Tekst poniższy może być obszerny, na przekór faktu że niewiele z Desideraty dzisiaj pamiętam, lecz intensywnie dzisiaj i wczoraj u mnie gra, a gdybym nie miał jednak zbyt wiele do wyrażenia, to awaryjnie dysponuję dość bogatą fachową archiwizacją magazynową, okoliczności czasu i sytuacji gdy powstawała i została wydana. :) Na początek informacja podstawowa, iż był to wówczas czwarty studyjny materiał norweskich (całkiem oryginalnych i być może dość ekscentrycznych muzycznie mieszkańców Oslo) i w sumie bodaj (bo pamięć już krótkawa) ostatni ich krążek który odkrywałem jeszcze na bieżąco - czekając na premierę. Desiderata wyszła pod skrzydłami kultowej Peaceville i można by wtedy przypuszczać, że tak markowa w gatunku stajnia ich raz wypromuje, dwa pozwoli ich popularności wystrzelić, aby kolejna przystań "lejbelowa" spieniężyła finalnie całą drogę na metalowy szczyt. Taki scenariusz jednako się nie zmaterializował, a czy winę ponosiła słabsza wartość czwórki czy nietrafiony, spóźniony czas na rozgłos, nie musze chyba w miarę zorientowanym w hałaśliwych trendach z pierwszej dekady XXI wieku, tego konkretnego przypadku wyjaśniać. Doomowe, ku uniesieniom aspirujące klimaty, nawet podkręcone mechanicznymi szarpanymi riffami (upieram się wciąż że nasze Obscure Sphinx musiało się nasłuchać trochę MM), nie były w stanie się przebić, bowiem potencjał na słuchacza atmosferycznego grania się przerzedzili, a ponadto Madder Mortem to nie były nutki najprostsze - progresywnymi wywijańcami bardziej niż ckliwymi melodyjkami zainfekowane. Interesujące aranżacje i twarde w zasadzie strun szarpanie z momentami bardzo finezyjnymi motywami, pozwoliły Desideracie całkiem dobrze się udało zestarzeć i jak kojarzę inaczej niż sporemu gronu albumów z szerokiej gotycko-metalowej palety, które nie dały rady i uległy trzonowcowi czasu. Desiderata trzyma się wciąż dobrze, a odpowiedzialne myślę pogmatwanie w strukturach, inaczej harmonie, którym w sukurs idzie szorstkie oraz potrzeba przełamywania oczywistych rozwiązań. Bądź jestem w totalnym błędzie, a za wszystkim co subiektywnie odczuwam stoi brak mojego z Desideratą związania, przyczyniając się fundamentalnie, do odbierania tego albumu na poziomie względnej wciąż świeżości i nim zaintrygowania. Rzekłbym, że czasem dobrze się nie zżyć, aby nie odczuć znużenia. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz