Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chelsea Wolfe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chelsea Wolfe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2026

Chelsea Wolfe - The Dark (2026)

 

Niemal błyskawicznie Chelsea pojawia się z nowym albumem, bowiem w cyklu wydawniczym dwa lata to dość krótki okres pomiędzy nowymi studyjnymi materiałami. Wbija mroczna "księżniczka" raczej znienacka - ja przynajmniej odnotowałem zapowiedzi longa niedługo przed samą premierą, a ja lubię kiedy ten czas jest maksymalnie zawężony, choć (na marginesuie dodam) niespodzianki o wrzuceniu płyty z dnia na dzień nie są najlepszym pomysłem, bo przecież chwilę trzeba się nacieszyć ekscytacją wyczekiwania. :) To powyżej jedno, drugie bardziej istotne naturalnie odniesie się do pierwszych wrażeń odsłuchowych, a tutaj mamy lekki dysonasik, bowiem jeśli krążek tytułowany jest The Dark, a brzmi znacznie mniej przygnębiająco od każdego poprzedniego, to można pomyśleć iż autorka jest przekorna. Nawet gdyby poczucie obcowania ze sztuką bardziej przystępną, a mianowicie lżejszą brzmieniowo i o sile chwytliwości piosenkowej większej się subiektywnie przebijało nieco zwodniczo, to akurat pewność moja mocno argumentowana w kwestii zwiększonej dynamiki kompozycji z Ciemności. Popem bym ich stylistyki nie określił, ale co niektóre numery mimo że tekstowo cisną na smutno, to też chce się do ich rytmu lekko podrygiwać bujająco. Żadne to akcje w stylu tanecznych typowo, ale co czuje moje ciało i jak reaguje tutaj szczerze pragnę poinformować. Nie wiem czy Temu Który stara się Podnosić tutaj Ciśnienie do gustu przypada intensywniej Chelsea taka quasi radiowa, czy ta sprzed lat, która potrafiła dreszcze riffami ciężkimi, z pogranicza doom metalu czy nawet mniej gruzowatych brzmień sludge'u, w moim szczęśliwie póki co sprawnym ciele wywołać. Odpowiedź jest najprostsza z możliwych, że w obecnej sytuacji dysponując Chelsea "wielotwarzową" mogę sobie zgodnie z nastrojem dobierać jej nutę do odsłuchu, stąd narzekać nie mogę bowiem szerszy zakres jest fajniejszy zdecydowanie od jego zawężania - oczywiście jeśli czuć w estetyce niezmiennie charakter właściwy artysty. Na The Dark mimo że chwilami artystka wyraźnie na poziomie soundu mięknie, to wciąż trzyma się oryginalnej dla siebie formy od lat wypracowanej. Nie napiszę więc iż long najnowszy to jakaś rewolucja, jak i nie mam przekonania że jest to ewolucja, gdy przecież się upierając bardziej jasno i żwawo też w pojedynczych indeksach na poprzednich materiałach bywało. Prywatnie to w sumie mnie cieszy takie ukierunkowanie na "uprzebojawianie", bowiem próbowałem dotychczas różnych sposobów na przekonanie Lalu Kontekstowej do zatopienia się w bólu Chelsea, a Lalu się tego mroku obawiała i jakoś skutecznie unikała, a teraz kiedy też te wiosła ekstremalnie nie zaciągają wielotonowym obciążeniem depresyjnym, ten pierwszy krok najtrudniejszy Lalu zrobi w końcu bez lęku. Trzymam kciuki bardzo mocno, a jak nie uda się jej wkręcić z płyt, to ostatecznie pozostanie do zrealizowania plan doskonały finałowy, czyli wykorzystanie biletów na zakupiony jesienny gig Chelsea w towarzystwie równie interesującej "wiedźmy" A.A. Williams - jaki w stołecznej Progresji się wydarzy. Tak, to szczwany, coraz bardziej jestem pewny że już nie ryzykowny plan. :)

P.S. Lepiej poinformowani, Ci co śledzą podglądając i podpytując donoszą, że to cytuję "pierwszy materiał artystki nad którym pracowała na trzeźwo i pogodzona z własnymi demonami" - w co wierzę, kiedy słyszę że mniej w nim cierpienia. Trzymaj się w końcu ciepło Chelsea!

poniedziałek, 19 lutego 2024

Chelsea Wolfe - She Reaches Out to She Reaches Out to She (2024)

 

Chelsea wraca i powraca na nowym materiale do dźwięków z krainy mrocznej elektroniki, dopieszczanych  plamami ambientu, w których liczy się mocne uderzenie, w sensie intensywnej ściany hałasu, mimo iż nie pochodzi ono wprost w każdym z przypadków z nisko nastrojonych wioseł. She Reaches Out to She Reaches Out to She jest zasadniczo zimne i poniekąd przerażające (otwierający Whispers in the Echo Chamber wraz z genialnym klipem, jest najdosadniejszym przykładem), lecz bywa i równocześnie liryczne, a przede wszystkim poruszające. Można śmiało napisać, iż to album który korzysta zamaszyście z pomysłu na budowanie napięcia, dramaturgii za pomocą konfrontacji szerokiej przestrzeni wypełnianej niemal ciszą, z atakiem podkręconego natężenia dźwięku, na zasadzie konsekwentnego rozwijania tematów do finałowej erupcji. Nie jest jednak to metoda stosowana w dziesięciu na dziesięć przypadków, ale większość numerów jednako korzysta z tego patentu i czyni to bardzo udanie - zawsze wywołując wręcz oddziaływanie na poziomie dreszczy. Chelsea myśląc o muzyce stawia co jasne na nastrój i tworzy w tym wymiarze prawdziwe stylistyczne perełki, które gdy zmrok za oknem i w pomieszczeniu odpowiednie zaciemnienie, potrafią docierać do głębi oraz co niewykluczone, gdy wtopić się w wersy i zaznajomić dokładnie z tekstami (kapitalnie przez autorkę interpretowanymi atmosferycznymi wokalami), mogą pozostawić w człowieku psychiczne ślady. Każda z kompozycji donikąd to nie płynie - każda otwarta jest na rozwiązania aranżacyjne i odważnie korzystająca z mnogości pomysłów tak melodycznych jak i sięgających do niebanalnej rytmiki kołyszącej. Każda jedna skupiona jest na treści i formie jaka metodycznie prowadzi do jak powyżej zaznaczyłem, porażająco emocjonalnych finałów, a wybebeszanie się z toksycznych doświadczeń, stanowi o intymnej jej wartości. Dlatego tu zapewne tyle pulsu nerwowego i zaangażowania wokalnego, bowiem uczucia jakimi Chelsea się ze słuchaczem dzieli z kategorii trudnych do udźwignięcia i budzących uzasadnione lęki. W sumie nazwanie wprost She Reaches Out to She Reaches Out to She jednym z najbardziej trip-hopowych albumów w jej dotychczasowym studyjnym dorobku, nie byłoby nadinterpretacją i to nie tylko ze względu na solidny kontrast pomiędzy nim, a jego poprzednikiem sprzed lat pięciu. Nie jest jednak uważam ważne w jakich gatunkowych ramach najnowsze dzieło Chelese'a zamknięte, bowiem to co ważne, to fakt, iż jest ono bez względu na ogromny szacunek jakim darzę wszystko co nagrała, jej jednym ze szczytowych osiągnięć. Niezwykle to uzdolniona muzycznie i poetycko niewiasta! Nie jedną łzę do tej pory uroniłem wpadając w ramiona przykładowo Place In The Sun. 

P.S. Pragnę jeszcze na koniec poza głównymi wątkami dodać spostrzeżenie, że strasznie bolałem nad faktem iż wydany gdzieś w międzyczasie na składankę okazjonalną numer Diana, nie znalazł miejsca na jej właściwym albumie, ale mogę uznać, iż takim poniekąd zadośćuczynieniem jest zamknięcie She Reaches Out to She Reaches Out to She kawałkiem Dust, który jako żywo wymieniony przypomina - nie będąc absolutnie jakąś tego, pozostawionego wyłącznie gdzieś w przestrzeni internetu niepełnowartościową kopią, gdyż to znakomity fragment płyty. Jak rzecz jasna każdy z pozostałych dziewięciu indeksów - o czym chyba wyraźnie daje we właściwym tekście do zrozumienia.

piątek, 11 marca 2022

Chelsea Wolfe - Pain Is Beauty (2013)

 


Dwa wyłącznie czynniki rozpaliły moje zainteresowanie twórczością Chelsea Joy Wolfe. Dwie tzw. sprężyny, które spowodowały że albumy Amerykanki zagościły w moim stereo systemie i do dzisiaj rozbrzmiewają systematycznie. Pierwszy to znakomity klip do równie dobrego Feral Love, poznany w ramach rozpoznania sytuacji tuż przed krakowskim koncertem A Perfect Circle z grudnia 2018, gdzie właśnie Chelsea miała supportować ekipę Jamesa Maynarda Keenana i Billy'ego Howerdela. Dwa właśnie ów gig, który nawet jako "rozgrzewacz" przed głównym daniem i jeszcze w hali nie bardzo sprzyjającej tak klimatycznej nucie zrobił jednak na mnie fantastyczne wrażenie i do dzisiaj mam w głowie obrazy, a w sercu odczucia, kiedy siedząc z boczku pod trybunami zahipnotyzowany, zasysałem nowe wówczas dla siebie doświadczenie. Dalej rozwój wydarzeń następował błyskawicznie i przynajmniej właśnie do krążka sprzed niemal już dziesięciu laty wydanego dotarłem, w celu sprawdzenia i przyswojenia ostatnich albumów mrocznej niewiasty. Okazało się że to jak na razie jest granica której nie przekroczyłem i dalej niż do czwartej studyjnej płyty Chelsea, na wstecznym biegu nadal nie dotarłem. Temat myszkowania w jej głębiej w przeszłości tkwiących artystycznych poczynaniach zostawiam na ewentualne przyszły impuls powodowany ciekawością, a tutaj w tym miejscu dopisując kolejny do już zarchiwizowanych dotąd materiałów, skupię się na Pain is Beauty zauważając takie oczywistości, iż słychać że przez kolejne lata artystka ewolucyjnie swoją koncepcję muzyczną zmieniała i tak jak ostatni dotąd Birth Of Violence bardzo mocno popchnął jej nutę w kierunku kompozycyjnej dojrzałości, tak sam Pain is Beauty jawi się przy nim jako zestaw utworów opartych bardziej na klawiszowych motywach wspartych na rytmicznym kręgosłupie (nie mam jednak pewności) pochodzącym z elektronicznego ustrojstwa, z mniejszym udziałem akustycznego instrumentarium, niż to na świeżych dokonaniach ma miejsce. Innymi słowy dzisiaj muzyce Chelsea Wolfe bliżej do akustycznych niż syntezatorowych brzmień, lecz droga do Birth Of Violence prowadząca przez Abyss i Hiss Spun stopniowo zmieniała te proporcje, a wymienione w zasadzie tylko dla mniej wprawnego ucha detalami różnią się między sobą, dając wbrew pozorom chyba jednak wyraźny obraz przeobrażeń jak zakładam w bardzo ciekawym aranżacyjnie kierunku. Nawet jeśli opisywany jest w tym akurat kontekście najbardziej surowym materiałem, to z nieskrywaną ochotą powracam do jego eterycznej poświaty i mechanicznego pulsu. 

