Niemal błyskawicznie Chelsea pojawia się z nowym albumem, bowiem w cyklu wydawniczym dwa lata to dość krótki okres pomiędzy nowymi studyjnymi materiałami. Wbija mroczna "księżniczka" raczej znienacka - ja przynajmniej odnotowałem zapowiedzi longa niedługo przed samą premierą, a ja lubię kiedy ten czas jest maksymalnie zawężony, choć (na marginesuie dodam) niespodzianki o wrzuceniu płyty z dnia na dzień nie są najlepszym pomysłem, bo przecież chwilę trzeba się nacieszyć ekscytacją wyczekiwania. :) To powyżej jedno, drugie bardziej istotne naturalnie odniesie się do pierwszych wrażeń odsłuchowych, a tutaj mamy lekki dysonasik, bowiem jeśli krążek tytułowany jest The Dark, a brzmi znacznie mniej przygnębiająco od każdego poprzedniego, to można pomyśleć iż autorka jest przekorna. Nawet gdyby poczucie obcowania ze sztuką bardziej przystępną, a mianowicie lżejszą brzmieniowo i o sile chwytliwości piosenkowej większej się subiektywnie przebijało nieco zwodniczo, to akurat pewność moja mocno argumentowana w kwestii zwiększonej dynamiki kompozycji z Ciemności. Popem bym ich stylistyki nie określił, ale co niektóre numery mimo że tekstowo cisną na smutno, to też chce się do ich rytmu lekko podrygiwać bujająco. Żadne to akcje w stylu tanecznych typowo, ale co czuje moje ciało i jak reaguje tutaj szczerze pragnę poinformować. Nie wiem czy Temu Który stara się Podnosić tutaj Ciśnienie do gustu przypada intensywniej Chelsea taka quasi radiowa, czy ta sprzed lat, która potrafiła dreszcze riffami ciężkimi, z pogranicza doom metalu czy nawet mniej gruzowatych brzmień sludge'u, w moim szczęśliwie póki co sprawnym ciele wywołać. Odpowiedź jest najprostsza z możliwych, że w obecnej sytuacji dysponując Chelsea "wielotwarzową" mogę sobie zgodnie z nastrojem dobierać jej nutę do odsłuchu, stąd narzekać nie mogę bowiem szerszy zakres jest fajniejszy zdecydowanie od jego zawężania - oczywiście jeśli czuć w estetyce niezmiennie charakter właściwy artysty. Na The Dark mimo że chwilami artystka wyraźnie na poziomie soundu mięknie, to wciąż trzyma się oryginalnej dla siebie formy od lat wypracowanej. Nie napiszę więc iż long najnowszy to jakaś rewolucja, jak i nie mam przekonania że jest to ewolucja, gdy przecież się upierając bardziej jasno i żwawo też w pojedynczych indeksach na poprzednich materiałach bywało. Prywatnie to w sumie mnie cieszy takie ukierunkowanie na "uprzebojawianie", bowiem próbowałem dotychczas różnych sposobów na przekonanie Lalu Kontekstowej do zatopienia się w bólu Chelsea, a Lalu się tego mroku obawiała i jakoś skutecznie unikała, a teraz kiedy też te wiosła ekstremalnie nie zaciągają wielotonowym obciążeniem depresyjnym, ten pierwszy krok najtrudniejszy Lalu zrobi w końcu bez lęku. Trzymam kciuki bardzo mocno, a jak nie uda się jej wkręcić z płyt, to ostatecznie pozostanie do zrealizowania plan doskonały finałowy, czyli wykorzystanie biletów na zakupiony jesienny gig Chelsea w towarzystwie równie interesującej "wiedźmy" A.A. Williams - jaki w stołecznej Progresji się wydarzy. Tak, to szczwany, coraz bardziej jestem pewny że już nie ryzykowny plan. :)
P.S. Lepiej poinformowani, Ci co śledzą podglądając i podpytując donoszą, że to cytuję "pierwszy materiał artystki nad którym pracowała na trzeźwo i pogodzona z własnymi demonami" - w co wierzę, kiedy słyszę że mniej w nim cierpienia. Trzymaj się w końcu ciepło Chelsea!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz