałem o co chodzi, bo na przykład wstęp wybitnie chaotyczny (a i im dalej także ten nieznośny bałagan myśli panuje) - nagle na otwarcie z konwencji lekko niepoważnej natychmiast przeskakujemy do dramatu i niemal tragedii, a okazuje się że to dwie sceny kręcone do filmu w filmie. Taki myk - mnie nie porwał niestety. Aktorzy są tu typowo jak u Wajdy w zbyt egzaltowanym, a przede wszystkim sprawiającym wrażenie improwizacji stylu kręceni, więc dialogi charakteryzują się niby jakimś autentyzmem (nazwę to nieporadnie) człowieka danego miejsca, czasu i zawodu, ale też męczą czymś w rodzaju (hmmm... szukam określenia) karykaturalnej wręcz błazenady, i to jeszcze bardziej niż zazwyczaj bywało, kiedy reżyser pozwalał sobie tej dyskusyjnej metody nadużywać. Nie jestem wielbicielem takiej charakterystyki, także manieryzmów podobnych, bo mam wrażenie że one zawsze powodują rodzaj niepotrzebnej, bo psującej artystyczny wymiar "performansowej" niechlujności i nonszalancji, a ja nie rozumiem jaka w tym tkwi filozofia - w skrócie nie wiem po co one szczególnie w nadmiarze? Dramatyzm staje się wówczas paradoksalnie sztuczny i nawet wielcy aktorzy (a ich przecież tutaj Wajda zatrudnił wielu) wypadają wręcz groteskowo. Ogólnie pomysł na scenariusz akurat jak po grudzie odsłania sens i logikę, więc gdybym się nie podparł ratunkowo wiedzą ze źródła, to napisałbym tylko że ta chaotyczna akcja kręcona przez filmowców kręcących innych filmowców jest najzwyczajniej słaba, a film bodajże o miłości i histerycznej potrzebie o nią zabiegania to straszliwa watopodobna ściema. Natomiast mądrzejsi dają do zrozumienia, że on o pasjach, namiętnościach i słabościach środowiska filmowego, a pretekstem do szerokiego spojrzenia na przywary tej grupy zawodowej/artystycznej jest tragiczna śmierć aktora i pozostawienie przez niego po sobie echa własnej aktorskiej legendy, a sama inspiracja pochodzi wprost z relacji Wajdy z tragicznie zmarłym Cybulskim i tym samym mamy do czynienia z totalnym przesytem osobistych uczuć i znanych tylko zaangażowanym kontekstów. Tak czy inaczej (czy jest tu intrygująca koncepcja, a przede wszystkim istotna dla niej sprężyna) Wszystko na sprzedaż to nie mój typ, bo praktycznie konstrukcja bez napięcia, sceny napędzane temperamentem ale mimo to bez w sumie emocji i wszystko takie (pozornie albo niepozornie - już sam nie wiem) niespójne, że aż irytujące. Ambitne zapewne, bowiem Wajda z tej ambicji słynący, ale chyba nieudane jednak - chociaż zawodowi krytycy coś w nim jak właśnie doczytuję widzą.
P.S. Jak obejrzałem to skojarzyłem sobie dopiero po czasie ze słynną Wajdy anegdotą o aktorach, że "przyjdą i wszystko spieprzą" - wtedy zrozumiałem poniekąd dlaczego (być może) on ich tak tutaj karykaturalnie potraktował.