środa, 25 września 2019

Chelsea Wolfe - Birth of Violence (2019)




Stosunkowo niedawno (mógłbym śmiało napisać że zaledwie chwile temu), bo w połowie grudnia ubiegłego roku w muzyce Chelsea się odnalazłem. Dzięki temu że otwierała swoim występem gig A Perfect Circle i nawet jeśli w sporej rozmiarowo hali jej muzyka nie odnajduje się zapewne tak wyśmienicie jak w klimatycznych klubach, to mnie ówczesny występ wprowadził skutecznie w świat kilku dźwięków na krzyż, ale za to z jakim emocjonalnym ładunkiem. Wówczas z marszu w dwie ostatnie płyty Chelsea się zaopatrzyłem, a po krótkim czasie także i z Pain is Beauty z 2013-ego roku znajomości pogłębiłem. Stąd nie znając krążków otwierających jej dorobek artystyczny byłem nieco zaskoczony gdy wpierw z sieci pierwsze nuty z Birth of Violence wyłuskałem, a w dniu premiery całość albumu w stereo zagościła. Bowiem w znacznym odróżnieniu od zawartości poprzednich materiałów, otoczyły mnie dźwięki z zerowym udziałem inklinacji metalowych (brak hałaśliwych przesterów) i co jeszcze bardziej zdumiewające o obniżonej zawartości gotyckiego patosu. Stylistyczna przemiana nastąpiła bardzo wyraźna, ale bez szkody dla spójności dyskografii pieśniarki, gdyż nawet jeśli Birth of Violence to przede wszystkim rozmarzone melodie w akustycznych aranżacjach, to one tak mocno przesiąknięte stylem interpretatorskim Chelsea, że w żadnym wypadku możliwe do pomylenia z inną artystką. Birth of Violence to cudownie hipnotyzujący zbiór doskonale zaaranżowanych subtelnych piosenek, z rzadka tylko wykraczających poza prostotę formuły, w której intymny ładunek emocjonalny w eterycznych oparach refleksji przenosi mnie do krainy łagodności, czyniąc to bez uszczerbku dla mojego męskiego ja. Melancholia nie jest tutaj płaczliwa, ona zamiast wywoływać tendencje depresyjne powoduje paradoksalnie, iż na rzeczywistość spogląda się rzecz jasna bez wesołkowatego entuzjazmu, ale z racjonalnym optymizmem. W mroku i niepokoju, które immanentnym składnikiem dalekiej od trywializmu autorskiej sztuki, Chelsea zawarła bowiem pełne przestrzeni piękno, które przecież trudno odczuwać inaczej niż rodzaj afirmacji świadomego życia. Ja przynajmniej depresyjnych tendencji w kontakcie z Birth of Violence nie odczuwam. ;) Mimo że tanecznej rytmiki nie uświadczyłem, a strona liryczna to więcej traum, lęków i koszmarów niż rymów o beztroskiej zabawie, to w tym naturalnym moim zadumaniu mimiczną idylle można dostrzec. Ona we mnie w sensie rozkoszy doznawanej poprzez odnalezienie wewnętrznego spokoju bliskiego błogości. Za co Chelsea i Birth of Violence serdecznie dziękuję. 

niedziela, 14 kwietnia 2019

Chelsea Wolfe - Hiss Spun (2017)