poniedziałek, 13 lutego 2023
Polowanie na muchy (1969) - Andrzej Wajda
Satyryczny film Andrzeja Wajdy, to coś niecodziennego. Zabawny i lekki, bo daleko on od nadętego dramatu, więc dlategóż dość rożny od tego co zazwyczaj Wajda widzowi proponował. Bardzo uniwersalny, bowiem z przesłaniem równie aktualnym i dzisiaj - o rodzinie i kryzysie męskości wieku średniego. O kobietach równocześnie - tych szczególnie, które potrafią swoim czarem fizycznymi ale i intelektualnym obyciem wraz z nieskrępowaną pogodą ducha w życiu mężczyzn intensywnie namieszać. Film z doskonałą obsadą bardzo charakterystycznych twarzy i jeszcze bardziej ich głosów, które jeszcze mojemu pokoleniu z miejsca się kojarzą. Braunek, Malanowicz, dwie Skarżanki i Olbrychski, a dokładnie powiązany z nimi znakomity aktorski warsztat robi robotę, ponadto całkiem naturalne dialogi i chyba ówcześnie dość odważna koncepcja oraz nowoczesna forma, śmiało czerpiąca inspiracje z europejskiego kina obyczajowego. Same napisy początkowe i muzyczna ilustracja pięknie w klimat wciągają i odsuwają obawę o obcowaniu z filmem przesadnie artystycznie megalomańskim czy przeintelektualizowanym, zarzucając takiż ambitny koncept na rzecz formy wartościowej merytorycznie, lecz przystępnie i zgrabnie skonstruowanej oraz trafnie korespondującej tak z tematem jak i z ówczesnością. Czuć klimat kina francuskiego, ale nikt tu niczego na siłę pod obcą mentalność nie podciąga, nikt niczego nie udaje i jest dzięki temu wciąż bardzo nasze polskie, pomimo iż pokazujące zachowania i konteksty poniekąd nowocześnie zachodnioeuropejskie. Może i Polowanie nie zdobyło wielkiego poklasku i od premiery panowało przekonanie, iż Wajda niekoniecznie fantastycznie odnajduje się w konwencji kina prześmiewczo analitycznego, szukając elementów satyrycznych w zbyt grubo ciosanej karykaturze i nie potrafiąc wychwytywać i przekazywać zawsze najciekawszych niuansów wyczytywanych pomiędzy wierszami. Mimo (także przez samego reżysera) podnoszonych uwag krytycznych, wyszło bardzo przyzwoicie, a ta próba wyrwania się Wajdy z szufladki kina zaangażowanego politycznie i historycznie nie jest kompletną porażką.
niedziela, 14 lutego 2021
Bez znieczulenia (1978) - Andrzej Wajda
Dramatyzm
poszczególnych, wypchniętych z równego szeregu scen robi wielkie wrażenie, a
aktorstwo nawet jeśli jest w nich mocno teatralnie archaiczne, to do jasnej cholery
w moim przekonaniu w tych miejscach odnajduje się znakomicie. Mam tutaj na
myśli te wszystkie fragmenty z podsycanymi emocjami, natomiast między nimi
narracja płynnie łączy poszczególne uczuć natężenia i doskonale ukazuje
złożoność opowiadanej historii. To nie jest suche przedstawianie kolejnych
faktów, lecz soczyste filozoficznie i autentyczne psychologicznie jak się
wydaje relacjonowanie zachowań człowieka w obliczu sytuacji wymagającej
zachowania rozsądnego emocjonalnego dystansu i inteligentnej rozwagi. Choć
Wajda nie pochyla się nad każdym z drobiazgów w zaburzonych relacjach bohaterów
i nie próbuje wejść w rolę terapeuty, jako świetny analityk i znakomity twórca
filmowej sztuki potrafi celnie skupić się na kwestiach ważnych i ważniejszych.
Dodaje do wartości treści także pierwiastek intelektualnego spojrzenia na
sytuację, innymi słowy myślę że stara się ukazać prymat wartości wymiaru duchowego
związku nad kwestią realizacji potrzeb podstawowych - mieszkanie, samochód,
ogólnie byt materialny. Rozumiem że takie moje spojrzenie i próby tak
pretensjonalnie ambitnego ubrania refleksji w słowa wiąże właśnie z charakterem
spostrzegania specyfiki merytorycznej scenariusza i praktycznej warsztatowej
pracy. Gdyby coś, mogę jednak alternatywnie napisać że On (Redaktor) był zainteresowany
własnymi ambicjami i zakochany w sobie, a Ona (Redaktorowa) była rozpieszczana materialnie i
porzucona emocjonalnie. Dlatego to jebło, a Wajda niepotrzebnie podsyca polityczne konteksty i oczami bohatera
spostrzega i umysłem jego rozbija na atomy to, co jest przecież proste. To film
straszliwie intelektualny i potwornie nadymany perspektywą Pana Redaktora. Niby
widz Redaktora rozumie i sympatię w jego stronę kieruje, ale ten bezpośredni i
zimny stosunek do sprawy Pani Redaktorowej nie jest pretensjonalnym, a przez to
wydaje się znacznie bardziej prawdziwy - szczególnie gdy coś w niej zaczyna
pękać, a jednak nie rozkrusza się ostatecznie. Ciekawe czy o to Wajdzie chodziło
i taki efekt w zamierzeniach chciał uzyskać? Dwie perspektywy mam, tą która
powinna naturalnie zjednać moją sympatię i ta druga zasługująca w oczywisty
sposób na pogardę. Dziwnie ta zimna bardziej mnie przekonuje.
P.S. Dwufazowa scena finałowa - pięknie oddająca groteskowość sytuacji, straszliwy cynizm prawniczy i zamykająca ją prawda o każdego człowieka wobec starcia z bezdusznym systemem bezradności.