Wrzucam bieg drugi, czyli kręci się u mnie jak dotąd ostatni krążek Chelsea Wolfe, a przede mną jeszcze trzy biegi wsteczne w postaci triady startowej - The Grime and the Glow, Apokalypsis, Pain Is Beauty, które kiedyś w przyszłości, w kolejności zapewne od najmłodszej do najstarszej uda się poznać i naturalnie emocjami z odsłuchu w tym miejscu podzielić. Póki co obecnie skupiam się na Hiss Spun i jako (jak przypominam) wciąż jeszcze laik w tego rodzaju konwencji muzycznej swoimi maksymalnie subiektywnymi odczuciami się dziele. Rzecz jasna w pierwszym odruchu natychmiast piątkę z czwórką porównuje, a wnioski z tej konfrontacji dla Abyss bardziej łaskawe, gdyż czuć wyraźnie że poprzednik szybciej w świadomość się wgryzał, lecz jednocześnie mniejsze spustoszenie w niej robił, bowiem sugestywny wymiar Hiss Spun odbieram mocniej i intensywniej mimo wszystko. To oczywiście żadna przemiana rewolucyjna, bo kompozycje nadal oscylują w podobnych przedziałach czasowych, a ich gatunkowe korzenie sięgają szeroko spostrzeganej zimnej i mrocznej elektroniki, podbitej do wysokich natężeń dźwięku poprzez dosadny bas i ciężkie riffy. Różnica jednako jest słyszalna, a używając najprostszego wyjaśnienia mieści się właśnie w paradoksie polegającym na fakcie uproszczenia formy z jednoczesnym odebraniem jej wyrazistości. Kompozycje stały się mniej zdobne, bardziej wyciszone, poniekąd wstydliwe, bo zamykają się często w akustycznych plumkaniach i zimno falowych akcentach do których zrozumienia narzędzia od artystki w łapę nie dostajemy. Trzeba samodzielnie szukać do nich klucza, próbować uparcie wtykać kolejne i  przestawić się na inny tryb ich rozszyfrowywania. Nie ukrywam że Abyss posiadał ten rodzaj magnetyzmu, który natychmiast mnie zahipnotyzował, a do Hiss Spun podchody uparcie robię i mimo iż album uwagę absorbuje to nie do końca jestem pewny, iż już się udało. Mam nadal dystans do niego i cały czas czuję, że pracy po mojej stronie zostało jeszcze nieco do wykonania, aby w pełni dostrzec ten potencjał i zrozumieć ten sens właściwy. 

środa, 6 marca 2019

Chelsea Wolfe - Abyss (2015)




Chelea Wolfe to taka ekstremalna Lana Del Ray, a Lana to taka lajtowa Chelsea? Stawiam tutaj znak zapytania wyrażając swoją niepewność względem powyższej tezy. Myślę, iż nie potrafię wystarczająco precyzyjnie określić technicznych właściwości dźwięków z Abyss, gdyż w tej stylistyce zwykle się nie odnajduję, a i sama wokalistka dodatkowo nie ułatwia mi zadania, gdyż nie proponuje kompozycji, które jasno w konkretnej estetyce są osadzone. Jak mniemam, to muzyka stosunkowo prosta, całkiem chwytliwa, lecz absolutnie nie banalna. Chelsea korzystając z wyrazistych i powtarzanych konsekwentnie patentów, nie wydaje się być jednak przyspawana do jednego sposobu spostrzegania struktury utworu czy gatunku. Zamiast grzęznąć na gotyckiej mieliźnie, ona w intrygujących poszukiwaniach pośród mrocznych inspiracji sięga po wpływy zarówno te stricte gotyckie jak i doom metalowe, dark folkowe i opierające się na ambientowych syntezatorowych plamach. Przesterowane pełzające wiosła ciskając gromami o "triptykonowych" proweniencjach posyłają w przestrzeń doomowy ciężar, a zimna elektronika i eteryczne wokalizy rozpylają nad tymi dramatycznymi erupcjami subtelną mgiełkę kontemplacyjnej refleksyjności. Chelsea maluje swój muzyczny świat hałasem i ciszą, kombinuje z natężeniem, intensywnością i nagromadzeniem energii. Wprowadza w trans, bądź hipnotyzuje syntetyczną i spójną wizją zamkniętą w trzynastu fantastycznych kompozycjach osadzających się sugestywnie w świadomości, a z których kilka (Carrion Flowers, Dragged Out, Mew, Grey Days, After Fall i Color of Blood) wręcz się w nią wgryzają. 

P.S. Tłumaczę się dalej. ;) Nigdy ambient, cold wave, czy inny ilustracyjny wynalazek bardziej niż z czystej, chwilowej ciekawości mnie nie pociągał. Nie jestem nawet jednym z wielu milionów fanów legendy Dead Can Dance, a Chelsea jak czuję na dłużej mnie kupiła, zarówno studyjnie (na razie Abyss) jak i koncertowo (support dla A Perfect Circle w Krakowie). Trochę to zaskakujące. 

Drukuj